FANDOM


Ikona_ciekawy_artyku%C5%82.png Ten artykuł zajmuje dziewiąte miejsce wśród najdłuższych stron serii, historii pełnometrażowych i odcinków na Wiki.


Chwała Złemu Trio

Bądźmy poważni
No Screenshot 2
Twórca: EkawekaDxC
Sezon: 1
Numer odcinka: 5
Opublikowano: 10.08.2017
24.08.2017
10.09.2017
Chronologia
Poprzedni: Kandydat do serca Stefy
Następny: Postaw na życie

Chwała Złemu Trio - piąty odcinek serii "Bądźmy poważni".

Bohaterowie

Opis

Poniedziałek. Nowy tydzień i nowe wyzwania. Dla Złego Trio jest to wyjątkowo ciężki dzień, gdyż, jak się okazuje, trzecioklasiści wcale nie traktują ich poważnie. Dziewczyny postanawiają zrobić z tym porządek. W tym czasie do klasy I B dołączają nowi uczniowie. Milly widzi w tym szansę dla klasy, której grozi rozwiązanie. Nazz i Sophie natomiast przygotowują się do publicznego odśpiewania hymnu, jednak pozostali Proczadzikowcy nie są przekonani.

Fabuła

Część 1

Tayler wziął głęboki wdech, zaciskając pięści. Musi się udać. Nawet nie widział innej opcji.
Jak raz, cały świat wydawał się działać po jego myśli. Pogoda była w miarę ładna. Ni to za wietsznie, ni to za słonecznie. Po prostu idealnie.
Jednak mimo tak jasnych dowodów na wsparcie od wszechświata, chłopak cały się trząsł. Powolnym krokiem podchodził do Sophie, która stała akurat pod drzewem przy szkole. Czekała na niego. Była sama, a taka sytuacja mogła się już nie powtórzyć. Byłby głupi, gdyby tego nie wykorzystał.
Stanął obok dziewczyny. Odnosił wrażenie, że ludzi jest dziwnie mało, jakby specjalnie stąd odeszli. Scena przypominała mu wyciętą z jakiegoś filmu. Słońce świeciło, a z drzew zaczęły spadać różowe płatki kwiatów.
- Hej Sophie.
Blondynka zdjęła słuchawki z uszu. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie.
- Hejka Taylerku. Co taki spięty? Mamy dzisiaj jakiś sprawdzian? - na te słowa, szybko spoważniała. - Mamy dzisiaj sprawdzian? O nie! Przez swatanie kompletnie o tym zapomniałam!
Dziewczyna gotowa była przekopać cały swój plecak w poszukiwaniu podręczników, jednak Stevenson w porę ją powstrzymał.
- Nie, czekaj! - mówiąc to, ułożył dłonie na jej ramionach, starając się uśmiechnąć. - Nie mamy sprawdzianu. Po prostu muszę ci coś powiedzieć.
Sophie odetchnęła z ulgą. Jej twarz ponownie pokrył przyjazny uśmiech.
Tayler z kolei czuł uścisk w żołądku nie do opisania.
"Nie bądź ciotą - myślał. - Teraz, albo nigdy."
- Sophie, bo ja... Bo kiedy wyjechałaś z Yorku to tęskniłem i...
- Ja też tęskniłam. - przerwała mu. - Ale życie nas kocha i znów jesteśmy razem.
- No właśnie, razem. Bo widzisz Sophie, jak tak za tobą tęskniłem, to zdałem sobie sprawę, że...
Tu przerwał. Chciał się wycofać i spróbować kiedy indziej, jednak wiedział, że nie było już odwrotu.
- Że cię kocham.
Adventure popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Chłopak wziął wdech, starając się uspokoić. Nie odwzajemnia tego - trudno. Jakoś to przeżyje.
- Taylerku. - ku jego zdziwieniu, Sophie uśmiechnęła się lekko, układając dłonie na jego policzkach. - Już myślałam, że nigdy mi tego nie powiesz.
Zaczęła powoli zbliżać swoje usta ku niemu. Gdy w końcu miał nastąpić moment pocałunku, dziewczyna usłyszała trzask otwieranego okna.
Obudziła się.
Podniósłszy się do pozycji siedzącej, spojrzała w stronę źródła dźwięku. Wiatr wbił się do jej pokoju przez niedomknięte okno.
Szybko poderwała się, zamykając je. Następnie zastanowiła się chwilę nad swoim snem, przy czym wybuchnęła śmiechem. Przecież zakochany w niej Taylerek był czystą abstrakcją!
Jako, że myśl o tym przysporzyła jej tyle radości, postanowiła podzielić się nią z przyjacielem. Niech on też się pośmieje!
Ignorując fakt, że dochodziła trzecia, wzięła komórkę w dłonie, po czym wybrała numer do chłopaka. Jednak, co dziwne, nie odebrał.
Spróbowała drugi raz. I trzeci, czwarty, piąty, szósty. Ale on wciąż milczał, a z każdym razem martwiła się coraz bardziej.
W końcu zadzwoniła do Nazz.

Niczego nieświadoma Jefferson spała spokojnie, aż nie obudził jej dzwonek telefonu. Leniwie podniosła się na łokciach, łapiąc za sprzęt.
- Sis, czy ty wiesz, która jest godzina?
- Wiem sis, ale stało się coś strasznego!
Słysząc jej zmartwiony głos, nieco się ożywiła. Przetarła zaspane oczy, starając się dobudzić całkowicie.
- Taylerek nie żyje!
- Co?!
Niebieska szybko podniosła się z miejsca, nie mogąc uwierzyć w słowa kuzynki.
- Przysięgam! Dzwoniłam do niego kilkanaście razy, a on nie odbiera! A zawsze odbierał! To może oznaczać tylko zgon! - w tym momencie blondynka rozpłakała się. - Dlaczego akurat nasz Taylerek?! Czemu nie Złe Trio?!
Nazz otrząsnęła się z pierwszego szoku, starając się na trzeźwo przeanalizować sytuację.
- Nie sis, to niemożliwe. Zbieraj się, idziemy do niego. Nie płacz, na pewno żyje. Przecież gdyby miał umrzeć, to by nam o tym powiedział!

Sophie otarła łzy. Nazz miała rację. Taylerek nie mógł umrzeć. A na pewno nie bez wcześniejszego powiadomienia jej o tym.
Szybko więc przebrała się, po czym po cichu opuściła dom.

Po niecałej godzinie cała grupa Proczadzikowców była już w pokoju Taylerka. Udało im się wejść do mieszkania dzięki kluczom, które Sophie i Nazz potajemnie wyrobiły.
Jolie i Ginger, słysząc o śmierci przyjaciela, wzięły to na poważnie, podczas gdy Hermiona chciała po prostu zobaczyć go martwego. No i wyczuła, że coś w tej historii się nie klei.
Sophie i Nazz rozejrzały się.
- Czyli to prawda sis. - szepnęła Niebieka. - Taylerek odszedł.
Zapadła krótka cisza. Blondynka złapała się za serce, wspominając wszystkie chwile związane z chłopakiem. Przypomniała sobie moment w którym się poznali.
Był 1994 rok. Przedszkole.
Niska blondynka o brązowych oczach, która włosy wiązała w dwie, długie kitki, biegła po sali, trzymając w dłoniach dwa cienkie podręczniki i piórnik. Wyraźnie czegoś szukała, jednak z marnym skutkiem.
- Hej, ty!
Ze złością spojrzała na siedzącego przy ławce chłopca, który niedbale bazgrał coś na kartce. Spośród wszystkich wyróżniał się długimi włosami, które spinał w kitkę.
Ponad to, nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej słowa. Dopiero gdy ta rzuciła swoje rzeczy na stolik, podniósł wzrok.
- Hej. - powiedział z lekkim zdziwieniem.
- Hej. Czy to ty ukradłeś moją śniadaniówkę?
Pięciolatek zmarszczył brwi, przypominając sobie pewien szczegół z tym związany.
- Nie. Ale widziałem, jak psorka wyrzucała jakąś do kosza. Przykro mi.
Nawet ją to nie dziwiło. Ich przedszkolanka nie należała do zbytnio wyrozumiałych, więc gdy coś znajdowała, od razu wyrzucała.
Zawiedziona usiadła obok, podczas gdy ten wrócił już do wcześniejszego zajęcia.
- Głodna jestem. - powiedziała. - Miałam tam swoje kanapki.
Ten całkowicie ją ignorował. Blondynka odkaszlnęła kilka razy, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, jednak znów, bezskutecznie.
- No oddaj mi swoje jedzenie!
Szatyn spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Niby z jakiej racji?
- Jestem głodna. No i ty jesteś facetem, powinieneś umieć się zachować.
- Czekaj... Serio to zauważyłaś?
- Że jesteś niewychowany? Tak.
- Nie, nie to. Że nie jestem dziewczyną.
Był tym szczerze zaskoczony, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po krótkiej analizie, Sophie stwierdziła, że faktycznie łatwo pomylić jego płeć. Poza długimi włosami zgubne były delikatne rysy twarzy, chuda sylwetka i zainteresowanie rysowaniem.
- Nie no, aż tak babsko nie wyglądasz. - powiedziała, uśmiechając się lekko. - Mogło być gorzej.
- Mam akurat dwie bułki. - powiedział, a na jego twarzy w końcu zagościł uśmiech. - Lubisz dżem malinowy?
- To były dobre bułki. - szepnęła pod nosem Adventure.
Jolie spojrzała na nią ze zdziwieniem. Pozostali niedosłyszeli.
- Ale Taylerek żyje. - zauważyła Ginger, wskazując głową w stronę łóżka. - Tam leży. Oddycha, chrapie, a nawet mamrocze coś przez sen.
Hermiona jęknęła z zawodem. Nie po to tutaj przyszła.
- I co robicie mi nadzieję? - zapytała, splątując ręce na piersiach. - Mogłam spokojnie spać, a nie włazić do jego pokoju po nocy.
- Ależ on musi mieć twardy sen. - powiedziała Martinówna. - My tu gadamy, a on nie reaguje.
"A on nie reaguje" ~ te słowa kuzynki przeanalizowały po kilka razy. Ustały tuż przy Taylerku, dokładnie obserwując jego ruchy.
- To może lepiej już chodźmy? - zaproponowała Jolie. - Jak się uwiniemy, to zdążymy się jeszcze zdrzemnąć przed budzikiem.
- Czekaj, - Ulaniuk jakby wróciła do rzeczywistości, spojrzała na nią ze zdumieniem. - to dzisiaj nie jest niedziela?
- Nie, poniedziałek.
- Cholera. Ciągle żyję na trybie wakacyjnym.
Nazz i Sophie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
- Kochane, musimy przejść do reanimacji. - powiedziała poważnie Sophie, rozprostowując ręce.
- Sophie, nie! - przerwała jej Jolie. - Nie możesz wykonywać pierwszej pomocy na osobie, która tego nie potrzebuje!
- Ale on właśnie potrzebuje!
- Podziwiam jego twardy sen. - stwierdziła Ginger.
- Nie słuchaj ich sis! - weszła im w słowo Nazz, kładąc dłonie na ramionach kuzynki. - Musimy ratować Taylerka przed śmiercią!
Francuzka znów chciała ją zatrzymać, jednak powstrzymała ją Ukrainka.
- I tak cię nie posłuchają.
Jolie z ciężkim sercem musiała przyznać jej rację. Cała trójka cofnęła się, podczas gdy Sophie zaczęła przystępować do reanimacji, chociaż jedynym źródłem jej wiedzy były filmy.
Przypominając sobie wszystkie programy paradokumentalne jakie kiedykolwiek widziała, skojarzyła fakt, że zawsze, a przynajmniej tak jej się wydawało, zaczynali od uderzeń w klatkę piersiową.
Blondynka z całej swojej siły nacisnęła na mostek, przez co chłopak od razu się obudził.
- Co ty robisz?!
- Ocaliłam go! - wykrzyknęła uradowana, po czym mocno go przytuliła, przyciskając chłopaka do piersi. - Już myślałam, że umarłeś!
- Właśnie, nie rób mi więcej nadziei. - powiedziała Ulaniuk.
Chłopak potrzebował chwili, by zrozumieć o co chodzi. Sophie blokowała mu dostęp do tlenu, jednak nie narzekał na swoją obecną pozycję.
- To nie był mój pomysł. - zarzekła się Jolie.
- Ani mój. - dodała Ginger.
- Jasne, że nie wasz. - odparła Nazz, siadając na łóżku. - Był mój i sis. Gdyby nie jej interwencja, to Taylerek mógłby być już trupem!
Zanim Tayler zdążył odpowiedzieć, drzwi do jego pokoju otworzyły się. W progu stanęła jego mama, ubrana w koszulę nocną do kolan. Zaspanymi oczyma spojrzała na całe zbiegowisko, podczas gdy reszta patrzyła na nią wyczekująco.
"Pięć dziewczyn w jego pokoju. - pomyślała. - To musi być sen."
Nie mówiąc nic więcej, wróciła do swojej sypialni.
- Twoja mama nas chyba lubi. - stwierdziła Sophie. - Hej, skoro już tu jesteśmy wszyscy, to może zrobimy sobie krótką imprezkę?
- Nie. - odparła zdecydowanie Hermiona, jednak po chwili zawahała się. - Chociaż mam trochę daleko i zanim dotrę do siebie, to będę musiała się zbierać do budy. Chyba, że pojadę autobusem, ale będę musiała czekać. W takim razie, zostaję. Taylerku, idź mi zrobić śniadanie.
W odpowiedzi rzucił w nią poduszką, po czym wrócił do spania. Ta jednak nie została mu dłużna.
- Bitwa na poduszki! - zawołała Jefferson.
Niestety, zabawa nie potrwała długo. Jakby zsynchronizowane, wszystkie telefony gości zaczęły dzwonić.
- Halo? - odebrała Nazz.
- No nie ma mnie, jestem u Taylerka. - odparła do komórki Sophie, niczym się nie przejmując. - Jak to, że nieodpowiednia pora? Każda pora jest odpowiednia na odwiedziny! On mógł umrzeć!
- I tak nie jest daleko. - powiedziała Jolie, unosząc ze zdziwieniem brwi, słuchając słów matki. - Bez przesady. Czekaj, naprawdę jest po trzeciej?
- Niesamowite, że nie ma mnie w łóżku! - zdumiała się Hirano. - Musiałaś źle sprawdzić. Wróć do mojego pokoju tak za pół godziny, to zobaczysz, że tam jestem.
- Przykro mi kochani, ale chyba będziemy musieli odłożyć bitwę. - oznajmiła ze smutkiem Nazz. - Musimy wracać. Taylerku, tylko nie umie... - tu urwała widząc, że ten już w ogóle ich nie słuchał. Zasnął. - Meh, mniejsza. Chodźcie.
Cała piątka ruszyła ku wyjściu. Jednak ku ich zdziwieniu, Hermiona nie poszła za nimi, a zatrzymała się w kuchni. Jak gdyby nigdy nic, otworzyła lodówkę, wyjmując z niej jedzenie.
- Co ty robisz? - zapytała Martin.
- To, że was starzy trzymają na łańcuchu to nie znaczy, że ja też sobie na to pozwalam. - odparła. - Poza tym, po mnie nikt nie dzwonił. I nie ma sensu żebym wracała, skoro stąd mam bliżej do szkoły. Poza tym, głodna jestem. - przez cały czas grzebała w lodówce, wyraźnie czegoś szukając. - Gdzie ten pedał ma pomidory? Jak mam zjeść kanapkę bez nich?!
Usłyszały czyjeś kroki. Odwróciwszy się, zobaczyły Emily, która wpatrywała się w Hermionę ze zdziwieniem.
- Co tu robisz? - zapytała.
- Śniadanie. Gdzie macie pomidory?
- Chodźmy lepiej. - stwierdziła Jolie, po czym cała czwórka opuściła mieszkanie.

W końcu wzeszło słońce. W domu Miltonów wrzało z samego rana. Głównie przez Scott'a.
Tatiana miała go szczerze dość. Próbowała spokojnie umyć zęby, podczas gdy ten machał jej pod nosem swoimi banknotami.
- Widzisz to? - powtarzał do znudzenia. - Sam to zarobiłem! Znaczy, nie byłem tam sam, ale jestem dziany! A wiesz co to znaczy? Że nie umrę bez twojej pomocy! Ha! I kto jest najlepszy? Ja jestem!
Zaczął tańczyć swój taniec zwycięstwa. Dziewczyna spojrzała na niego z zażenowaniem.
- Uspokój się, bo zaraz wrzucisz ten swój wielki majątek do kibla. - powiedziała, po wypłukaniu ust. - Właściwie, to ile zarobiłeś?
- Ponad tysiaka. - odparł z dumą. - Jestem samodzielny, samowystarczalny, prawie dorosły, inteligentny, zaradny, piękny...
- Dobra, załapałam. Patrz jak się zarabia pieniądze.
Po tych słowach wyszła z łazienki, a on ruszył za nią. Blondynka poszła do jadalni, gdzie siedział jej ojciec, razem z Amy.
- Hej tato. - przywitała go z uśmiechem, siadając obok. Mężczyzna nie zwrócił na nią większej uwagi, trzymając nos w gazecie. - Potrzebuję pieniędzy. Dasz mi coś?
- Weź sobie ile chcesz z mojego portfela. - odparł beznamiętnie.
Tatiana w podziękowaniu pocałowała go w policzek, po czym poszła po swoje pieniądze. Scott przyglądał się temu ze zdumieniem.
- To nie fair! - odezwał się oburzony. - Czemu ona dostaje ile chce, a mi dajesz jakieś śmieszne sumy?!
- Bo tak. - odparł niewzruszony. - Coś jeszcze?
Zanim chłopak zdążył się zorientować, obok niego stała już zadowolona Tatiana, machająca przed jego nosem zwojem banknotów.
- Hipokryzja. - wycedził, po czym wziął swój plecak w ręce.
Nie mówiąc nic więcej, wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
- Ma rację. - odezwała się niespodziewanie Amy, zwracając na siebie uwagę pozostałych. - Co? Jesteście obrzydliwymi hipokrytami. Poszłabym, ale umówiłam się ze Steph i Paulin, więc na nie czekam, ale traktujcie mnie tak, jakby mnie tu nie było.

Scott niezbyt przejmował się czynnościami, które powszechnie uważało się za kulturalne. Bez pukania wszedł do mieszkania, po czym jak gdyby nigdy nic usiadł przy stole, podczas gdy domownicy jedli śniadanie.
Jeremi, Jully i Loren spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Fakt, że żadne z nich nie zdążyło użyć modulatora ciał powodował pewien dyskomfort.
- Dlaczego nikt nigdy nie zamyka tych cholernych drzwi? - zapytał Rarity, podczas gdy Milton nasypał sobie płatków do miski. - I gdzie moja mis... A, nieważne, znalazłem.
- Życie to kanał. - stwierdził blondyn, nalewając mleka. - Ludzie to kanał. Zaczynam rozumieć czemu ciągnie mnie do znajomości z kosmitami. Swoją drogą, hejka, - tu zwrócił się do do dziewczyn. - Scott jestem.
- Loren.
- Jully. Miło mi. Co tu robisz? I skąd wiesz?
- Myślisz, że po kogo leciałam w kosmos? - zapytał ironicznie Jeremi, po czym zwrócił się do Scott'a. - Co taki wkurzony?
- Na wszystko. - odparł, zjadając jego śniadanie. - W sumie, to już mi lepiej. Kocham płatki.
- Cieszę się, że mogłam pomóc. - powiedziała z uśmiechem Jully.

Fretka stała na korytarzu w towarzystwie Stefy, Jenny i Vanessy. Cała trójka z uwagą słuchała opowieści dziewczyny, nie mogąc przestać się uśmiechać. Flynn żwawo gestykulowała. Uwielbiała takie sytuacje. Gdy to ona była "tą fajną" w towarzystwie, a wszyscy wpatrywali się w nią z podziwem.
Lekcje się jeszcze nie zaczęły, korytarze były prawie puste. Ona jednak musiała przyjść wcześniej, gdyż nie wytrzymałaby dusząc to w sobie.
- W końcu się zbuntowałam! - mówiła z podekscytowaniem. - Poszłam z kuzynem pod sieciówkę, załatwiliśmy sprej, po czym napisaliśmy na ścianie obraźliwe zdanie o dyrektorce.
Tym jeszcze bardziej pobudziła ich ciekawość.
- No mów! - niecierpliwiła się Hirano, uśmiechając się szeroko. - Co napisałaś?!
Fretka wzięła wdech, budując tym samym napięcie, po czym odpowiedziała:
- "Moranica śmierdzi"!
Wbrew jej oczekiwaniom, te nie spojrzały na nią z podziwem, nie pogratulowały odwagi, ani nie zaczęły wielbić. Rudowłosa nie miała pojęcia czemu nagle tak znieruchomiały, jednak szybko się przekonała.
- A więc to ty!
Odwróciwszy się za siebie, zobaczyła wściekłą dyrektorkę. Fretka instynktownie cofnęła się o krok.
- Mówiłam o innej Moranice. - wydusiła.
Kobieta prychnęła z pogardą, kręcąc przy tym głową.
- Już cykorzysz? Skoro byłaś takim kozakiem, to co powiesz na bójkę?!
- Ale...
- Żadnych ale! Ty, ja, dzisiaj, po twoich lekcjach! I nie próbuj uciekać, bo wiem o której kończysz!
Po tych słowach, kobieta odeszła z dumnie uniesioną głową. Fretka potrzebowała chwili, by przyswoić tą informację, a gdy już jej się to udało, cała pobladła.
- No to ładnie. - skomentowała Vanessa. - Będziesz bić się z dyrką.
Rudowłosa popatrzyła na nie z przerażeniem.
- Już po mnie. - wymamrotała. - Ona mnie zabije.
- Nie martw się Fretka! - powiedziała Stefa, siląc się na entuzjazm. - Pomożemy ci! Nie? - tu zwróciła się do reszty.
- Wiecie... - zaczęła Jenny, łapiąc się z zakłopotaniem za kark. - Mam dużo pracy. W sensie, nauka i te sprawy. Ale życzę wam powodzenia!
Uniosła kciuki, po czym uciekła.
- A ja nie będę się wplątywać w cudze problemy. - odparła Dundersztyc, po czym poszła w ślady Brown.
Fretka i Stefa odprowadziły je spojrzeniem. Hirano nie mogła nadziwić się ich postawie.
- Nie bój nic, ja ci pomogę! Musimy tylko dostać kluczyk od sali gimnastycznej. Jak ja cię wyszkolę, to nikt nam nie podskoczy.

Baljeet ze zdziwieniem obserwował Buforda, który budował stragan na lemoniadę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że robił to na środku korytarza. No i nie miał lemoniady.
Następnie Van Stomm usiadł za stoiskiem, jakby czekał na klientów. Hindus ustał naprzeciwko, na co ten zmarszczył brwi.
- Ty nie kujonie! - krzyknął.
Tjinder uniósł brwi.
- A co robisz?
- A na co ci to wygląda?
- Na sprzedawanie lemoniady.
Buford spojrzał na niego groźnie, na co ten instynktownie cofnął się o krok.
- To stoisko do zapisywania się do mojej grupy! - odparł obudzony Buford. - Wczoraj sporo nad tym myślałem i stwierdziłem, że nie muszę zrażać się jedną porażką z Sebixami. Przeciwnie, sam sobie taką założę! Będziemy przeciwieństwem Złego trio. Przebijemy je w fejmie i będziemy królami szkoły. Poprzez "my" oczywiście rozum mnie. Reszta będzie od brudnej roboty.
Słysząc to, Hindus uśmiechnął się lekko. Może to nie byłby taki zły pomysł? Istniało prawdopodobieństwo, że gdyby znów należeli do jakieś paczki, Buford może przestałby skupiać na nim całej swojej uwagi, co zazwyczaj nie kończyło się dobrze.
- A mogę dołączyć?
Van Stomm popatrzył na niego przez chwilę, po czym wybuchnął śmiechem. Baljeet momentalnie zmarkotniał.
- No chyba żartujesz! Gdybym chciał takiego słabeusza, to wziąłbym tego tam! - tu wskazał na stojącego w oddali Romano. - Załóż sobie grupę przegrywów na twoim poziomie kujonie!
- Czyli co, zrywasz ze mną?
- Przyszedł czas aby każdy z nas poszedł własną drogą i zapomniał o tym drugim. Poza tym, jesteś mi tylko kulą u nogi.
Baljeet spojrzał na niego z niedowierzaniem. Po tylu latach tworzenia jedności, ten tak po prostu z nim zrywa?! I to bez żadnych wyjaśnień?!
- Bez mojego mózgu twoje mięśnie są bezużyteczne. - stwierdził z dumą Tjinder. - Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał do ciebie dołączyć.
To było wyzwanie. Buford nie byłby sobą, gdyby go nie przyjął.
Kątem oka zobaczył Djanga, który własnie wszedł do środka, po czym od razu podszedł do Romano.
On i Van Stomm nigdy nie utrzymywali bliższych kontaktów, jednak chłopak znał go na tyle, by wiedzieć, że by się nadał.
- Ej, ty! Malarz! - Brown odwrócił się w jego stronę, nie będąc do końca pewnym, czy chodzi o niego. - Chodź tu!
Belg i Włoch wymienili zdziwione spojrzenia. Podeszli oboje, co sprawiło, że na twarzy Baljeet'a zakwitł triumfalny uśmiech.
- Zakładam grupkę. - oznajmił Holender. - Wpisujesz się?
Django zmarszczył brwi, jednocześnie uśmiechając się z politowaniem.
- Ale ty tylko mnie pytasz?
- No tak. Rany, a to podobno ja mam problemy z liczbami.
W odpowiedzi Brown parsknął śmiechem. Accardi przyglądał się tej scenie bez większego entuzjazmu, jednak sam mimowolnie uśmiechnął się lekko.
- Co cię tak śmieszy? - warknął Buford.
- Sorki, ale mojego przegrywa nie zamieniłbym nawet za tysiąc wygrywów. Poszukaj wśród bardziej zdesperowanych osób. Irving jest chyba wolny.
Po tych słowach odeszli. Van Stomm zobaczył, jak Romano unosi środkowego palca, jednocześnie nawet na niego nie patrząc. Buford gotów był pognać za nimi, jednak w porę zatrzymał go Baljeet.
- Odpuść sobie. Zamiast się wyżywać, mógłbyś lepiej...
- Wyżywać? - przerwał mu. - Ja go biorę, jednak nie jest taką ofiarą na jaką wygląda!
Tjinder westchnął ciężko. Postanowił dać swojemu łobuzowi czas na zorientowanie się, jak bardzo bezsensowne są jego poczynania. Oparł się więc o stoisko, ze spokojem oglądając, jak szatyn proponuje współpracę Django i Romano.
Już po chwili wrócił, a biła od niego złość.
- Durnie. Tracą okazję na bycie kimś. Ehh, dobra, niech ci będzie. Możesz dołączyć.
- Właściwie, to jak ta grupa się nazywa?
Na to pytanie chłopak nabrał większego entuzjazmu. Znów uśmiechnął się, a pewność siebie ponownie zaczęła od niego emanować.
- Bufordżersi. - odparł. - Fajne, nie? Sam wymyśliłem.
- Oh. Nad nazwą jeszcze pomyślimy.

Po czasie.
Większość zdążyła już przyjść do szkoły. Nie inaczej było z nowym uczniem, który stał przed drzwiami, wpatrując się w klamkę. Nie należał do osób lękliwych, czy nieśmiałych, jednak najzwyczajniej w świecie stresował się.
Był to wysoki, opalony chłopak o zgrabnej sylwetce z czarnymi włosami, brązowymi oczami i gęstymi brwiami. Ubrany był w szary sweterek na guziki, które były zapięte jedynie połowicznie. Ubranie miało też dekolt, spod którego widać było białą koszulę. Do tego miał na sobie długie ciemno-fioletowe spodnie i czarne półbuty.
Często zmieniał szkoły. Jego rodzice byli podróżnikami z pasji i zawodu, więc była to nieodłączna część jego życia. Nie mniej, tutaj miał zostać na stałe, więc zależało mu, by znaleźć sobie jakiś przyjaciół. Zwłaszcza, że z nikim z poprzednich szkół nie utrzymywał kontaktów. Nie żeby nie lubił tamtych ludzi. Lubił. Ale było ich zwyczajnie za dużo.
Z rozmyślań wyrwał go czyiś głos, który nie tyle co krzyknął, ale dość głośno wypowiedział mu do ucha "bu".
Instynktownie podskoczył, odwracając się za siebie. Obok stał chłopak, który wyglądał jakby wyciągnięto go z lat sześćdziesiątych. Podobnie jak on, miał czarne włosy, jednak używał znacznie więcej żelu, co było wyraźnie widać. Ubrany był w białą koszulkę, na której miał jednak czarną, skórzaną kurtkę. Do tego zakładał długie, materiałowe spodnie w tym samym kolorze i półbuty. Miał jasną cerę i piwne oczy.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony.
Nowy znajomy uśmiechnął się lekko.
- Jesteś nowy, nie? - zapytał, na co ten pokiwał twierdząco głową. - Wiedziałem! Znaczy, stałem pod bramą z godzinę, bo była zamknięta. Potem się wprawdzie otworzyła, ale jakoś tak mnie zastygło. Łapiesz o czym mówię, nie?
- Łapię.
- No. Więc stoję i myślę co robić. Bo nie wypada uciec już pierwszego dnia. No i wyszedłbym na tchórza, a to trochę przypał. Ale potem zobaczyłem, że stoisz taki obsrany przed drzwiami i...
- Słucham?
- Ale nie przerywaj mi. No i pomyślałem, że możemy się dogadać. Logan Chaves jestem.
Brązowooki przyjrzał mu się z lekkim zdziwieniem, po czym odwzajemnił uśmiech.
- Colin McAdam. Do jakiej klasy idziesz?
- Pierwszej B.
- Ja też.
- U, super! Przybij stary! - po tych słowach obaj przybili pjontkę, po czym weszli do środka.
Oboje poczuli ulgę. Poznali już pierwszą osobę ze swojej klasy. Teraz tylko z górki.

Proczadzikowcy stali na korytarzu. Tayler grał w grę na telefonie, Jolie poprawiała makijaż przy użyciu odbicia w swojej komórce, Ginger pokazywała Nazz najlepsze fanarty, które zapisane miała w swoim urządzeniu, Hermiona pisała z kimś SMSy, siedząc na parapecie, a Sophie rozglądała się dookoła, jednocześnie słuchając muzyki przez swoje różowe słuchawki. Ku jej zmartwieniu, nigdzie nie mogła znaleźć swojego chłopaka.
Po chwili jednak co innego przykuło jej uwagę.
- Taylerku, chyba zaczynam tęsknić za Nowym Yorkiem.
- Serio? - zapytał, nie odrywając wzroku od komórki.
Dziewczyna przyjrzała się jeszcze raz, chcąc mieć pewność, czy to oby napewno są halucynacje.
- Pamiętasz Logana? - spytała.
- Ciężko nie pamiętać.
- No właśnie teraz go widzę i nie jestem pewna, czy mam omamy.
Stevenson momentalnie stracił zainteresowanie grą. Z niedowierzaniem spojrzał w stronę drzwi, a widząc chłopaka, zacisnął pięści.

Logan i Colin weszli do środka. Początkowo zajęci rozmową, szybko zmienili nastawienie. Chaves zatrzymał się w środku drogi, patrząc na stojącego niedaleko znajomego. McAdam nie miał pojęcia o co chodzi, jednak widząc zszokowanie na twarzy kolegi poczuł, że coś się dzieje i to coś conajmniej interesującego.

- Wyjechałem na drugi koniec kraju. - wycedzili jednocześnie przez zaciśnięte zęby. - I musiałem trafić do miejsca w którym jest też on?!
Oboje ruszyli w swoim kierunku, a ich towarzysze szybko pognali za nimi. Chłopcy obrzucili się nawzajem morderczymi spojrzeniami, przeklinając w duchu swojego pecha.
- Chaves. - zaczął Tayler, siląc się na obojętność w głosie.
- Stevenson. - odparł, unosząc z wyższością głowę. - Nie spodziewałem się tu ciebie. Myślałem, że przeniosłeś się do przytułku dla bezdomnych.
Szatyn w odpowiedzi uśmiechnął się ironicznie.
- Nie myślałem nad przeprowadzką do ciebie, ale dzięki za propozycję.
Brunet zmarszczył brwi.
- Tchórzu. - odparł Logan.
- Słucham?
- Tchórzu. Wyjechałeś z Yorku w dniu kiedy mieliśmy ustawkę. Nie wmówisz mi, że zapomniałeś.
Tayler zastanowił się chwilę, podczas gdy jego przeciwnik splątał ręce na piersi, a na jego twarzy pojawił się grymas. Pozostali obserwowali tę wymianę zdań z zainteresowaniem.
- A, fakt. - odparł po chwili namysłu. - Wyleciało mi z głowy. Przeprowadzka trochę mi namieszała.
Na te słowa, Logan jakby złagodniał.
- O, totalnie rozumiem. Zwłaszcza korki po drodze.
- Tak, one były najgorsze. Nie mów, że też zatrzymaliście się na taco na tej wsi, co właściciel...
- Nic mi o tym nie mów, kompletny koszmar. Muszę zapamiętać, żeby wystawić im złą opinię w necie.
- Powodzenia, nie mają strony.
- Serio? Pfff, widać, że wieś.
Proczadzikowcy i Colin wymienli zdziwione spojrzenia. Nie mieli pojęcia jak ta dwójka przeszła z wyzywania się do normalnej rozmowy, jednak nie potrwało to długo.
- Dobra, wracając. - przerwał Chaves. - Nie ma niczego, czego nie można byłoby naprawić. Ustawiamy się dzisiaj po lekcjach.
- Okay.
- Okay?
- No okay. Wszystko mi jedno, już nawet nie pamiętam o co nam poszło, ale dołożyć ci mogę zawsze chętnie.
Czarnowłosy zmrużył groźnie oczy, podczas kiedy jego rozmówca wykazywał średnie zainteresowanie.
Można było odnieśc wrażenie, że nic go to nie obchodzi, jednak było wręcz przeciwnie - fakt, nie pamiętał o co im poszło, ale walnąć Logana chciał bardzo, chociażby za sam fakt bycia Loganem. Nie chciał tego jednak pokazać, by nie wyglądało to na obsesję, którą mógłby mieć na jego punkcie.
Wymienili ostatnie pogardliwe spojrzenia, po czym każde z nich poszło w swoją stronę. A raczej chcieli, bo jak się okazało, szli w tą samą. Całe szczęście, ostatecznie skręcili w dwie różne strony korytarza.
Dopiero wtedy Proczadzikowcy mogły zobaczyć, jak bardzo Logan działa Taylerowi na nerwy. Chłopak przyśpieszył, idąc z rękami w kieszeni, klnąc pod nosem w dwóch językach.
- A myślałam, że to mnie najbardziej nienawidzi. - stwierdziła Hermiona.
- Nie, no coś ty. - odparła z uśmiechem Sophie. - Nie ma drugiego takiego, którego Taylerek nienawidziłby bardziej od Logana. To jest nienawiść od pierwszego wejrzenia. No i przeznaczenie. Jak inaczej wyjaśnić to, że sprowadzili się do jednej wsi?
- To Danville jest wsią? - zapytała Jolie.
- Jasne. W porównaniu do Yorku.
- W porównaniu do mojej rodzinnej wsi Danville to metropolia.
- Danville metropolią? Z jakiej nory ty się urwałaś?
- Z Treignatu. - odparła, po czym zwróciła się do Taylera. - Za co tak go nienawidzisz?
Chłopak w końcu nieco zwolnił, dorównując im kroku. Nigdy nie widziały go jeszcze takiego wściekłego, co Hermione najwyraźniej się podobało.
"Wygląda fajnie jak się wkurza" ~ pomyślała.
- Za wszystko. - odparł. - Zaczęło się od pierwszej klasy podstawówki w której się poznaliśmy. Zwyczajnie nie podpadliśmy sobie do gustu, a on zaraz zaczął się czepiać. Kretyn.

- Kto to był?
Logan i Colin doszli już pod drzwi klasy. McAdam zdążył zauważyć jak Chaves wściekł się po dość krótkiej rozmowie ze swoim wrogiem.
Obaj zatrzymali się tuż przed wejściem.
- Mój arcywróg. - odparł, odwracając się w stronę kolegi. - Nienawidzimy się od pierwszego wejrzenia. Wiesz, niby nic osobistego, po prostu nie przypadliśmy sobie do gustu, aż on zaczął się ot tak czepiać. Kretyn.
Colin nie czuł potrzeby wnikania w to głębiej. Uznał, że skoro to tamten zaczął, Logan ma pełne prawo go nienawidzić.
Otworzył drzwi, a w środku czekała już ich nowa klasa.
Zanim zdążyli cokolwiek zobaczyć, odczuli, że spojrzenia wszystkich skupione są na nich.
- Są! - zawołała jakaś dziewczyna siedząca w rzędzie przy oknach. - Nasze ratunki!
Nie mówiąc nic więcej, rzuciła się Colinowi w objęcia, po czym uściskała i Logana. Oboje nie mieli pojęcia co się dzieje, jednak ta pośpieszyła z wyjaśnieniami.
- Sorki, sorki, zazwyczaj nie jestem taka wylewna. - powiedziała z szerokim uśmiechem, odgarniając włosy z policzków. - Ale ogromnie cieszę się, że do nas doszliście! Ja jestem Milly Davis. Miło was poznać. Poznajcie resztę.
Zaczęła przedstawiać każdego z osobna. Niską, rudowłosą okularnicę o nazwisku Greta Oldman, opaloną brunetkę, również w okularach - Summer Outside, wysokiego szatyna, który, co ciekawe, również miał na nosie okulary - Lucas Neumayer.
- No i oczywiście moje kochane abrahamiczne trio. - tu zwróciła się ku blondynce o niebieskich oczach. - Katie Adams i... Zaraz. Gdzie jest Murad?
Jak na zawołanie drzwi otworzyły się, a do środka wbiegł opalony chłopak o czarnych jak smoła włosach, brązowych oczach i gęstych brwiach. Przez pośpiech nie zauważył, że do podeszwy przyklejony miał kawałek papieru, o który się potknął, w wyniku czego przewrócił się na twarz. Greta i Logan zareagowali śmiechem, jednak szybko przestali, czując na sobie groźne spojrzenie Milly.
- Jest i Murad. - powiedziała, gdy Katie pomagała mu wstać. - Więc, nasza klasa jest jak rodzina! Jesteśmy sobie bliscy, wspieramy się i... - tu urwała widząc, że Katie zdarła z pleców Murada kartkę z napisem "Kebab za darmo". - KTO TO DO CHOLERY ZROBIŁ?! PRZYZNAĆ SIĘ, TO MOŻE WAS NIE ZABIJĘ!
Nikt się nie odezwał.
- Nic się nie stało. - wtrącił nieśmiało chłopak.
- Ja decyduję czy coś się stało, czy nie. Nie na darmo jestem przewodniczącą.
- O, a więc są nowi? - zapytał, chcąc nieco rozluźnić atmosferę. - Miło was poznać.
- Tak. - odparł Colin, w końcu uśmiechając się. - Colin McAdam.
- Logan Chaves.
- Murad Yalabik. Dobrze, że doszliście, bo... - tu urwał, gdyż Milly zasłoniła mu usta dłonią.
- Ja im to wyjaśnię. - stwierdziła, po czym zwróciła się do nowych. - Jak pewnie zauważyliście, jesteśmy dość małą klasą. Chcieli nas rozwalić, ale okazało się, że dojdą do nas dwie osoby, czyli wy. Teraz jest już nas cała ósemka. Całkiem ładna cyfra, nie uważacie?
Logan i Colin wymienili zdziwione spojrzenia.
- W sumie, to wciąż nas trochę mało. - odparł zmieszany McAdam.
Na te słowa, Milly naburmuszyła się.
- Z takim nastawieniem, to z pewnością daleko nie zajdziemy.
Rozmowę przerwał im dzwonek zwiastujący lekcję. Wszyscy zajęli swoje miejsca. Dwójka nowych uczniów postanowiła usiąść razem. Zajęli trzecią ławkę od końca, za Muradem i Katie.
- Polubicie naszą wychowawczynię. - powiedziała Milly, która siedziała w pierwszej ławce. - Uczy ogólnie wuefu, ale jest bardzo miła.
- To ulga. - odetchnął Logan. - Mam dość durnych wychowawczyń. W podstawówce miałem taką wredną babę, że do dziś jej nie trawię.
- Tak swoją drogą, - odezwał się Colin. - dlaczego nazwaliście się Abrahamiczne trio?
- A, bo każde z nas wyznaje jedną z religii abrahamicznych. - odparła Katie, a cała trójka siedziała już odwrócona przodem do nich. - Ja jestem chrześcijanką, Milly żydówką, a Murad muzułmaninem. Tak się zgadaliśmy i razem egzystujemy.
Drzwi w końcu otworzyły się, jednak ku zdziwieniu wszystkich, to nie ich wychowawczyni, a dyrektorka weszła do środka. Na jej widok zapanowała grobowa cisza, a Murad instynktownie schował się pod ławkę. Summer miała ochotę zrobić to samo, jednak w porę powstrzymała się.
Rudowłosa ustała za biurkiem, spoglądając na klasę.
- Ha! - roześmiała się, widząc chłopaka pod stołem. - Co za ciota!
- Hej, tylko nie ciota! - oburzyła się Milly. - Tylko ja mogę go tak nazywać i to wyłącznie w formie konstruktywnej krytyki. - po tych słowach zwróciła się do przyjaciela. - Wyłaź stąd cioto, przynosisz wstyd swoim przodkom!
- Nie mogę. - odparł, przytulając się do nogi stołu. - Ona mnie przeraża.
Dziewczyna wywróciła oczami.
- Katie, powiedz mu coś. - tu zwróciła się do blondynki, jednak ku jej zdziwieniu, jej również nie było na swoim krześle.
- Jestem tutaj. - odparła. Jak się okazało, schowała się obok chłopaka.
Milly spojrzała na nic z niedowierzaniem, po czym ukryła twarz w dłoniach.
- Gdzie nasza wychowawczyni? - zapytała Summer.
- Ma wolne. - odparła Moranica. - Wracając do konkretów. Wasza klasa zostaje rozwalona. No i to tyle.
Chciała odejść, jednak zatrzymała ją Davis.
- Jak to rozwalona?! - odezwała się, wstając. - Tak nie można!
Rudowłosa odwróciła głowę w jej stronę. Dziewczyna była nie tylko wściekła, ale i smutna, na co wskazywały jej oczy.
- Ja wszystko mogę! No i ósemka to jednak wciąż marna liczba. - po chwili rozległ się odgłos upadku z góry. Ciężko było stwierdzić, czy był to człowiek, czy krzesło, gdyż brzmiało jak jedno i drugie. - Czas na mnie. Elo. Ktoś wam chyba powie gdzie was przepisują.
Nie mówiąc nic więcej, szybko uciekła do swojego gabinetu. Katie i Murad wyszli ze swojej kryjówki, natomiast pozostali, za wyjątkiem Milly, odetchnęli z ulgą.
Ona jednak nie mogła pogodzić się z takim obrotem sprawy. Była przewodniczącą tej klasy, a co za tym idzie, była za nich wszystkich odpowiedzialna. Wyszła więc na środek sali, skupiając na sobie uwagę wszystkich.
- Kochani! - zaczęła. - Jak pewnie widzicie, jest źle. Chcą zniszczyć naszą klasę i co za tym idzie, rozdzielić nas. Lucas, jeżeli chcesz powiedzieć coś pesymistycznego, to lepiej nic nie mów. - dodała, widząc jak chłopak otwiera usta. Na jej słowa znów zamilkł. - Tak myślałam. - urwała, gdy Outside uniosła rękę. - Summer?
Brunetka podniosła się, po czym powiedziała:
- To dość logiczna decyzja. Osiem osób to zdecydowanie za mało, by prowadzić normalne lekcje. Myślę, że niezależnie co zrobisz, decyzja i tak już zapadła.
Katie i Murad wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Ich przyjaciółka zdecydowanie nie była typem osoby, która dobrze znosiła odmowę.
- Nigdy nie jest za późno, to po pierwsze. - odparła. - Po drugie, serio chcecie się rozstać? Po tym wszystkim co przeszliśmy?!
- Jesteśmy klasą dwa dni. - stwierdził obojętnym tonem Lucas. - Wciąż nie kojarzę waszych imion.
- To skojarzysz. Będziesz mieć na to całe trzy lata. Poza tym, jesteśmy świetną drużyną! Z mózgiem Summer, zamiłowaniem do chemii Lucasa, umiejętnością robienia kebabów Murada, humanistyczną pasją Katie, moim zapałem do walki, matematycznym darem Grety i... czymkolwiek, co mają nowi, jesteśmy niepokonani! No weźcie!
- Po prostu nie chcesz żeby rozdzielili cię z twoim trio. - Neumayer nie dawał za wygraną.
Dziewczyna zacisnęła pięści.
Colin i Logan byli zgodni - chcieli, by klasa dalej funkcjonowała. Głównie dlatego, że zdążyli już się poznać, co dawało łatwiejszy start. Nie mieli w końcu pewności, czy nie zostaną przepisani do różnych. Poza tym, polubili Milly.
- Może. Swoją drogą, wybraliście mnie na przewodniczącą klasy między innymi dlatego, bo nigdy się nie poddaję. Możecie mówić co chcecie, ale z żadną klasą nie będzie wam tak dobrze, jak z naszą. Lucas, wszyscy inni dawno by od ciebie uciekli, bo twój wzrok mówi tylko "zabiję cię i całą twoją rodzinę".
Miała rację. Wszyscy dawno to już zauważyli. Murad bał się do niego podejść, reszta też nie była chętna do zawierania z nim znajomości. Mimo to, czasem zamienili z nim słowo, a chłopakowi podobał się fakt, że ta rozmawia z nim otwarcie, jednak nigdy by się do tego nie przyznał. I tak nie wiele mówił.
- Póki nasz dziennik istnieje, jeszcze nasza klasa nie umarła. - stwierdziła. - I mam gdzieś czy jesteście za, czy przeciw. Ja nas uratuję.

Tymczasem w klasie I C.
Uczniowie czekali na nauczycielkę. Nie mieli zamiaru jednak narzekać, wprost przeciwnie. Takie spóźnienia były idealną okazją do przedyskutowania najważniejszych spraw.
Proczadzikowcy nie marnowali czasu.
- Okay, ja i sis załatwiłyśmy najważniejsze. - mówiła Nazz. - Zrobimy to na długiej przerwie. Musi się udać!
Pozostali, za wyjątkiem Sophie, spojrzeli na nią ze zdziwieniem, przerywając tym samym grę w karty.
- Ale o czym mówisz? - zapytała Jolie.
Niebieska uderzyła się w czoło.
- Jak wy nas słuchacie?!
- Tak jakby wcale. - odparła Hermiona. - Mówisz, czy możemy wracać do gry? Bo mam asy.
- No odśpiewanie hymnu! Załatwiłyśmy z sis radio. Znaczy, nie takie z piosenkami, tylko to szkolne. Będą nas słyszeć nawet w liceum! - powiedziała już z dużo większym entuzjazmem. - Czyż to nie wspaniałe?!
Reszta wymieniła porozumiewawcze spojrzenia.
- Nie umiem śpiewać. - wykręciła się Ginny. - Fałszuję strasznie, nie ma co sobie marnować słuchu, serio.
- Nie martw się Ginn, - wtrąciła Sophie. - na pewno śpiewasz bardzo ładnie. No i musimy pokazać dumę z powodu przynależności do naszej organizacji! Wyobrażacie sobie te wszystkie spojrzenia, gdy już skończymy?
Wyobrazili. Usłyszeli w głowie ten prześmiewczy śmiech i masę wyzwisk. Tayler dodatkowo wyobraził sobie uśmiechniętego Logana, przez co zrobiło mu się niedobrze.
Jolie przychodząc do gimnazjum miała tylko jeden cel - nie być ofiarą. Nie zniosłaby drwin rówieśników, a coś takiego z pewnością by jej w tym nie pomogło.
Ginger wciąż czuła się nieswojo. Nie chodziło o samych Proczadzikowców. Przykro jej było z powodu rozpadu Ogników. Chociaż starała się z tym walczyć, w jej głowie wciąż pojawiały się teorie mówiące o tym, że była to jej wina. Bo była zbyt nudna, miała nie te zainteresowania, czy źle patrzyła na świat. Nie wiedziała czemu, ale czuła się tym obciążona. Nie chciała kolejnych problemów.
Hermiona natomiast nie bała się ośmieszenia. Od zawsze miała to gdzieś. Nie oznaczało to jednak że bez oporów zrobiłaby coś, co by to na nią sprowadziło. W końcu mimo wszystko, ceniła sobie święty spokój.
- Jeszcze się przekonacie. - powiedziała dziarsko Nazz. - Zobaczycie, to będzie najlepszy dzień w naszym życiu! Swoją drogą, Taylerku, jak mentalne przygotowania do bójki?
- Super. Dzięki, że pytasz. Idę na spontana i liczę na szczęście.
- I to jest dobre podejście! - odparła, unosząc kciuk do góry. - Hymn też odśpiewasz spontanicznie.
W tym czasie Złe trio zajęte było sobą. Podczas gdy Amy i Stephanie zajęły się obgadywaniem innych, Paulin przeglądała Facebooka.
- Hej, słyszałyście? - zapytała. - Uprowadzili najbogatszego człowieka na Ziemi. Znaczy, domyślają się, że uprowadzili. Bo nie ma go od dłuższego czasu.
Na te słowa Amy machnęła lekceważąco ręką.
- Zwykłe plotki. - stwierdziła. - Przecież widziałam tatę dziś rano.
Paulin spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Ale ty zdajesz sobie sprawę, że twój ojciec nie jest najbogatszym człowiekiem na Ziemi, nie?
- Kłamiesz. Prawda Steph?
Winner w odpowiedzi roześmiała się głośno. Milton szybko spoważniała. Wszystko w co wierzyła legło w gruzach.
- Co za bogacz? - zapytała Stephanie, zaglądając czarnowłosej przez ramię. - Młody? Do wzięcia?
- Raczej nie. Z tego co wiadomo, jest po trzydziestce. Kojarzysz Davenporta? - zapytała, na co ta pokręciła głową. - Bo to właśnie on. Zoltan Davenport konkretnie. Ciekawe, czy gdyby się go znalazło, to dostałoby się nagrodę pieniężną?
- Na pewno, w końcu jest dziany. Kurcze, gdybym wiedziała gdzie jest, to już bym go ratowała. Dla ładnej sumki warto.

Stephanie nawet nie miała pojęcia jak bardzo był blisko.
W gabinecie Moranici stało krzesło, do którego przywiązany był mężczyzna. Miał on brązowe włosy i niebieskie oczy, a jego usta zaklejone były taśmą. Z całych sił próbował się wyrwać, jednak nic, a nic mu to nie wychodziło.
Przestał, gdy drzwi otworzyły się, wpuszczając do ciemnego pomieszczenia stróżkę światła. Szybko jednak powróciły egipskie ciemności, a jedyne co, a raczej kogo widział, była ona.
- Mój kochany mężusiu. - nachyliła się nad nim, gładząc go po głowie. - Zakochałam się w tobie, gdy tylko dowiedziałam się, że istniejesz i jak bardzo bogaty jesteś. Ty pewnie poleciałeś na moją niebanalną urodę.
Mężczyzna spojrzał na nią z przerażeniem, na co ta roześmiała się.
- No tak czy inaczej, zaplanowałam nam już ślub! Odbędzie się już dzisiaj! Super, nie?
Odpowiedział coś, jednak przez taśmę nie dało się nic zrozumieć.
- To ja pójdę załatwić nam dobry tort. Trzymaj się kochanie!
Po tych słowach wyszła. Davenport powrócił do prób rozluźnienia węzłów, jednak wszystkie kończyły się fiaskiem.
Mógł jedynie liczyć na to, że jacyś uczniowie zainteresują się nagrodą pieniężną i wyruszą mu na ratunek.

Część 2

Drzwi klasy w końcu otworzyły się. Wszyscy pośpiesznie wrócili na swoje miejsca, a Ginger wrzuciła swoje karty niedbale do plecaka, bojąc się, że germanistka je zauważy. Co jak co, ale jej podpaść nie miała zamiaru. Nikt nie miał, bo żaden zdrowo myślący człowiek nie chciał skończyć jak Amy.
Eliza Hass rzuciła dziennik na biurko. Rozległ się głośny trzask uderzenia twardej okładki o blat. Kobieta obrzuciła klasę chłodnym spojrzeniem, chociaż większość odnosiła wrażenie, że dosłownie wysysa ich dusze.
- Guten Morgen. - zaczęła groźnym tonem. - Mam nadzieję, że przygotowaliście się z poprzedniej lekcji.
"Oj, doskonale się przygotowałam" ~ pomyślała Amy, uśmiechając się triumfalnie.
Rosjanka podniosła rękę, co zdziwiło nauczycielkę.
- Tak?
- Chcę zgłosić nieprzygotowanie.
Kobieta uniosła brwi. Stephanie i Paulin natomiast popatrzyły na przyjaciółkę z podziwem.
- Za późno. - odparła germanistka, na co entuzjazm trio momentalnie opadł. - Nieprzygotowanie zgłasza się na samym początku lekcji.
Jak gdyby nigdy nic usiadła przed swoim biurkiem, po czym zajrzała do dziennika. Amy otworzyła szeroko usta i gdyby nie Stephanie, zapewne połknęłaby muchę.
- Ale przecież pani się spóźniła. - stwierdziła dziewczyna.
- Chcesz się ze mną kłócić? - przez cały ten czas wzrok skupiony miała w dzienniku. - Albo nie. Nie siadaj. Do odpowiedzi.
Blondynka niechętnie podeszła do biurka. Stephanie i Paulin wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Nawet im szkoda było Amy. Odkąd nauczycielka dowiedziała się, że Miltonówna jest siostrą Scott'a, czyli od pierwszej godziny, uwzięła się na nią strasznie.
- Co pamiętasz z poprzedniej lekcji? - zapytała, patrząc prosto na nią.
"Ona ma spojrzenie Hitlerowca" ~ pomyślała z przerażeniem uczennica.
- Przedstawianie się, ile ma się lat, opowiadanie o zainteresowaniach...
- Tylko tyle? - przerwała jej.
- To była pierwsza lekcja.
Hermiona uśmiechnęła się złośliwie. Przestraszona Amy była niczym miód na jej serce. W końcu miłą odmianą było obserwowanie jej roztrzęsionej i szukającej pomocy wzrokiem, a jednocześnie wiedzącej, że skazana jest na porażkę. Coś cudownego.
- Co ma jedno do drugiego? - nauczycielka nie dawała za wygraną. - Przecież mogłaś coś sama doczytać. Rozumiem, że brat ci za bardzo nie pomoże, ale twoja siostra nie jest głupia. Nie mogę ci się nadziwić Sammy...
- Amy. - poprawiła ją.
- Że mimo takich możliwości, nie robisz nic. Masz ty jakieś ambicje? Widać, że wdałaś się w brata. Siadaj, niedostateczny.
Nie było to dla trzynastolatki większym zaskoczeniem. Usiadła zrezygnowana do swojej ławki, uderzając głową o blat. Paulin poklepała ją pokrzepiająco po plecach.
Germanistka podniosła się znów do pozycji stojącej.
- Czy jest w tej klasie ktokolwiek, kto interesuje się językiem? - zapytała, w jej głosie słychać było nadzieję i desperację zarazem. - Ktokolwiek? - ku jej zdziwieniu, Sophie uniosła rękę. - Musisz do łazienki?
- Nie. - odparła, uśmiechając się. - Umiem biegle niemiecki.
Kobieta uniosła ze zdziwieniem brwi, splątując ręce na piersi.
- Naprawdę?
- Jasne. Moja rodzina jest z Austrii, a z dziadkami inaczej niż po niemiecku dogadać się nie da.
Nauczycielce ciężko było uwierzyć w jakiekolwiek umiejętności Adventure. Mimo to, chciała zobaczyć co potrafi.
- Śmiało.
Blondynka podniosła się. Wszyscy oczekiwali krótkiego zdania, które wskazałoby na to, że jedyne co Sophie potrafi, to ściganie biednego Irvinga.
Jakież było więc ich zdziwienie, gdy po chwili zaczęła mówić płynnie po niemiecku. Opowiadała bez pauz, a jednoczenie zrozumiale dla tego, kto posługiwał się tym językiem na takim samym poziomie jak ona. Czyli w tym przypadku, jedynie nauczycielka, chociaż ona sama miała problemy z dosłownym przetłumaczeniem, gdyż niektórych słówek zwyczajnie nie znała.
Wszyscy wpatrywali się w Sophie z niedowierzaniem, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszą. Nawet gdy skończyła, wciąż czuła na sobie spojrzenia klasy.
- Amy, - powiedziała w końcu nauczycielka, nie odrywając wzroku od Adventure. - powinnaś brać z niej przykład. A co do ciebie Sophie, masz szóstkę.
Nie dało się bardziej pogrążyć Miltonówny, aniżeli postawienie jej za wzór kogoś spośród Proczadzikowców. Z resztą, nie tylko ona czuła się z tym źle. Dla całego Złego Trio była to hańba.
Sophie w końcu usiadła na swoim krześle. Jej grupka uśmiechała się do niej z podziwem. Dziewczyna nigdy wcześniej nie czuła wokół siebie takie zainteresowania, ale musiała przyznać, spodobało jej się to.
- Wow, Sophie, - zaczęła Jolie. - jestem pod wrażeniem.
- Co ty jej takiego mówiłaś? - zapytał Tayler.
- Nic takiego, cytowałam moją ulubioną książkę.
- A co to za książka? - dopytała Martin.
- Mein Kampf.
Uśmiechy szybko zeszły z ich twarzy. Jedynie Nazz pozostawała pozytywnie nastawiona.
- A o czym to?
- O takim malarzu. Nie przyjęli go na studia, ale mimo wszystko nie poddał się i odnalazł swoje przeznaczenie w polityce. Udowodnił wszystkim, że warto gonić za marzeniami i przy okazji zatkał usta swoim hejterom. To mój idol.
Tayler i Jolie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie chcieli wnikać.

Francis Monogram siedział naprzeciwko brata. Nigdy nie spodziewałby się, że siedząc przy własnym stoliku w jego własnej kuchni, będzie czuł się niezręcznie.
Blondyn nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Zapatrzony był w zegar, by móc wytknąć siostrze każdą minutę spóźnienia. Francis natomiast spoglądał na swój zegarek na nadgarstku modląc się w duchu, by Crimson była już pod drzwiami. W końcu tylko na nią czekali.
Po chwili, starszy postanowił przerwać niezręczną ciszę.
- Co u ciebie?
Blondyn spojrzał na niego bez wyrazu.
- Wystarczy powiedzieć, że źle. - powiedział Major, na co ten uniósł brwi. - Mógłbyś jak raz okazać entuzjazm.
- Często go okazuję.
- Serio?
- Tak, ale wtedy nie ma cię obok. Trudno uwierzyć, żeby to był przypadek.
Monogram tylko wywrócił oczami. Na ich szczęście, drzwi otworzyły się, a do środka weszła Crimson.
- Sorki, sorki, - odezwała się, zanim ci zdążyli cokolwiek powiedzieć. - Korki. No i w przedszkolu problemy były. Beznadzieja. Długo w ogóle czekacie?
- Tak. - odparli równocześnie.
Widząc to, kobieta uśmiechnęła się.
- No przynajmniej się dogadujecie. Dobra Franiu, odpalaj!
- Proszę cię abyś przestała mnie tak nazywać od jakiś dwudziestu lat. - westchnął. - Zanim wyruszymy, pamiętajcie, że to...
- Podróż do innego świata, w którym fizyka rządzi się własnymi prawami. Tak, wiemy. - przerwał mu Adventure. - Odpalaj to cholerstwo.
- Czuć między wami tę braterską więź. - dodała blondynka, starając się rozluźnić atmosferę.
Major wziął w dłonie leżący na stole teleport. Spojrzał raz jeszcze na rodzeństwo, jakby miał nadzieję, że w ostatniej chwili zrezygnują, jednak jak się spodziewał, to on miał największe obawy z całej trójki.
"Czy tylko dla mnie zabawa ze Śmiercią jest niebezpieczna?" ~ zapytał sam siebie, po czym nacisnął przycisk.
W powietrzu pojawił się błękitny okrąg, będącym portalem do innego wymiaru.
- Jeżeli chcecie się jeszcze wycofać, to... - zaczął, jednak urwał, gdy Crimson z entuzjazmem przeskoczyła na drugą stronę.
Spojrzał z niedowierzaniem w miejsce, gdzie przed chwilą była jego siostra. Z rozmyślań wyrwała go dłoń Rona na łopatce.
- Uczyłbyś się od niej. - powiedział z drwiącym uśmiechem blondyn. - Tchórzu.
Następnie przeszedł na drugą stronę. Francis nie mógł pozostać obojętnym na tę uwagę. Szybko dołączył do nich, a gdy tylko portal zamknął się za nim, pchnął blondyna, na co ten osunął się kilka kroków.
- Mnie nazywasz tchórzem?! Przypominam, że to nie ja uciekłem przed problemami aż do Nowego Yorku!
Podczas gdy od Monograma czuć było złość, na co wskazywało zaczerwienienie się, głośniejsze oddychanie i sam wyraz twarzy, tak Adventure zachowywał się nad wyraz spokojnie.
- Przypominam, że to nie ja siedziałem cicho, podczas gdy ktoś obrażał mi brata, więc zamknij się. Będę nazywał cię tchórzem ile wlezie.
Crimson, która zajęta była rozmową z tubylcem, w porę zauważyła kłótnię braci, którzy gotowi byli skoczyć sobie do gardeł.
- Ogarnijcie się! - wtrąciła, stając pomiędzy nimi. - Zachowujcie się gorzej, niż mój syn, a przypominam, że on ma sześć lat. Przestańcie się fochać i skupmy się na szukaniu Śmierci. - mówiąc to, wyciągnęła z kieszeni telefon, po czym odblokowała go. - Na tym blogu jest napisane, że Śmierć najłatwiej spotkać na tutejszym targu. Moment, co? Dlaczego na targu?
- Może mają promocje jak w Lewiatanie? - zapytał Francis.
- Może. Albo po prostu sprzedali nam kit. Chociaż skoro już napisali o magicznym wymiarze, to czemu by mieli kłamać?
- Skąd w ogóle wiadomo, że jest magiczny? - zapytał Ron, rozglądając się dookoła. - Tu jest jeszcze bardziej ponuro, niż w naszym wymiarze.
Faktycznie. Chociaż nie czuć było biedy, tak w powietrzu unosiła się nieprzyjemna atmosfera, która sprawiała, że mieli ochotę wrócić już do siebie.
Poza tym, wiele to Danville nie różniło się od tego, które znali. Jedynie budynków było trochę więcej.
Po chwili trio dostrzegło stojące na przystanku Sophie i Nazz. Znów, praktycznie niczym nie wyróżniały się od swoich odpowiedniczek. Nawet ubrania były podobne.
Gdy chcieli do nich podejść, zauważyli, że zegarki dziewczyn zaczynają mrugać.
- Świat znów nas potrzebuje sis! - stwierdziła doniośle Niebieska.
Nie minęła sekunda, a przemieniły się. Nazz miała na sobie zieloną, obcisłą koszulkę na krótki rękaw, odsłaniającą pępek oraz spódniczkę tego samego koloru i kozaki z obcasem, również zielone. Sophie natomiast ubrana była w żółtą spódniczkę powyżej kolan, bez rękawów. Z ich pleców wyrastały niewielkie, bezbarwne skrzydła, a ich stroje mieniły się brokatem.
- Za proczadzikowość! - zawołały, po czym odleciały ratować świat.
Francis, Ron i Crimson obserwowali ową scenę z niemałym zdziwieniem, nie mogąc oderwać wzroku od miejsca, w którym przed chwilą stały kuzynki.
- Masz jeszcze jakieś wątpliwości? - zapytał wymownie Francis, zwracając się do brata.
- Chodźmy lepiej szukać Śmierci. - stwierdziła Crimson.

To był męczący dzień. Pomyśleć, że dopiero się zaczął.
Co chwilę na świecie miejsca miały katastrofy, wypadki, czy zwykła ludzka głupota. Kto na tym najbardziej cierpiał? Oczywiście sama Śmierć.
Będąc już w domu, zdjęła z siebie płaszcz, odsłaniając chude kości nóg i rąk, oraz swoją hawajską sukienkę, która jakimś cudem trzymała się jej skóry.
Rzuciła się na fotel stojący pod ścianą, w końcu mogąc się zrelaksować. Uśmiechnęła się lekko, gdy na oparciu mebla usiadła wrona.
- Kuolomena. - powiedziała, gładząc ją po główce. - Ty jedyna nie doprowadzasz mnie do szału.
Ptak wydał klasyczny dla siebie dźwięk, co poprawiło jej humor.
Błogi stan ukojenia nie mógł jednak potrwać długo.
- Dobry Lilith!
Do środka wszedł mężczyzna, którego trupio-blada skóra do złudzenia przypominała Rakastavą. Podobnie jak ona, miał czarne, jednak krótkie i o wiele lepiej zadbane włosy. Jego radosne oczy były białe, natomiast ubrany był w krótką, luźną czarną szatę, która sięgała mu jedynie kolan. Z jego głowy wystawały niewielkie rogi.
- Hej Lucuś. - przywitała go, przecierając oczy. - Siadaj.
Mężczyzna usiadł na fotelu obok. Dzielił ich tylko stolik na którym stało kilka pustych filiżanek po kawie.
- Ciężki dzień? - zapytał.
- Nie pytaj. - odparła, wciąż gładząc swojego zwierzaczka. - Co tam u ciebie? Gdzie Gabryś?
- Uparł się, że wysprząta Piekło. Czasem odnoszę wrażenie, że jego pasją jest bycie kurą domową. - mówiąc to, ułożył swoje długie, czarne paznokcie na stoliku. - Kazał ci coś przekazać, ale po drodze zapomniałem co.
- Spoko, jak zapomniałeś, to pewnie nic dziwnego. Swoją drogą, uporałeś się z tym austriackim malarzem?
- Nie narzekam. Zajął się malowaniem ścian. Dogadał się z takim jednym Gruzinem. Całkiem spoko ziomki są z nich teraz.
Kobieta uśmiechnęła się pod nosem, wspominając przy okazji dawne kłótnie tej dwójki. Cieszył ją fakt, że w końcu się dogadali.
Z rozmyślań, znów wyrwał ją odgłos otwieranych drzwi. Do środka wszedł mężczyzna z figury podobny do Lucyfera. Jego jasne włosy sięgały łopatek, a oczy miały barwę jasno-brązową. Ubrany był w długą, białą szatę. Z jego pleców wyrastały anielskie skrzydła.
- Lucyfer, flejo. - powiedział Gabriel, patrząc na mężczyznę z pogardą. - To twoje Piekło to jakiś burdel. Nic tylko nasrać jeszcze na środku. - mówiąc to, rzucił brudną ścierką prosto w jego twarz, po czym zwrócił się do Lilith. - Przekazał ci?
- Nie. Zapomniał.
Blondyn spojrzał wymownie na bruneta, który w odpowiedzi uśmiechnął się głupio, odsłaniając zęby. Anioł wywrócił z dezaprobatą oczami, po czym zwrócił się do Śmierci.
- Jacyś goście szukają cię po czwartym wymiarze.
Na te słowa, Rakastava szybko podniosła się, na co jej ptak odleciał kawałek dalej. Po chwili jednak zajął jej fotel, co, choć nie umknęło jej uwadze, nie miało w tym momencie żadnego znaczenia.
- Kto?
- Lili Jefferson, kojarzysz nie? - w odpowiedzi pokiwała twierdząco głową. - Poszła sprawdzić co tam u jej rodzinki. Tak ją tchnęło, żeby rzucić okiem na rodzeństwo. I zobaczyła ich w czwartym wymiarze, gdzie gadali o spotkaniu się z tobą. Trochę chaotycznie tłumaczyła...
- Jak chaotycznie? - przerwał mu Lucyfer, uśmiechając się złośliwie. - Przecież jest głuchoniema.
- Szybko machała rękami. - odparł przez zaciśnięte zęby Gabriel. Nikt nie denerwował go tak bardzo, jak własny brat. - No, ale jedno jest pewne, chcą się dogadać. Tylko, że nawet ona nie wie jak. Idź sprawdź, jak chcą dobić targu, to lepiej ich uprzedzić.
- E, znam takie typy. - wtrącił demon, zakładając nogę na nogę. - Myślą, że wystarczy ładnie się uśmiechnąć i dostajesz trupa na żywca. To tak kurde nie działa! Serio, wierzcie mi, wiem co mówię. Wciąż dopływają do mnie modlitwy o zbawienie Hitlera. Lil, ja na twoim miejscu bym dał im niezły wycisk. Taki wiesz, w naszym stylu.
Nic nie odpowiedziała. Szybko ruszyła w swoją stronę, a pozostała dwójka szybko pognała za nią.
Opuściwszy pokój, który pod względem wystroju niczym nie wyróżniał się od typowego salonu z kamiennicy, a nawet biedniejszym, znalazła się w bogato zdobionym holu, na środku którego znajdowały się szerokie, wysokie schody. Minęła je jednak, wchodząc do pokoju naprzeciwko - biblioteki.
- Francis Monogram! - zawołała.
Już po chwili z jednej z półek wyleciała książka, która ułożyła się na pulpicie przed nią. Kobieta zaczęła kartkować strony, zupełnie ignorując fakt, że przez ramiona zaglądają jej Gabriel i Lucyfer.
W końcu znalazła to, czego szukała, a mianowicie teraźniejszość. Znad książki uniósł się dym, który utworzył coś w rodzaju ekranu, na którym wyświetlił się Francis wraz z rodzeństwem.
- Ten targ to jakaś serio kpina. - stwierdziła z niezadowoleniem Crimson. - Śmierci nigdzie nie ma. A powinna raczej rzucać się w oczy.
- Skąd wie, że czasem chodzę na targ po zakupy? - zapytała ze zdziwieniem Lilith.
- Leśnik znów sprzedaje plotki o tobie na blogi. - odparł Lucyfer.
"Niech ja go dorwę" ~ pomyślała, znów skupiając uwagę na ekranie.
- To jakaś głupota. - odparł Ron, splątując ręce na piersi. - Personifikacji Śmierci nie ma. Nikt po nas nie przychodzi, po prostu umieramy. Nikt też nie panuje nad zmarłymi, co za głupota.
- Czy ten szczyl właśnie zakwestionował moje istnienie?! - zdenerwowała się czarnowłosa, nie mogąc uwierzyć własnemu słuchowi.
- I naszą ciężką pracę?! - oburzył się demon, na co jego brat pokiwał głową. - Nikt nie panuje nad zmarłymi?! To czekaj, aż trafisz pod moje skrzydła!
- Jesteś w magicznym wymiarze, w którym przed chwilą elf zapytał cię o drogę. - przypomniał blondynowi Francis. - Naprawdę jeszcze ciężko jest ci uwierzyć w to, że Śmierć przybrała formę ludzką?
- Łatwiej mi przyjąć do wiadomości fakt, że odpowiedniczka mojej córki jest walczącą ze złem wróżką. Rozejrzyj się Franiu, widzisz tu gdzieś Kostuchę?
Monogram chcąc nie chcąc, musiał przyznać mu rację. Możliwość rozmowy ze Śmiercią wydawała mu się zbyt fascynująca i niezwykła, by była prawdziwa.
- On ma rację Crimson. - westchnął najstarszy. - Szanse wskrzeszenia Lili są zerowe. Wracajmy do domu.
- Wracajcie sami. - odparła, patrząc na nic z niezadowoleniem. - Ja się nie poddam.
Po tych słowach odeszła, znikając wśród pierwszej lepszej uliczki.
Obraz zniknął, gdy książka została zamknięta. Lilith spojrzała na swych towarzyszy porozumiewawczo. Cała trójka była tak samo zdegustowana i zdenerwowana.
- Dobra chłopcy, - zaczęła. - wiecie co robić.

Francis i Ron odprowadzili siostrę wzrokiem. Nie mieli pojęcia jak chciała wrócić sama, jednak najwidoczniej miała swoje sposoby. Sami chcieli jak najszybciej wrócić.
- Dobra, na co czekamy? - zapytał Adventure. - Odpalaj.
Monogram sięgnął do kieszeni po teleport, jednak ku jego zdziwieniu, nic tam nie było. Sprawdził wszystkie po kilka razy, jednak znów zaskoczyła go pustka.
Spojrzał z przerażeniem na brata. Ron nie potrzebował dużo czasu, by zrozumieć co się stało.
- Crimson ma go przy sobie, tak? - zapytał, na co Francis pokiwał twierdząco. - Wiesz, z jakiegoś powodu mnie to nie dziwi.
Nie myśląc ani chwili, pobiegli za nią, mając nadzieję, że uda im się ją znaleźć. I faktycznie, po chwili rzuciła im się w oczy.
- Crimson! - zawołali oboje.
Ta jednak nie słyszała ich. Wciąż szła przed siebie, nie zważając na nikogo.
Ci pobiegli za nią.
Wszystko obserwowali Lucyfer i Gabriel, stojąc na dachu bloków. Demon ręce miał wyprostowane, tym samym kontrolując sytuację. Anioł stał obok ze splątanymi na piersi rękoma, uśmiechając się triumfująco.
- Trzeba ci przyznać, w iluzjach zawsze byłeś mistrzem. - powiedział z podziwem jasnowłosy.
Lucyfer odwzajemnił uśmiech.
- Lata praktyki.
Ron i Francis przyśpieszyli kroku, jednak ich siostra wciąż była szybsza. Nie mieli pojęcia, że w rzeczywistości jej tam nie było.
Nawet nie zauważyli, gdy opuścili teren zabudowany.
Ciężko było opisać to miejsce. Zupełny brak czegokolwiek, co świadczyłoby o ludzkiej obecności. Jedynie skalny most, który ciężko było określić i tworem natury i człowieka. Rozciągał się nad przepaścią, której dno było widoczne, jednak upadek do niego skończyć mógł się śmiertelnie.
- Tam jest! - zawołał blondyn, wskazując na ziemię po drugiej stronie mostu.
Stała tam Crimson. Nieruchoma, jakby bez życia.
- Czuję się nieswojo. - stwierdził Francis. - Ona mnie przeraża. Nigdy nie sądziłem, że Crimson potrafi być straszna.
- Ja też, ale bądź mężczyzną i chociaż udawaj, że cię to nie rusza.
Po tych słowach wszedł na most. Ziemia zaczęła się pod nim kruszyć, jednak sama budowa wydawała się być stabilna. Monogram dokładnie prześledził jego pierwsze ruchy, a gdy miał już pewność, że przejście jest bezpieczne, ruszył za nim.
- A ty udajesz, czy serio cię to nie rusza? - zapytał Major, nie odrywając wzroku od ziemi.
Ciężko było utrzymać równowagę. Obaj wpatrzeni byli w swoje buty, by czasem nie nadepnąć w złe miejsce. Droga była bowiem dość wąska.
- Czego tu się bać? Po prostu naoglądała się za dużo horrorów.
- Nie mówię o niej. Chodzi ogólnie o to miejsce.
- A. To fakt, trochę tu dziwnie. Ale i tak nic nie przebije tego horroru, co mi kiedyś puściłeś.
Francis zatrzymał się na moment, po czym wybuchnął śmiechem. Adventure spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Powiedziałem coś śmiesznego?
- Nie, nie. Po prostu przypomniało mi się jak potem się bałeś przez kilka nocy. Chyba z tydzień spałeś ze mną w jednym łóżku.
- Możliwe. Nie pamiętam. Fabuła filmu bardziej zapadła mi w pamięć. - po tych słowach znów ruszył przed siebie. - Czy tylko mi się wydaje, czy Crimson nie oddycha?
- Nie zmieniaj tematu.
- Będę zmieniał ile mi się będzie podobać.
Monogram zmarszczył monobrew.
- Zawsze taki byłeś. - stwierdził, doganiając go. Szedł już tylko kilka kroków za nim.
- Taki, czyli jaki? Niemiły dla ciebie?
- Nie. W sumie, to dla mnie zawsze byłeś miły. I spędzałeś ze mną mnóstwo czasu. Kiedy to się zmieniło?
Na te słowa, blondyn zatrzymał się, co zaskoczyło Francisa. Ron odwrócił głowę, posyłając mu spojrzenie pełne wyrzutu, a jednocześnie zdziwienia i smutku.
- Serio nie pamiętasz?

- Dobra, ja zrobiłem swoje. - stwierdził Lucyfer. On i Gabriel siedzieli na jednej ze skalnych gór, obserwując braci z ukrycia. - Teraz twoja kolej. Masz jakiś pomysł, czy będziesz improwizował?
W odpowiedzi, anioł uniósł palec wskazujący, po czym przybliżył go do swojej twarzy. Już po sekundzie stał się niewidzialny, po czym odleciał ku swoim ofiarom.
- Czyli improwizacja. - stwierdził demon, wzdychając ciężko. - Szacun braciszku.

- Ron. - Francis nagle pobladł, cofając się o krok.
Blondyn prychnął z pogardą.
- Jasne, najłatwiej zapomnieć najważniejsze momenty. A potem miej do mnie pretensje o wszystko.
- Ron, do jasnej, Crimson zniknęła!
- Co?
Adventure odwrócił się w kierunku siostry, jednak nie zdążył nawet zauważyć tego dziwnego zjawiska. Poczuł mocne pchnięcie, chociaż nie widział siły, która tak na niego działała. Stracił równowagę, upadając ku przepaści.
I zapewne zabiłby się, gdyby Francis w ostatniej chwili nie złapał go za rękę.
Drugą dłonią Monogram złapał za kant mostu, by nie spaść. Adventure początkowo nie mógł uwierzyć w to co się dzieje, jednak szybko odzyskał świadomość.
Ciężko było go wciągnąć, jednak gdy ten zaczął współpracować, przynosiło to rezultaty. Blondyn prawie stawiał stopę na twardym gruncie.

- Gabryś, nie schrzań tego. - mówił Lucyfer, przygryzając przydługie paznokcie. - Nasz dobrobyt od tego zależy.

Gabriel ani myślał odpuścić. Wykorzystując fakt, że ci nie mogą go zobaczyć, nadepnął stopą na uścisk ich dłoni, skutecznie go osłabiając.
"Co jest?" ~ pomyśleli oboje.
Ratowanie go było coraz trudniejsze. Francis obawiał się, że sam zaraz spadnie.
Ron najwyraźniej też to zauważył.
- Puść mnie.
- Chyba śnisz. - wydusił Monogram, wciąż nie ustępując w swojej walce.
- Słuchaj, dwa trupy nikomu w niczym nie pomogą. Byliśmy głupi, że w ogóle tu szliśmy.
Wciąż czuli dziwny ból w rękach, którego źródła nie było widać.
- Będzie dobrze. - zapewniał go Adventure. - I tak według prawa nie byliśmy braćmi. A to przecież prawo jest najważniejsze, nie?
Silił się na uśmiech, choć było to wyjątkowo ciężkie w obecnej sytuacji. Francis trzymał go mocno, jednak Gabriel nie musiał już nic robić. Brązowooki powoli wyślizgiwał mu się z rąk.
Aż w końcu spadł.
Odgłos upadku nie był głośny, jednak wystarczający, by wzbudzić łzy w oczach Monograma. Szybko podniósł się, biegnąc przez most. Zapomniał już o znikającej Crimson, o powrocie do domu, a nawet i o rozmowie ze Śmiercią. Musiał się upewnić, że jego brat żyje.
Schodząc ku przepaści starał się zrobić to szybko, a jednocześnie bezpiecznie. Gdy mu się to udało, szybko pognał do rzucającego się w oczy punktu.
Ron leżał na plecach. Z jego głowy lała się krew. Francis pośpiesznie przyłożył głowę do jego piersi, jednak nie wyczuł bicia serca. Przykładając palec do jego szyi również nie czuć było pulsu. Ale wciąż nie dopuszczał do siebie tego, że on mógł zginąć.
Żałował, że nie było tu z nim Crimson. Ona znała się na pierwszej pomocy. On nie miał o niej zielonego pojęcia.
Łzy mężczyzny opadały na jasną twarz blondyna.
Monogram spojrzał przed siebie. Zobaczył postać ubraną w czarny płaszcz, której nie było widać twarzy. W kościstych dłoniach trzymała kosę, a stała tuż przy jego bracie.
Gdy ta uniosła swoje ostrze, Francis niemalże instynktownie przycisnął ciało blondyna do siebie. Jasne, że się bał, ale w tej chwili było to bez znaczenia.
Kostucha nic nie powiedziała. Znów uniosła swą broń, jednak tym razem Monogram szybko podniósł się, łapiąc za drewnianą część kosy. Miał zamiar z nią walczyć. Prawdopodobnie jako pierwszy człowiek na świecie. Gdy jednak kaptur spadł z jej głowy, mimowolnie odskoczył, przewracając się przy okazji o ciało brata.
Śmierć roześmiała się głośno.
- Aż tak źle wyglądam? - zapytała, uśmiechając się szeroko.
Już po chwili pojawili się Gabriel i Lucyfer. Francis nie miał pojęcia co robić.
- Zobacz co za ironia. - ciągnęła. - Chciałeś odzyskać siostrę, a tracisz brata.
Strach całkowicie go sparaliżował. Nie mógł się ruszyć. Z resztą, nie miał też na to sił.
Kobieta uniosła kosę, po czym wbiła ją w ciało. Nic się jednak nie stało, brak jakiejkolwiek rany. Jednak z miejsca w którym ta wbiła swoje ostrze, uniosła się postać, która do złudzenia przypominała o kilka lat młodszego Rona.
Francis posłał Śmierci ostatnie błagalne spojrzenie. Ta jednak całkowicie to zignorowała.
Spojrzał na ducha brata. Zjawa nie zwracała na niego większej uwagi. Z resztą, na nic nie zwracał uwagi. Nie wydawał się świadomy tego, co się dzieje.
Lilith ułożyła dłoń na jego plecach, prowadząc go w swoją stronę. Nie minęło kilka sekund, a cała grupa zniknęła.
Monogram w końcu podniósł się. Pobiegł w miejsce, gdzie przed chwilą stali, jednak nigdzie go to nie przeniosło. Spojrzał jeszcze raz na ciało. Teraz miał już pewność. Jego brat był martwy.

Zabrzmiał dzwonek na przerwę. Licealiści wyszli z klas, po czym każdy zajął jakieś miejsce na korytarzu. Tradycyjnie, w otoczeniu swojej grupy.
Scott jak każdy inny chciał usiąść obok przyjaciół, jednak w porę zatrzymała go Nicolette. Chłopak uśmiechnął się do niej, chociaż ta wyglądała na przerażoną.
- Czołem Nikki. - przywitał ją. - Hej, coś się stało? Wyglądasz jakbyś miała rozwolnienie.
Dziewczyna wzięła głęboki wdech.
- Pamiętasz naszą ostatnią wspólną noc?
- Jasne. Po raz pierwszy wychodziłem przez okno łazienki. A co?
Nilson przygryzła wargę. Blondyn nieco spoważniał. Ułożył dłonie na jej ramionach, posyłając jej pełne troski spojrzenie.
- Coś nie tak? - zapytał, na co ta pokiwała twierdząco głową. - Ktoś się dowiedział? Nie martw się, jakby tak się zastanowić, to w sumie ta czynność nie jest jakoś specjalnie dziwna. Ja planuję się zaraz pochwalić, że spędziłem noc w wannie z najładniejszą dziewczyną jaka istnieje.
Nicolette mimowolnie uśmiechnęła się blado.
- Scott, jak bardzo zależy ci na doszczętnym wykorzystaniu młodości?
- Bardzo. Dla przykładu, zawsze chciałem przeżyć gejowski seks, a jak bym się ożenił, to już nie byłoby kiedy.
- Serio?
- No.
- Okay, w sumie, czemu nie? Mniejsza. Słońce, - tu złapała go za ręce, patrząc prosto w oczy. - jestem w ciąży.
Chłopak od razu spoważniał. Pobladł, nie wiedząc co powiedzieć.
Dziewczyna patrzyła na niego wyczekująco. Miała nadzieję, że chociaż on będzie umiał zachować zimną krew.
- To pewne? - zapytał cicho.
- Wszystko na to wskazuje. Kupiłam test, ale jeszcze go nie robiłam. Planowałam teraz. Pójdziesz ze mną?
W odpowiedzi pokiwał twierdząco głową. Razem szybko poszli na miejsce.
- Scott? - zapytała ze zdziwieniem Vanessa, myjąc ręce. - Pomyliłeś łazienki? Ta jest damska.
Nikt jednak jej nie odpowiedział. Nicolette weszła do kabiny, trzaskając za sobą drzwiami. Milton oparł się o ścianę, skupiając nieobecny wzrok w drzwiczki przed nim.
Dundersztyc przyjrzała mu się uważnie. Nie potrzebowała dużo czasu, by połączyć fakty.
- Wpadliście?
- Da.
Widząc jego beznadziejny stan, dziewczyna ułożyła dłoń na jego ramieniu.
- Ale pomyśl o tym tak, z naszej klasy jako pierwszy będziesz miał potomka.
- Nie za bardzo mnie to pociesza.
- Wiem, wiem.
Czas wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Dopiero po chwili Vanessa uświadomiła sobie pewien fakt.
Skoro wpadli, to wcześniej musieli uprawiać seks.
Scott zbliżył się do jakieś dziewczyny.
I tą dziewczyną nie była ona.
Nie żeby w jakikolwiek sposób ją to ruszało. W końcu nie łączyło ich nic, co mogłoby usprawiedliwić rodzącą się w niej zazdrość.
Nie mogła jednak zaprzeczyć, że fakt, iż od ostatniego czasu Scott nie zwraca na nią takiej samej uwagi, co kiedyś, sprawiał, że jej pewność siebie upadała.
W końcu drzwiczki otworzyły się. Nicolette była jeszcze bledsza, niż wcześniej.
- I jak? - zapytał chłopak.
Dziewczyna przełknęła ślinę, po czym uśmiechnęła się lekko.
- Nie jestem w ciąży.
Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Scott szybko uściskał swoją dziewczynę, na co ta roześmiała się głośno.
- To najpiękniejszy dzień w moim życiu! - ucieszył się. - Lecę powiedzieć chłopakom!
Po tych słowach szybko wybiegł na korytarz. Widząc swojego imiennika siedzącego pod klasą, usiadł obok, wciąż uśmiechając się szeroko.
- Pięknoimienny, nie uwierzysz co się stało! - krzyknął.
Shine wyjął słuchawki z uszu, uśmiechając się lekko.
- Co się stało?
- Nie będę ojcem! - mówiąc to, przytulił go do siebie. - Czyż to nie świetna wiadomość?!
- Gratki stary. Jestem dumny. Możesz mnie już puścić? Nie mogę oddychać.
Blondyn rozluźnił uścisk. Szatyn rozmasował kark.
- A gdzie reszta? - zapytał Milton.
- W łazience. Jeremiasz zapragnął spróbowania papierosa.
- Ty nie palisz?
- Coś ty, nigdy w życiu! To niezdrowe, wyniszcza płuca i ciągnie sporo hajsu. Już wolę kupić trzy bułki, niż paczkę papierosów. No i niepotrzebne mi uzależnienia. Tobie też nie polecam. Już wystarczy, że do alkoholu masz słabość.
Rozmowę przerwały odgłosy krzyków dochodzące z piętra niżej. Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.
- Co tam się dzieje? - zapytał zdziwiony Shine.
- Zabij mnie, ale czuję rewolucję tam na dole.
- Rewolucja w szkole?
- A czemu nie?

Nauczyciele w mgnieniu oka opuścili pokój nauczycielski. Wszyscy zebrali się wokół protestujących.
Środek korytarza zajęła klasa I B. Milly, Katie i Murad z wiarą w swoje przekonania unosili transparenty z różnymi hasłami. Największą uwagę przykuł jednak ten Dallas, który głosił "śmierć wrogom klasy".
Logan i Colin traktowali to poniekąd jak dobrą zabawę - w końcu niecodziennie mieli możliwość uczestnictwa w strajku, ale i też, podobnie jak koleżanka, zaangażowali się w sprawę. Chavesem pchała silna potrzeba zapobiegnięcia ewentualności w której chodziłby ze swoim wrogiem do jednej klasy. A Colin, bo jak każdy lubił się buntować.
Lucas nie musiał nic robić. Jego spojrzenie sprawiało, że wszyscy bali się do niego podejść. Dlatego też Milly uważała go za najsilniejszą broń.
Greta zajęta była rozdawaniem ulotek pozostałym uczniom. Zawarte w nich informacje miały przekonać ich do wzięcia strony protestujących.
Summer jak na razie nie dostała żadnego zajęcia. Milly kazała jej oszczędzać głos, gdyż jak sama twierdziła, na koniec będzie im potrzebny najbardziej. Outside nie miała pojęcia o co jej chodziło, ale wolała nie wchodzić jej w drogę.
W środku demonstracji, do szatynki podeszła nauczycielka niemieckiego.
- Co tu się dzieje?
- To co pani widzi. - odparła, unosząc dumnie głowę. - Nie damy pogrzebać naszej klasy żywcem!
- Przestań się wygłupiać. I tak nic nie zmienisz swoim karygodnym postępowaniem. Swoją drogą, gdzie pani dyrektor i dlaczego nie ma jej w takich chwilach?!
Nie mówiąc nic więcej, poszła w stronę gabinetu Moranici.
- Pani jest za nami, prawda? - zapytała Milly, patrząc ze smutkiem na nauczycielkę geografii.
Kobieta spojrzała na nią z lekkim zakłopotaniem.
- Wiesz, uważam, że skoro dobrze się czujecie jako klasa, to nie powinno się was rozbijać, ale decyzja nie należy do mnie. Powinniście zwrócić się z tym do pani dyrektor.
- Kiedy ona nie chce słuchać. Więc zaczęliśmy głośno wzywać do uznania naszych racji.

Eliza Hass zapukała kilka razy do gabinetu dyrektorki. Nie usłyszała jednak niczyich kroków. Zamiast tego, doszedł ją dźwięk upadającego krzesła, oraz jęk.
"To z całą pewnością nie może być Moranica" ~ pomyślała.
Przez chwilę nie wiedziała, czy powinna wejść tam bez pukania. Gdy jednak usłyszała, że coś, co właśnie upadło próbuje się ruszyć, szybko pozbyła się wszelkich wątpliwości.
Złapała za klamkę, jednak drzwi były zamknięte.
- Jest tam ktoś?
W odpowiedzi, usłyszała zduszone odgłosy, które z całą pewnością należały do człowieka.
Od zawsze wiedziała, że z dyrektorką ewidentnie było coś nie tak, jednak nigdy nie spodziewałaby się, że ta mogłaby posunąć się do porwania.
- Co robisz pod moimi drzwiami?
Germanistka odwróciła się błyskawicznie. Za nią stała Uglyfoot we własnej osobie, a w dłoniach trzymała sporej wielkości tort weselny. Na jej widok, nauczycielka poczuła, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi ze stresu. Rudowłosa natomiast nic sobie z tego nie robiła.
- Ja.. - wyjąkała Hass, jednak po chwili stwierdziła, że owijanie w bawełnę w tym przypadku nie ma najmniejszego sensu. - Tam w środku siedzi uwięziony człowiek!
- No wiem, przechowuję tam swojego przyszłego męża. Dzisiaj wesele, wbijasz?
Kobietę zamurowało. Dyrektorka natomiast wcisnęła jej w ręce tort, po czym wyjęła z kieszeni klucze, by następnie otworzyć drzwi. Eliza, korzystając z okazji, weszła za nią.
Na widok związanego mężczyzny, o mało nie upuściła ciasta.
- Jakim prawem go pani przetrzymuje?!
- No normalnym. Moja szkoła, moje zasady.
- To nieetyczne!
- Mam dobre powody, żeby trzymać go zakneblowanego.
Nauczycielka odłożyła w końcu tort na stolik, po czym splątała ręce na piersi.
- Doprawdy?!
- Tak! Jakbym go rozwiązała, to by uciekł!
Po tych słowach odkleiła trochę taśmy z jego ust.
- Wypuść mnie stąd ty... - tu urwał, gdyż z powrotem uniemożliwiła mu mowę.
- No i robi się strasznie niemiły, jak mu się pozwoli mówić. - dodała Moranica.
Germanistka popatrzyła na nią z niedowierzaniem.
- Idę na policję. - oświadczyła.
- Zaraz, zaraz, nie tak prędko! - Moranica zagrodziła jej drogę. - Jak to na policję?! I niby za co?!
- Za porwanie! To jest karalne!
- Chyba śnisz, jeżeli myślisz, że ci na to pozwolę.
- Nie mam zamiaru pytać się pani o zgodę.
Rudowłosa uniosła brew. Z pewnością nie da się pokonać pierwszej lepszej germanistce.
Już po chwili, Eliza została przywiązana do krzesła postawionego obok Zoltana.
- Mówiłam, że ci na to nie pozwolę. - stwierdziła dyrektorka. - Dobra, będę lecieć po suknię ślubną. Zoltuś, nie obrazisz się, jak wezmę twoją kartę, prawda? Uhh, powiem wam szczerze, że to serio ciężki dzień. Ślub, nawalenie durnej licealistce... No, ale czego się nie robi dla miłości i honoru?! No nic, trzymajcie się, ja zaraz wracam!
Zamykając za sobą drzwi, wpadła na pewną myśl. Aby uniknąć kolejnego ciekawskiego, powinna wynająć kogoś do pilnowania gabinetu.
Ale żeby zgodzić się na pilnowanie porwanych ludzi, musiałaby znaleźć takiego samego materialistę, jakim jest ona sama.
- Ej, wy!
Loren i Ferb zatrzymali się, wymieniając zdziwione spojrzenia. Po krótkiej chwili podeszli do dyrektorki.
- Znacie kogoś, kto dla hajsu zrobiłby wszystko?
Fletcher westchnął ciężko, natomiast Loren uśmiechnęła się.
- Jasne. Mój brat za hajs wyrżnąłby miasto, a potem z czystym sumieniem przeliczyłby, czy wypłata się zgadza.
- Świetnie! Leć po niego!
Ona i Ferb szybko pobiegli do liceum.
- Czemu nie powiedziałaś jej, że Jeremi prawdopodobnie będzie chciał o wiele wyższą cenę, niż pozwala na to moralność? - zapytał Fletcher.
Ignorując strajk, szli w swoją stronę. Greta wyciągnęła w ku nim rękę z ulotką, jednak udali, że jej nie widzą.
- Jakoś wyleciało mi to z głowy.
Nikt ich nie zatrzymywał. Nauczyciele zajęci byli buntem, więc bez żadnych przeszkód weszli do liceum. Ferb przystanął na moment, przyglądając się otoczeniu. Loren spojrzała na niego jak na idiotę.
- Coś nie tak? - zapytała.
Chłopak jakby wybudził się z transu.
- To liceum wygląda jak śmietnik.
Słysząc to, Rarity mimowolnie uśmiechnęła się. Fletcher rzucił okiem na kosz na śmieci, którego część zawartości leżała na podłodze. Instynktownie zmarszczył nos, odsuwając się jak najdalej od tego.
- Dziwisz się? - zapytała, zakładając ręce na biodra. - Z taką dyrektorką to i nasze gimnazjum zaraz będzie tak wyglądać.
- Po gimbazie zmieniamy szkołę. Ejj, myślisz, że pozwoliliby nam mieszkać w jednym pokoju w akademiku? Bo myślałem nad tym, żeby pomieszkać trochę w stolicy. Lubisz duże miasta?
- Raczej nie pozwolą nam mieszkać razem w jednym pokoju.
Ruszyli ku schodom, nie przerywając rozmowy.
- Wiesz, podobno o jedno-osobowe ciężko. - odparł chłopak. - A wolałbym z tobą. No i może wmówilibyśmy, że jesteśmy rodzeństwem. I tak masz lewe papiery, to nikt nie ogarnie.
- Nie jesteśmy nawet podobni.
- Ojtam, kto by sprawdził? - weszli już na górę. Szybko doszło do nich, że w porównaniu do licealistów, są dość niscy, więc zatonęli w tłumie. - Wciąż nie umiesz pływać? - zapytał, gdy ta złapała go za rękę.
- Chodzi o to, by się nie zgubić.
Przywarli do ściany. Dziewczyna wyciągnęła komórkę, po czym wybrała numer do brata. Zielonowłosy splątał ręce na piersi, spoglądając to na nią, to na korytarz. Im dłużej się temu przyglądał, tym coraz bardziej pragnął przeprowadzki do akademika.
Po kilku sekundach nastolatek odebrał.
- Hejka. - przywitała go trzynastolatka. - Jestem w liceum, naprzeciwko łazienek. Chodź tu.
Następnie rozłączyła się.

Jeremi schował telefon do kieszeni.
Kabina pełna była dymu. Jeremiasz zakaszlnął głośno, starając się oczyścić płuca. Na ten widok, Rarity uśmiechnął się krzywo.
- Pierwszy papieros? - zapytał, na co ten pokiwał twierdząco głową. - A smakuje chociaż? - ku jego zdziwieniu, znów potwierdził. - Twardy masz charakter. Dobra, będę się zwijał. Siostra czegoś chce.
Ułożył dłoń na klamce, jednak w ostatniej chwili powstrzymał go Johnson.
- Czekaj. Lepiej mieć pewność, że nie ma kabli.
- Co miałyby robić kable w szkolnym kiblu?
- Chodziło mi o ludzi donoszących nauczycielom.
Po tych słowach, blondyn wychylił głowę zza drzwi. Tak jak miał nadzieję, nikogo nie było.
- Mieliśmy tu kiedyś taką sytuację, - zaczął, wychodząc. - z rok temu. Ja, Scott i Scott piliśmy wódkę na wycieczce szkolnej. Nie muszę mówić, który z nich to przyniósł, nie? No, ogólnie to było ciekawie. Shine miał opory, ale jednak zgodził się na łyka. Ale oczywiście musiał znaleźć się kabel, który swoją drogą na imię miał Coltrane, który na nas doniósł matematyczce. Najgorsza wycieczka w życiu.
- Domyślam się. A zemściliście się jakoś?
- Nie. Znaczy, mamy w planach. Bo wciąż czekamy na najważniejszy element.
- Jaki?
- Kuzyn Scott'a z Rosji. Ma przyjechać w lutym. W sumie, to reszta planu to czysty spontan. Liczymy, że ten cały Dimitri coś wymyśli.
Wyszli na korytarz. Loren szybko rzuciła się Jeremiemu w oczy.
- O, jesteś. - zauważyła, uśmiechając się lekko. - Dyrektorka coś od ciebie chce.
- Ode mnie?
- Jak widać. Ale mówi, że zapłaci.
Nie trzeba go było dłużej przekonywać. W odpowiedzi uniósł kciuk ku górze, po czym szybko poszedł ku gabinetowi dyrektorki. Zanim jednak zdążył się zorientować, poczuł, jak ktoś obejmuje go w szyi.
- Dokąd idziesz? - zapytał z szerokim uśmiechem Scott. - I czemu beze mnie?
Blondyn skoczył, stojąc już twarzą w twarz z przyjacielem. Rarity rozmasował kark, lekko uśmiechając się na jego widok.
- I zanim odpowiesz, - wtrącił Rosjanin, układając palec wskazujący na jego usta. - wciąż uważam, że powinieneś rzucić palenie, więc jeżeli idziesz za szkołę, to... Nie, no może nie naskarżę, ale obrażę się. Wiesz, że to skraca życie?
- Wiem, przecież na darmo bym tego nie kupował. Ale nie martw się, idę tylko do dyrektorki. Podobno coś chce.
- O, a mogę iść z tobą?
- Jasne.
Milton złapał go za rękę, co nie obyło się bez zdziwionych spojrzeń innych uczniów. Jeremi jednak nawet tego nie zauważył, a Scott uznał to za akt uwielbienia.
Będąc na miejscu, dostrzegli wyraźnie zniecierpliwioną Moranice.
- No nareszcie! - zawołała, unosząc ręce, odsłaniając przy tym swoje owłosione pachy. - Gdzieście byli tyle?! I czemu jest was dwóch?! Który z was to brat tej tej?
- Tej tej? - zapytali jednocześnie.
- No tej małej, wkurzającej.
- A, to pewnie chodzi o Amy. - stwierdził Scott. - Ona jest dość niska.
- Nie, chodzi o moją. - odparł Jeremi. - Dzwoniła.
- O, właśnie sobie uświadomiłem, że nasze siostry są w tym samym wieku. Jak myślisz, przyjaźnią się? Myślę, że tak, bo to w końcu logiczne. Skoro ty i ja tak. Hej, mam super pomysł! Weźmy psiapsi-ślub! A Lor i Amy będą nam rzucać kwiatki! A potem one też wezmą psiapsi-ślub! A ślubu udzieli nam mój Leninek! A Pięknoimienny będzie druhną! A Jeremiasz będzie nagrywał! A przygrywać nam będzie hymn ZSRR!
Przerwał, gdy usłyszał chrząknięcie Moranici. Jednocześnie splunęła na niego.
- Nie wezwałam was tutaj na pogaduszki! - oburzyła się. - Nie wiem który, ale idźcie mi pilnować więźniów. Zapłacę. - dodała, widząc, że latynos otwiera usta. - I jesteście zwolnieni z lekcji. Znajcie moją dobroć. Ale jak jeden z nich ucieknie, to zrobię wam jesień średniowiecza i do końca życia będziecie to czuć.
- Czyli, że nie musimy iść na matmę? - zapytał dla pewności Scott, na co ta pokiwała twierdząco głową. - Super! Bo nie odrobiłem pracy domowej.
Kobieta rzuciła im klucze, po czym odeszła. Chłopcy weszli do środka, a ich oczom ukazała się dwójka związanych ludzi. Na widok germanistki, Milton nieco się zdziwił. Podszedł bliżej, przyglądając się, jakby nie był pewny, czy to oby na pewno ona.
Zoltan i Eliza spojrzeli na nich z przerażeniem. Davenport zaczynał odczuwać drętwienie kończyn, gdyż tkwił w tej pozycji od godziny drugiej w nocy. W pierwszej sekundzie liczył na to, że ci dwaj go uwolnią, jednak szybko zorientował się, że był w błędzie.
- Ty, patrz. - zaczął blondyn, nachylając się nad nauczycielką. - Ona mnie kiedyś niemca uczyła. Czyżby karma wróciła?
- Jaka karma? - zapytał Jeremi. - Ona cię przywiązywała do krzesła?
- Może nie dosłownie, ale psychicznie tak. Strasznie wymagająca była. Ugh. - mówiąc to, usiadł na biurku. - Hej, a zmieniając temat. Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Ale czego?
- Że jesteś kosmitą.
Co ciekawe, Scott czuł się bardziej zawstydzony tym tematem, niż sam Jeremi. On niezbyt rozmyślał nad tym, że jego przyjaciel poznał prawdę. Głównie dlatego, że ufał mu na tyle, by wiedzieć, że nikomu nie powie.
- Wiesz, mówiłeś, że boisz się zielonoskórych kosmitów. Stwierdziłem, że fakt, że jestem... no, zielonoskórym kosmitą trochę cię zaniepokoi.
- Też tak myślałem. Znaczy, przestałem się bać, jak spędziłem z nimi kilka minut na statku. Carlos to całkiem spoko ziomek, taki przyjazny.
- Tak, zgadzam się. Carlos jest fajny.
- No. Ale ogólnie, to i tak nie mógłbym nie przełamać tej fobii. Bo życie bez ciebie byłoby smutne. Ehh, aż mi się gorąco zrobiło z tej podniosłej chwili.
Rarity spojrzał na kaloryfer.
- Nic dziwnego, są odkręcone na fulla. Czekaj, zakręcę.
- Nie musisz.
Scott ściągnął z siebie koszulę, po czym zawiązał ją wokół oczu Germanistki, dzięki czemu ta nic nie widziała. To samo zrobił z koszulką, zasłaniając nią widoczność Zoltanowi. Jeremi przyglądał mu się ze zdziwieniem.
- Co ty robisz?
- Rozbieram się. - mówiąc to, zdjął spodnie. - Jest okropnie gorąco. Nie czujesz tego?
Ku zdziwieniu kosmity, blondyn ściągnął z siebie bokserki.
- Nie wiem czy opłaca mi się ściągać skarpetki. - dodał Milton. - To byłaby lekka przesada, nie sądzisz?

Lilith prowadziła zmarłego przez tunel. Gabriel i Lucyfer wrócili już do swoich zajęć. Adventure z zainteresowaniem rozglądał się dookoła, a z każdą sekundą zaczynał uświadamiać sobie, że jest martwy. I wbrew pozorom, to wcale go nie przerażało. Wprost przeciwnie, czuł błogi spokój, a to ziemskie życie pamiętał jakby za mgłą.
Po chwili jednak zmartwił się, gdy Śmierć, jak gdyby nigdy nic, usiadła pod ścianą, podkurczając kolana.
- Nie idziemy dalej? - zapytał.
Kobieta spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Aż tak ci się śpieszy na tamten świat?
Niezbyt wiedział co na to odpowiedzieć. Ta uśmiechnęła się, poklepując miejsce obok.
- Siadaj. - dodała.
Mężczyzna posłusznie wykonał jej polecenie. Nie miał pojęcia co robić, ani nawet co myśleć. Zaczynał bać się, że jednak nie wieczny raj był mu przeznaczony. Lilith najwyraźniej domyśliła się jego obaw, bo roześmiała się cicho.
- Nie pękaj cieciu, nie umarłeś. - odparła. - Znaczy, umarłeś, ale nie do końca.
- To po co mnie tu ściągnęłaś?
- Żeby dać ci nauczkę. To nieładnie nie doceniać czyjeś pracy, wiesz? Zrobiło mi się przykro.
- Przepraszam.
Blondyn nie miał pojęcia o czym mówiła. Zdążył już zapomnieć o krótkiej wymianie zdań z Francisem i Crimson.
- Nie gniewam się. Bo wiesz, w tej duchowej formie wyglądasz jakbyś znów miał osiemnaście lat, a trzeba ci przyznać koleś, przystojny byłeś! W sumie, to niewiele się zmieniłeś, ale jednak twoja młodsza wersja w jakimś stopniu mnie pociąga. No i nie mogłabym cię zabić. Lubię twoją córkę. A właściwie, to jej przyjaciółkę lubię, ale Sophie też. Czasem ją obserwuję, jak nie mam co robić. No i co najważniejsze, nie możesz umrzeć, bo planowałam cię zabić na jakiegoś raka.
Na wzmiankę o chorobie, wytrzeszczył szeroko oczy.
- Nie wiem tylko, czy skóry, czy mózgu. - dodała. - Ale mam jeszcze czas. Mniejsza, tak czy inaczej, w wieku trzydziestu lat nie umrzesz. Ale mam dla ciebie niespodziankę. Chociaż mnie wkurzyłeś i mogłabym cię spalić w Piekle, to znaj moją dobroć. Przywitaj się z siostrzyczką.
Ku jego zdziwieniu, zmierzała ku nim zielonooka kobieta o jasnych, piaskowych, długich włosach. Była uśmiechnięta, a na widok brata rozweseliła się jeszcze bardziej. Ten, otrząsłszy się z pierwszego szoku, rzucił się jej w objęcia.
- Nie rozklejajcie się tak. - rzuciła Śmierć. - Ja jeszcze nie skończyłam. Idziemy po Crimson. Postraszę to ja Francisa, oj postraszę.

Została ostatnia minuta przerwy. Stephanie pożałowała wypicia całej butelki soku.
Ona, Amy i Paulin stały w kolejce do łazienki. Winner nie wyobrażała sobie spóźnienia się na lekcje, więc fakt, iż stała pierwsza przed drzwiami kabiny dodawał jej ulgi.
Jej przyjaciółki natomiast nie mogły powstrzymać chichotu.
- Wiesz, to mi przypomina jak pewnego razu w przedszkolu, - zaczęła Amy. - Steph tak bardzo śpieszyło się do łazienki, że staranowała kilka osób w kolejce. Ale weszła pierwsza, więc niczego nie żałowała.
Heller wybuchła śmiechem.
- Jejku, wyobrażam to sobie! To musiało być genialne!
- To jeszcze nic. Jeden chłopiec się posikał.
- Ojejku.
- No, a nawet nie stał w kolejce. Obstawiam, że popuścił ze strachu.
Stephanie nie słuchała ich. Była zbyt przejęta własnym problemem. Gdy zobaczyła, że drzwi otwierają się, poczuła nagły przypływ szczęścia, jednak zanim zdążyła wejść, o wiele wyższa dziewczyna odepchnęła ją, samej zajmując łazienkę.
- Co do cholery?! - oburzyła się zielonooka, waląc pięściami w drzwi. - Wynoś się, byłam pierwsza!
Po chwili jednak została popchnięta na ścianę. Na to Paulin i Amy nie mogły już pozostać obojętne.
Stanęły naprzeciwko dwóm wysokim dziewczynom. Jedna miała długie, kręcone blond włosy i zielone oczy. Ubrana była w czarną koszulkę na ramiączka odsłaniającą pępek, ciemno-niebieskie, jeansowe shorty i czerwone szpilki na wysokim obcasie. Druga była brunetką o krótkich włosach, a ubrana była w czerwoną koszulę zapinaną na guziki i długie, jeansowe rurki, oraz niebieskie trampki. Wyróżniał ją mocny makijaż w ciemnych barwach i kolczyk w dolnej wardze.
Obie patrzyły na Amy i Paulin z pogardą, co te z resztą odwzajemniały.
- Co to ma znaczyć?! - krzyknęła Paulin. - Ona tu była pierwsza!
- Tak jakby mamy to gdzieś. - odparła brunetka. - Ale spokojnie dziewczynki, jeszcze rok i będziemy zatruwać życie licealistom. Może wtedy się wybijecie.
- Jak to "wybijecie"? - zdziwiła się Amy.
- Nie znacie nas? - odparła blondynka, uśmiechając się z politowaniem. - Jessica, czyli ja, Clarie, czyli ona, - tu wskazała na brunetkę. - i Isabelle, która przepchnęła waszą koleżankę. Razem Podłe Trio.
- Że co?!
Stephanie przepchnęła się przez przyjaciółki. Nie mogła uwierzyć, ani tym bardziej pozwolić na to, by jej trio miało konkurencję. I to tak tandetną w wyglądzie.
- Nie ma żadnego Podłego Trio! - dodała. - Jesteśmy my. Złe Trio.
Na te słowa, Podłe Trio roześmiało się. Winner poczuła, jak traci resztki cierpliwości.
- Złe, to chyba poziom niżej, od Podłe, nie? - zapytała blondynka. - Nas tak nazywają już od przedszkola, więc się nie wysilajcie.
- Na co czekacie? - dodała brunetka. - Jazda mi stąd. Jak chcecie się załatwić, to do męskiej.
- Steph, co robimy? - szepnęła Amy.
Winner patrzyła wciąż na przeciwniczki, a serce biło jej coraz szybciej ze złości.
- Nie mogę myśleć z pełnym pęcherzem. - syknęła. - Idziemy do męskiej. Ale nie dlatego, że te dwie wywłoki tak mówią. Idziemy tam, bo ja tak mówię!
Po tych słowach cała trójka opuściła łazienkę. Słysząc jednak ich śmiech, Paulin szybko wróciła.
- Tak swoją drogą, - tu zwróciła się do Clarie. - okres ci przeciekł.
Widząc jej przerażoną minę i obsesyjne szukanie na sobie śladów, wróciła do swojego Trio.
"Może i tę bitwę przegrałam, - myślała Stephanie, przeganiając facetów z łazienki. - ale wojnę wygram. Obiecuję ci to, szmato".

Część 3

Stephanie wyszła z łazienki. Musiała przyznać, wbrew jej obawom, męska toaleta była w o wiele lepszym stanie, niż damska. Nie mniej, nie mogła pozwolić na to, by znów była zmuszona z niej skorzystać.
Ignorując zdziwione spojrzenia chłopców, szybko opuściła pomieszczenie, zmierzając ku czekających na nią Amy i Paulin. Obie stały przy parapecie, podobnie jak ona, wyraźnie niezadowolone.
- One chcą nas chamsko wygryźć! - powiedziała szybko Amy. - Jebane kurwy! Byłyśmy pierwsze!
- W zasadzie, to w tym gimnazjum chyba nie. - zauważyła Paulin, ale czując na sobie wściekłe spojrzenie Amy, szybko dodała. - Ale zgadzam się, durne idiotki. Mamy jakiś pomysł na to, żeby nie stracić tego, co zdobywałyśmy przez lata?
- Mamy jeszcze sznur w szafce. - przypomniała Milton. - Może je powiesimy?
- Za wysokie są.
- No to nie wiem, zawsze możemy skoczyć pod tramwaj. Steph, czy ty nas w ogóle słuchasz?!
Winner rozejrzała się dookoła, po czym odpowiedziała.
- Chyba nie tracimy, nie?
Paulin i Amy popatrzyły na nią ze zdziwieniem.
- Co masz na myśli?
- No czy nie zaczynamy być bardziej... no... nierzucające się w tło? Takie same jak reszta, niczym nie wyróżniające się ze społeczeństwa.
- Bzdura! - odparła pewnie Amy. - Wciąż jesteśmy tak samo wyjątkowe i niesamowite!
- Jesteś pewna? Bo ostatnio odnoszę wrażenie, że nikt przed nami jakiegoś większego respektu nie czuje.
- Chyba ci odbija. - wtrąciła Paulin. - Zobacz.
Czarnowłosa podeszła do stojącej niedaleko Jolie. Na jej widok, Martin wzdrygnęła się, a uśmiech szybko zszedł z jej twarzy. Heller rozgrzała dłonie i kark, jakby przystępowała do ćwiczenia. To tylko wzmogło strach u Francuzki.
- Idź stąd. - rozkazała oschle Paulin.
Nie musiała długo czekać. Jolie pośpiesznie uciekła, wprawiając tym samym brązowooką w dumę. Wróciła do reszty, ale ku jej zdziwieniu, tylko Amy wyrażała podziw.
- Wielkie mi co. - prychnęła Stephanie. - Tchórzofretkę to i ja mogę wystraszyć. Każdy może!
- Powinnaś zacząć cieszyć się z małych rzeczy. Najważniejsze jest to, że nawiała, czyli strach w niej wywołujemy. Te całe Podłe Trio z pewnością ją tak nie przeraża, jak my. W końcu do nas się przyzwyczaiła. No i patrz! Nikt nie stanął po jej stronie.
Zanim jednak którakolwiek zdążyła jej odpowiedzieć, Paulin została pchnięta wprost na Amy, przygniatając ją tym samym do ściany.
- Kto ci kurwa pozwolił rozkazywać Jolie gdzie ma stać?!
Jak się zapewne łatwo domyślić, Hermiona postanowiła wziąć stronę przyjaciółki.
- A tobie kto pozwolił się wtrącać? - odparła Stephanie, stając naprzeciw niej.
- Swoją drogą, umyłaś ty ręce po kontakcie ze swoją grupką? - zapytała z wyraźnym obrzydzeniem Paulin, strzepując z siebie kurz. - Bo po zapachach śmiem w to wątpić.
Amy zaczesała na szybko włosy. Po chwili jednak poczuła, że coś się do nich przykleiło. Spojrzawszy w prawo, dostrzegła uśmiechającą się złośliwie Nazz.
- Ja wiem, że z kulturą u was kiepsko, - zaczęła Niebieska. - ale wysilcie się i posłuchajcie uważnie.
- Jeszcze raz Jolie przyjdzie z płaczem, to ta guma, - tu Ulaniuk wyjęła z ust czarną gumę do rzucia. - wyląduje we włosach któreś z was. A ją o wiele trudniej zmyć, niż tą topniejącą kostkę czekolady.
- Ona była topniejąca?! - Amy spojrzała na nią z przerażeniem.
- Tak. - odparła Hermiona. - Ale z naszej strony to będzie na tyle. Trzymajcie się.
Po tych słowach odeszły, pozostawiając trio same ze swoimi myślami. Paulin i Stephanie wymieniły zaniepokojone zdziwienia.
- Mówiłam! - powiedziała po chwili Winner, na co Heller lekko podskoczyła. - Tracimy nawet na ciśnięciu! Te dwie sobie tak po prostu poszły! I nikt im nie pocisnął! A ta topniejąca czekolada we włosach Amy wygląda, jakby ktoś jej zrobił kupę na głowę!
Milton jęknęła, a w jej oczach zaszkliły się łzy. Złapała się z troską za włosy, nieco czerwieniejąc na twarzy. Widząc jej beznadziejny stan, Paulin zrobiło się trochę żal przyjaciółki.
- Nie jest tak źle. - powiedziała, starając się zabrzmieć przekonująco.
- Fakt. - odparła Stephanie. - Mój błąd. Wygląda jakby ktoś się nimi podtarł.
Amy już na dobre rozpłakała się, po czym uciekła do łazienki. Paulin spojrzała na zielonooką z wyrzutem.
- Co? Muszę wam chyba uświadomić jak ta sytuacja jest tragiczna!
Brunetka poszła za Rosjanką. Zobaczyła ją, gdy ta z uporem maniaka starała się zmyć czekoladę z włosów. Na ten widok, Paulin westchnęła ciężko, podchodząc do niej.
- No już, już. - powiedziała spokojnie, łapiąc niebieskooką za ramiona, tym samym odciągając ją od mycia włosów pod kranem. Sama jednak zdziwiła się widząc zapłakaną twarz blondynki. - Steph nie miała nic złego na myśli. Wiesz, jest trochę wkurzona, ty pewnie też. - mówiąc to, zamoczyła dłoń, po czym przetarła nią kilka razy zabrudzone włosy Amy. - Ale nie łam się, naprostujemy to. Nie wiem jeszcze jak, ale Steph coś wymyśli. Po coś ją mamy, nie? No, gotowe. - włosy blondynki były już całkowicie czyste. - Nie płacz. Zwłaszcza w szkole. Jeszcze ktoś zobaczy. - przez cały ten czas uśmiechała się łagodnie, chcąc jakoś ją pocieszyć.
W tym momencie do środka weszła i Stephanie. Heller posłała jej wymowne spojrzenie, na co ta tylko wywróciła oczami.
- Dobra, nie jest tak źle, już nie dramatyzuj. - powiedziała, siląc się na miły ton, jednak dość marnie jej to wychodziło. Uwagę całej trójki skupił dzwonek, który zwiastował rozpoczęcie się lekcji. Winner westchnęła. - Dobra, chodźcie. W klasie coś wymyślimy.
Po tych słowach dziewczyny ruszyły na korytarz. W drodze do sali, zauważyły stragan za którym siedzieli Buford i Baljeet. Ten pierwszy emanował dumą, natomiast drugi wyraźnie chciał stąd uciec.
- Co robicie? - zapytała zielonooka, patrząc na nich ze zdumieniem.
- Zbieramy członków naszej grupy, która was zniszczy. - odparł z zadowoleniem Van Stomm. - Od razu mówię, że nie możecie się wpisać. To by się kłóciło.
Stephanie wzięła leżącą na blacie kartkę w dłonie, a widząc ilość wpisów roześmiała się głośno. Paulin i Amy spojrzały przez jej ramię, również uśmiechając się prześmiewczo.
- Tu jest pusto. - zauważyła Winner, odkładając papier na miejsce. - Właściwie, to na co wam zwalczanie nas?
- W sumie, to chciałem po prostu przebić was popularnością, ale nie sądziłem, że tak idealnie wstrzelę się w moment.
Na te słowa, Steph spoważniała. Uniosła brew, podczas gdy Baljeet w końcu zainteresował się rozmową.
- O czym ty mówisz? - zapytała powoli dziewczyna.
- No jak to o czym? Podłe Trio was zjechało! Już cała szkoła o tym mówi!
Mówiąc to, podał dziewczynie swój telefon na którym wyświetlił się filmik. Na ekranie pojawiła się dziewczyna o krótkich blond włosach i ciemno-niebieskich oczach. Na twarzy miała pełno piegów, które gdzieniegdzie mieszały się z trądzikiem, a na jej zębach był aparat na zęby.
- Hejka, hejka! - mówiła entuzjastycznie, trzymając swój telefon w ręce. W tle widać było szkolny korytarz. - Tu znowu wasza Maddie i świeże wieści z naszej gimbazy! Otóż, Złe Trio, które miało ambicje przebić Podłe Trio, możemy nazwać Martwe Trio. Tylko czekać aż zacznie się nad nimi unosić odór rozkładających się ciał!
Stephanie zmrużyła groźnie oczy. Najchętniej rzuciłaby komórką o podłogę, jednak zdawała sobie sprawę, że mimo wszystko nie wypada.
- Złe Trio chciało zaistnieć, a ostatecznie muszą pogodzić się z tym, że nic nie znaczą w naszej uczniowskiej społeczności. - ciągnęła blogerka. - Może za rok, gdy Podłe Trio już odejdzie do liceum? Kto wie? Chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby utrzymywały stamtąd swoją pozycję nawet tutaj. W końcu raz zasiany strach nie znika szybko, a jestem pewna, że Złe Trio jest spanikowane. Specjalnie dla was, Maddie.
Gdy tylko filmik wyłączył się, Amy wyrwała telefon z dłoni Stephanie, po czym bez żadnych oporów rzuciła go na podłogę, by następnie skoczyć na niego.
- Hej! - krzyknął Buford, podnosząc się z miejsca. - Będziesz odkupować!
- Wyślij rachunek pocztą. - odparła oschle, po czym zwróciła się do przyjaciółek. - Co to ma być?!
Paulin i Steph przyglądały się zniszczonej komórce, którą podniósł Buford. Od zawsze wiedziały, że w nerwowych sytuacjach Miltonównę ponoszę emocje, ale żeby zniszczyć komuś telefon?
Tym bardziej nie mogły się nadziwić, że ktoś jeszcze odmawia im tytułu!
Ruszyły w stronę klasy, chcąc na spokojnie, w końcu teraz miały mieć WDŻ, pomyśleć co dalej. Całą trójkę trzęsło ze złości. Postanowiły sobie, że jak tylko oczyszczą imię, to dopadną tę całą Maddie i zrobią z nią porządek.
Niespodziewanie jednak drogę zagrodził im Django.
- Cześć wam! - przywitał je z promiennym uśmiechem. - Słyszałem o tym co się stało. Strasznie mi przykro.
- Nie potrzebujemy twoich kondolencji. - odparła podirytowana Steph.
- Tak, wiem o tym. Cała wasza trójka jest ponad to wszystko i głęboko wierzę, że uda wam się pokonać przeciwności. Ja sam pragnę zaznaczyć, że służę wam pomocą i, że możecie na mnie liczyć.
Nieco zbiło je to z tropu. Pamiętały doskonale jak spłukały jego głowę w sedesie, więc tym bardziej dziwił je fakt, że chłopak tak chętnie oferuje im swoją pomoc. Nie było mowy żeby żartował. Mówił śmiertelnie poważnie, a nawet malujący się na jego twarzy uśmiech nie mógł temu zaprzeczyć.
- Dlatego chciałbym wam coś dać. - mówiąc to, sięgnął do swojego plecaka, uparcie czegoś w nim szukając. - Wiecie, skoro już chodzimy...
- Chodzimy? - przerwała mu Amy.
- Stwierdziłem, że powinienem coś wam dać, jak na faceta przystało. - ignorując pytanie wyżej, Brown wyjął z torby trzy róże. Łodygi były jednak pogięte, a płatki wypadały. - Zniszczenia nie były celowe, ale myślę, że to dobra metafora. - to mówiąc, podał każdej z nich po jednym kwiatku. - Podobnie jak te róże, na pozór jesteście zniszczone, ale wciąż macie kolce, którymi możecie zranić nie jedną osobę.
- Emm.. Dziękujemy. - wypaliła Winner, nie mając pojęcia jak inaczej na to odpowiedzieć. - To miłe z twojej strony.
Nie mówiąc nic więcej, wyminęły go. Chociaż nie powiedziały tego na głos, chłopak poprawił im mocno humor.
Brown stał tak jeszcze przez kilka sekund, aż nie podszedł do niego Romano.
- Ty nie na lekcje? - zapytał ze zdziwieniem Włoch.
Django wyglądał na zawiedzionego.
- Ja dałem im kwiaty, - zaczął ze smutkiem. - a one nawet nie walnęły mnie w twarz.
Paulin, która nie zdążyła odejść na tyle daleko, usłyszała słowa Djanga. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale stwierdziła, że skoro on tego chce, to nie powinna być mu dłużna.
Podeszła szybko do niego. Stuknęła go w ramię, a gdy ten się odwrócił, z całej siły uderzyła go w policzek. Następnie pośpiesznie wróciła do przyjaciółek.
Chłopak uśmiechnął się promiennie, łapiąc się za obolałe miejsce.
- No, teraz to chce mi się żyć! - zawołał radośnie. Romano spojrzał na niego z przerażeniem, po czym jak najszybciej oddalił się. - Ale Romuś, zaczekaj na mnie!

Tymczasem do protestującej klasy I B podeszła nauczycielka geografii. Na jej widok, Milly nakazała uciszenie grupy.
- Pani dyrektor dzwoniła. - powiedziała rudowłosa. - Wasza rozpiska jest w jej gabinecie.
- Jaka rozpiska?
- Klas do których każde z was zostało przydzielone. Macie szczęście, bo pani dyrektor jeszcze nie ma, więc macie wolną godzinę. Chętnie bym was wzięła, ale mam teraz zajęcia. Idźcie do czytelni, chyba nie ma tam teraz żadnych klas. Życzę powodzenia.
Uśmiechnęła się do nich, po czym odeszła. Wszyscy poczuli zawód, jednak Milly nie miała zamiaru odpuścić.
- Nie poddajemy się! - oznajmiła dobitnie, wyraźnie nie tracąc nadziei. - Jeszcze można wszystko odkręcić!
- Mam nadzieję. - powiedziała cicho Summer. - Nie uśmiecha mi się nauka w większych klasach. Gdy jest nas mniej, nauczyciel może skoncentrować swoją uwagę na nas, a co za tym idzie, więcej nas nauczyć.
Pozostali spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Jedynie Greta kiwała twierdząco głową.
- No tak, jasne. - odparła w końcu Milly. - Dobra, mam plan! Przy okazji będzie to dobra okazja do integracji! Jak wiemy, dyrektorki nie ma, czyli rozpiska jest wolna. Musimy się tam wkraść i...
- Nie jestem pewna czy to tak działa. - przerwała jej Greta.
- Uwierz, to ma ręce i nogi. Tak, czy inaczej. Musimy się tam wkraść, a mówiąc "my" mam na myśli Logana i Murada.
Wyżej wspomniani wymienili zdziwione spojrzenia. Niezbyt im się uśmiechało takie rozwiązanie, jednak Yalabik z własnego doświadczenia wiedział, że gdy Davis na coś wpadnie, ciężko jej to wyperswadować.
- Przejdziecie szybem wentylacyjnym, - ciągnęła. - przechwycicie rozpiskę i zniszczycie ją. Lucas, - tu zwróciła się do Neumayera. - ty będziesz mi potrzebny na miejscu.
- To oby na pewno konieczne? - zapytała Katie, która jak nikt inny zdawała sobie sprawę z tego, że jej turecki przyjaciel nie przepada za współpracą z nowo poznanymi ludźmi.
- Nie, ale tak będzie fajniej. Reszta ma wolne. A wam - tu zwróciła się do Chavesa i Yalabika - życzę powodzenia!
Po tych słowach wzięła Lucasa za nadgarstek, po czym odeszła. Pozostali zdawali sobie sprawę, że nie ma sensu spierać się z Milly.

Jak się okazało, lekcja którą miała mieć klasa I C została zastąpiona wuefem. Tak przynajmniej wynikało z rozpiski zastępstw. Wszyscy poszli więc do szatni. Taylerowi jednak nie było dane tam dotrzeć, gdyż już przed schodami zatrzymały go Sophie i Nazz.
- Taylerku, pomysł mamy! - zaczęła entuzjastycznie Jefferson. - Nie idziemy na wuef!
- Aha, okay.
Po tych słowach wyminął je, jednak te nie dawały za wygraną. Odskoczyły na schodki niżej, patrząc na niego z uśmiechem.
- Ale nie zrozumiałeś. - powiedziała Adventure. - Ty też nie idziesz.
- Nie mogę nie iść. Mam go z Valmirą, a z nią wolę tak jakby nie zadzierać. Poza tym, dzisiaj mieliśmy mieć jakieś ćwiczenia na wypadek ataku kosmitów. Nie żebym w to wierzył, ale może być niezły ubaw.
- Taylerku, - blondynka ułożyła dłoń na jego ramieniu, patrząc na niego z politowaniem. - to ja karmię Valmirę. Będziesz miał piątkę nawet jak nigdy się tam nie pojawisz.
- Poza tym, - dodała Nazz. - wiesz, że skoro tylko nasza klasa ma zastępstwo, a ty czysto teoretycznie jesteś jedynym facetem, to dzisiaj wcisną cię do trzeciej klasy.
- I co w związku z tym?
- Że to trzecia klasa! Gdzie oni, a gdzie ty!
- No, przy nich byś wyglądał jak dziewczyna. - zauważyła Sophie.
- W sumie, to i tak wygląda.
- Racja sis.
- Jej, dzięki za podbudowanie mojej samooceny. - powiedział ironicznie Stevenson. - To dla mnie tak wiele znaczy.
- Poza tym, to i tak mamy gdzieś twoje zdanie. Jolie, Herma i Ginn już czekają. Nie możemy ich zawieść w końcu!
Tayler westchnął cicho. W sumie, to ich argumenty zaczynały stawać się dla niego bardziej sensowne. Faktycznie, ćwiczenie w towarzystwie piętnastolatków nie było zbyt kuszącą opcją. Poza tym, skoro miał już znajomości, czemu by ich nie wykorzystać?
Sophie i Nazz miały natomiast własne powody, by uniknąć tej lekcji. Podczas gdy nauczycielką była ich ciocia, te nie musiały nic robić. Niestety dziś jej nie było, a zastępstwo miały mieć z wuefistką, która słynęła ze swojej zawziętości i zamiłowania do sportu. Większość uczniów bała się jej strasznie, więc kuzynki nie mogłyby narazić się na jej towarzystwo.
Na miejscu była już cała reszta. Ginger nawet nie zauważyła ich wejścia, zbyt pochłonięta była swoim telefonem, w który wpatrywała się z uwielbieniem. Hermiona i Jolie natomiast oderwały się od obgadywania całej szkoły, patrząc na Taylera z pogardliwym uśmieszkiem.
- Taylerku, jak ty dałeś się namówić do ukrywania się w damskiej łazience? - zapytała Martinówna.
- Sam nie wiem. - odparł, siadając obok.
- Po prostu czujesz się tu jak u siebie. - stwierdziła Herma. - Przyznaj się, czujesz się dziewczyną.
- Nie, myślę, że Taylerek czuje się bardziej nikim. - wtrąciła Nazz.
- Dla mnie to on wygląda na bezdomnego artystę, który chciał zaistnieć, ale nikt go nie docenił. - dodała Sophie.
- No proszę. Tyle twarzy, a jest po prostu przegrywem, którego nikt nie kocha. - powiedziała Ulaniuk.
- Ja tu wciąż jestem. - przypomniał. - Ginn, żyjesz ty w ogóle?
Hirano podniosła spojrzenie, jakby dopiero teraz zorientowała się, że otaczają ją ludzie.
- Sorki, jestem, jestem. Przeglądałam tumblr i pisałam z taką jedną Niemką o takim jednym shipie.
- Weź zacznij żyć. - prychnęła Ukrainka, przesuwając się bliżej niej. - Poobgaduj z nami ludzi.
Cała szóstka siedziała pod ścianą łazienki niedaleko zlewów. Wiedzieli, że nauczyciele nie często zapuszczają się w te strony, więc czuli się całkowicie bezpieczni.
Ginny spojrzała na nią niepewnie, niezbyt wiedząc co powiedzieć.
- Nie lubię obgadywać ludzi.
- Tak, wiem. Jak chciałam z tobą obgadywać Taylerka na fejsie, to się wykręcałaś.
- Czekaj, co? - wtrącił chłopak, jednak wszyscy zgodnie to zignorowali.
- Na pewno jest ktoś, komu chcesz obrobić d...
- Herma! - przerwała jej Jolie.
Francuzka jak nikt inny nie lubiła przekleństw i wulgaryzmów. Choć była to w pewnym stopniu hipokryzja, bo jej samej zdarzyło się przeklinać w rodzimym języku, tak starała się to w sobie zwalczyć.
Tymczasem Hermiona przeklinała często i głośno. Traktowała je jak każde inne słowa i nie wstydziła się ich używać. A fakt, że denerwowało to jej przyjaciółkę tylko ją nakręcał.
- Oh, przepraszam Jolie. Czy tak bardzo przeszkadzają ci przekleństwa?
- Tak.
- Aha. W takim razie chuj mnie to. Wracając do tematu, Ginn, no dawaj! Możesz poobgadywać siski, one się nie obrażą.
- Ekhm, nie jesteśmy Taylerkiem. - wtrąciła Nazz. - My nie pozwolimy po sobie jeździć w naszej obecności.
- Dokładnie. - dodała Sophie. - W przeciwieństwie do niego, mamy rozum i godność człowieka.
- Dlaczego ja się jeszcze z wami trzymam? - westchnął z rezygnacją chłopak.
Rozmowę przerwał im odgłos otwieranych drzwi. Ku ich zdziwieniu, nie był to żaden z uczniów, którzy zapragnęli uwolnić się na chwilę z lekcji, a jedna z nauczycielek. Średniego wzrostu kobieta o ciemnych blond włosach. Proczadzikowcy nie znali jej jeszcze, jednak poczuli, że jakiegokolwiek przedmiotu uczy, będą mieć z niego problemy.
Na jej widok wszyscy momentalnie podnieśli się. Blondynka popatrzyła na nich z mieszanką niedowierzania i złości.
Proczadzikowcy natomiast modlili się w duchu o jedno: by nie musieć wracać na wf.
Jednak, co dziwne, nauczycielka po chwili skupiła swoją uwagę na Taylerze.
- Jesteś dziewczyną?
Hermiona roześmiała się, nic sobie nie robiąc z tego, że wszyscy, poza nauczycielką, patrzą na nią jak na obłąkaną.
- Nie. - odpowiedział szybko.
- Więc co tu robisz? To damska toaleta.
Nazz, której zrobiło się chłopaka trochę żal, głównie dlatego, że nauczycielka budziła lęk nawet w niej, postanowiła mu pomóc.
- Wiem, że to może źle wyglądać, - wtrąciła. - ale Taylerek czuje się wewnętrznie dziewczyną, więc ma pełne prawo do przebywania tutaj.
- Uważaj, bo w to uwierzę. Wasza piątka na lekcje, a ty - tu zwróciła się do chłopaka. - idziesz ze mną.
Stevenson spojrzał wymownie na Nazz, która jedynie wzruszyła ramionami.
- No nic, próbowałam.
- Trzymaj się. - szepnęła za nim Jolie. - I pamiętaj, zapamiętamy cię jako dobrego człowieka.
- Spoko, - odpowiedział. - w sumie to zawsze chciałem umrzeć bardziej spektakularnie.
Nauczycielka wywróciła z dezaprobatą oczami, po czym wyszła. Tayler wolał nie pogarszać swojej sytuacji, więc od razu poszedł za nią.
- Trzeba było ukryć się w kabinie. - stwierdziła Herma. - No nic, naprawmy błąd. Drugi raz nas chyba szukać nie będzie. Przy okazji odmówimy modlitwę za Taylerka.

Nauczycielka i Tayler szybkim krokiem przemierzali korytarz. Kobieta nie mogła przestać mówić, podczas gdy uczniowi niezbyt chciało się jej słuchać.
Daleko mu było do przestraszonego. Uznał, że najgorsze co mu może zrobić, to wstawić uwagę.
- To niedopuszczalne. - mówiła. - Zawiodłeś mnie, Stevenson. Nie mam innego wyjścia, jak tylko zadzwonić do twojej matki.
"Jednak może być coś gorszego od uwagi" ~ pomyślał.
- To chyba niemożliwe. - odpowiedział, szukając na szybko pierwszej lepszej wymówki. - Mama jest w pracy.
- Tak? A to ciekawe, bo według danych, które mam w dzienniku, twoja matka jest bezrobotna.
No to wpadł. Jeżeli jego matka przyjedzie do szkoły, będą dwie opcje: albo weźmie jego stronę i sprawi, że nauczycielka go znienawidzi, lub uzna jej racje, przez co będzie miał problemy, prawdopodobnie do końca swojego życia.
- Powinieneś wziąć przykład z innych. - kontynuowała. - Mamy tyle praworządnych uczniów. Długo by wymieniać.
Tymczasem nad nimi, szybem wentylacyjnym przemieszczali się Logan i Murad. Starali się mniej więcej utrzymać orientację w terenie, by bez przeszkód dotrzeć do gabinetu dyrektorki.
- Wiesz w ogóle którędy iść? - zapytał Chaves, przeciskając się przez ciasne otwory.
- To trochę trudne bez mapy. Szukam po zapachu.
Brunet zatrzymał się, spoglądając na niego pytająco.
- Pani dyrektor ma charakterystyczny zapach. - wyjaśnił. - Pachnie trochę jak stary kebab nasączony winem i suszonymi jagodami.
- Serio?
- No, nie polecam wąchać. Raz mnie do tego zmusiła. Do dziś boję się wina i suszonych jagód.
- Kebabów już nie?
- Nie, no coś ty. Wykluczyliby mnie z narodu.
Logan ruszył znów przed siebie, by nie tracić czasu.
- Jesteś Turkiem? - zapytał po krótkiej chwili milczenia.
- Aż tak widać?
- Powiedzmy. - zatrzymał się przed otworem na posadce. Chłopak złapał za kraty, przyglądając się pomieszczeniu pod nimi. - Jesteśmy na miejscu! Wiesz może jak się tam dostać? - w odpowiedzi chłopak pokręcił głową. To kiepsko, bo ja też nie. Oby nikogo nie było w środku. Wziąłeś linę, prawda?
W odpowiedzi Yalabik podał mu sznur. Logan zdjął osłonę, dzięki czemu miał przed sobą kwadratowy otwór.

- TADAM!
Scott wyskoczył zza ściany, pokazując swój nowy strój, sukienkę wykonaną z papieru. Trzeba było przyznać, trzymała się dobrze, chociaż "materiały" spięte były spinaczem.
Jeremi podniósł wzrok znad telefonu.
- No, ślicznie wyglądasz kochana. - odparł sarkastycznie. - Rozumiem, że jednak trans?
- To, że mam na sobie sukienkę nie oznacza, że zmieniam płeć. - uśmiech na moment zszedł z jego twarzy, jednak wciąż zachowywał pogodę ducha. - Ale odszukałem w sobie żyłkę projektanta mody. Jak myślisz, coś takiego by przeszło?
- No jasne, wyjdź z tym na deszcz.
- Nie mówię, że konkretnie z papieru, ale taki wzór. Żeby wyglądało jak z papieru. Laski by brały, one lubią dziwne ciuchy. - Milton usiadł obok przyjaciela na biurku, spoglądając tępo w przestrzeń. - Już sam nie wiem kim chciałbym być. Fryzjerem, projektantem mody, albo... Hej, jak brzmi męska wersja kosmetyczki?
- Scott, jesteś pewny, że nie czujesz się w środku dziewczyną?
- Nie, ale dzięki za troskę.
- To nawet dobrze, za dużo niespodzianek jak na jeden dzień. Przed chwilą dowiedziałem się, że masz skłonności nudystyczne.
- Brak oporów przed publicznym rozbieraniem się nie czyni ze mnie od razu nudysty.
- Tak samo jak sukienka nie czyni cię transwestytą.
- No dokładnie! - przy tych słowach ułożył dłoń na jego ramieniu, uśmiechając się promiennie. - Chociaż ty mnie rozumiesz.
- Ty za to nie rozumiesz pojęcia słowa "ironia".
Eliza i Zoltan wciąż tkwili przywiązani do krzeseł. Nigdy nie spodziewaliby się takiego obrotu sprawy. Wciąż główkowali nad ucieczką, jednak liny były nadto mocne i ciasne, a oni zbyt słabi, by samym sobie poradzić.
Wtedy z sufitu pod którym biegł szyb wentylacyjny, wyłonił się sznur, jednak nikt się z niego nie ześlizgnął. Zamiast tego, na podłogę spadł nieznany im chłopak o czarnych włosach, którego styl, który skojarzyli z latami siedemdziesiątymi, rzucił im się w oczy od razu.
- Sorki, zapomniałem złapać za sznur! - krzyknął brunet.
Podniósł się, otrzepując kurz z kolan. Po chwili, gdy zobaczył to, co miało miejsce w gabinecie, pobladł, cofając się instynktownie.
Scott i Jeremi natomiast nie poczuli się ani trochę zagrożeni. Patrzeli na niego bez wyrazu, czekając na jego ruch.
- Szukasz czegoś? - zapytał Milton.
Chłopak spojrzał z przerażeniem na więźniów, którzy dostrzegli w nim swój ratunek. Logan przenosił wzrok z uwięzionych na nastolatków. Dopiero po chwili udało mu się skojarzyć fakty. Oczywiście zrobił to błędnie, gdyż założył, że to licealiści stoją za obezwładnieniem. Doszedł więc szybko do wniosku, że jeżeli się w porę się stąd nie usunie, to oni zrobią to za niego.
- On chyba czegoś szuka. - szepnął blondyn na ucho Jeremiemu. - Tak, z całą pewnością. Hej, chodzi ci o rozpiskę rozwalonej klasy? - to mówiąc zwrócił się do gimnazjalisty. - Jak tak, to sorki wielkie, ale użyłem jej do ramiączka. Nie wiem czy chcesz ją z powrotem, bo trochę ją podciąłem.
Chaves jedynie pokiwał twierdząco głową. Był zbyt oniemiały, by cokolwiek zrozumieć. Nie myśląc długo, złapał za linę, po czym krzyknął ku górze.
- Wciągaj!
Sznur został pociągnięty, jednak nie wzniósł się na imponującą wysokość. Logan westchnął ciężko, po czym wdrapał się samodzielnie.
- Nie łapiemy go? - zapytał Scott, gdy ten zniknął już z pola widzenia.
- Płacą nam za pilnowanie więźniów, a nie za to, by nikt się o nich nie dowiedział. Swoją drogą, nie mam pojęcia po co kombinował z szybem. Drzwi są otwarte.
- Serio?
- Nie płacili mi za zamykanie ich.

Logan szybko wskoczył do szybu, zamykając otwór przez który wcześniej się wydostał. Oddychał ciężko, nie mogąc skupić spojrzenia w jednym punkcie. Murad patrzył na niego ze zdziwieniem.
- Masz tą rozpiskę? - zapytał po chwili Turek.
- Czy mam rozpiskę? Stary, wiejmy zanim ci psychole nas zabiją!
- Co?
- Nie ma czasu na zbędne pytania!
Yalabik wolał nie pytać. Pośpieszany przez kolegę, ruszył przed siebie, by jak najszybciej wydostać się z szybu wentylacyjnego. Logan postanowił znaleźć Milly i opowiedzieć jej o tym. W końcu komu skarżyć o porwaniu dwójki ludzi, jak nie przewodniczącej klasy?

Tymczasem Milly pociągnęła za sobą Lucasa. Zdążyła przyzwyczaić się do tego, że większość uczniów stara się omijać Neumayra. Nikt nie wiedział dlaczego, ale ogromna większość czuła bijący od niego chłód, który zapewne brał się z jego mimiki twarzy - a raczej jej braku. Szatyn nigdy nie wyrażał uczuć, niektórzy twierdzili, że ich nie ma. Nikt nie wiedział do końca jaka jest prawda. Nawet Milly.
Nie mniej, jako jedna z nielicznych, bardzo lubiła jego towarzystwo. Między innymi dlatego, że ona mówiła przez cały czas, a on milczał, jednak miała pewność, że słucha. Miało to swoje zalety. Rzadko kiedy komentował.
Obecnie znajdowali się przed salą gimnastyczną. Gdy dziewczyna dowiedziała się, że klasa Złego Trio ma wuef ze szkolną legendą, musiała koniecznie zobaczyć to na własne oczy.
- No, niech jeszcze raz zaczną narzekać na panią Monogram. - powiedziała z triumfalnym uśmiechem, przyglądając się kaźni przez szybę w drzwiach.
Wuefistka na zastępstwie musiała wyjątkowo nie lubić Stephanie, Paulin i Amy, gdyż tylko one musiał biegać, co jakiś czas robiąc przysiad. Widząc malującą się na ich twarzy złość, Davisówna roześmiała się.
- Uważasz, że jestem wredna? - zapytała, na co ten kiwnął głową. - To dobrze. Zło do złych wraca. Swoją drogą, za co ta wuefistka ich nie lubi?
- To matka Jessici. - dziewczyna spojrzała na niego pytająco. - Ta z Podłego Trio.
- Ou. To to z którymi Złe Trio zadarło w kiblu? Mhm, no cóż. Aż mi ich szkoda, ale tylko troszkę. Lepiej dla nich, że to tylko jedna godzina z nią. Chyba, że naszej wychowawczyni dłużej nie będzie. Ale mam nadzieję, że wróci. No i, że nam klasy nie rozwalą. Sama powinna być za, w końcu za rolę wychowawczyni zgarnia drugą pensję. Chyba. Zgarnia?
Zanim ten zdążył jej odpowiedzieć, przybiegli do nich Logan i Murad.
- Wy maraton przebiegliście? - zapytała.
Chaves ułożył dłonie na jej ramionach z taką szybkością, że ta o mało się nie przewróciła.

Paulin nie mogła złapać tchu. Ignorując nawoływania nauczycielki, oparła się o ścianę, starając się ogarnąć. Czuła na sobie spojrzenia reszty klasy, co wyjątkowo ją drażniło. Koniecznie będzie musiała coś z tym zrobić, bo długo tak nie wytrzyma.
Oparłszy się o ścianę przy drzwiach, usłyszała rozmowę, która od razu ją zaciekawiła.

- U dyrki są związani ludzie! - krzyknął Logan.
Zrobił to tak głośno, że Murad szybko zatkał mu usta. Milly uniosła brwi, rozglądając się, czy nikt ich nie podsłuchuje. Gdy ta kiwnęła głową, Turek zabrał dłoń.
- Germanistka i Davenport. - kontynuował. - Przywiązani do krzeseł. Pilnują ich jacyś licealiści. Jeden z nich użył rozpiski do zrobienia sukienki, więc chyba nie mamy się w tej sprawie o co martwić.
- Murad, to prawda?
- Dlaczego miałaby niby nie być?! - oburzył się Chaves.
- Wiesz, nie znam cię jeszcze za dobrze. Skąd mam wiedzieć, że nie masz schizofrenii?
Brunet wywrócił oczami.
- W sumie, to nie wiem. - odparł Yalabik. - Nie zszedłem tam, ale słyszałem rozmowę. Nic niby nie wskazywało na to, żeby ktoś tam kogoś przetrzymywał. Chociaż też nie wiem co licealiści robili u dyrektorki. Zwłaszcza, że jej tam nie było.
- Jest na to z pewnością o wiele więcej sensownych wyjaśnień, niż uprowadzenie. - stwierdziła. - Lucas, chłodne kalkulacje. W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo możliwe jest, by nasza dyrektorka zakneblowała dwójkę ludzi?
- Trzy.
- O, to więcej, niż myślałam. Więc może faktycznie ma to sens.
- Jemu wierzysz, a mnie nie?! - krzyknął Logan.
- No wiesz, znam go o dwa dni dłużej. Murad, zbieraj się, - tu mówiąc zwróciła się do przyjaciela. - bowiem Abrahamiczne Trio wkracza do akcji!
Chłopak jedynie westchnął ciężko. Miał już dość wrażeń jak na jeden dzień. Nie sprzeciwiając się jednak, poszedł za nią. Pozostała dwójka rozeszła się, szukając sobie zajęcia.

Paulin uśmiechnęła się triumfująco. Znalazła idealne rozwiązanie sytuacji.
Nie myśląc ani chwili, podbiegła do Stephanie, po czym chwyciła ją za ramię, ciągnąć w stronę drzwi. Blondynka nie miała pojęcia o co jej chodzi, jednak każdy pretekst, by przestać ćwiczyć był dobry.
- A wy dokąd?! - wrzasnęła za nimi nauczycielka.
- Paulin, ona nas zabije. - powiedziała Winner.
- Amy, ty też chodź! - zawołała Heller, wychodząc za drzwi.
Rosjanka szybko pobiegła za nimi.
- Wiecie, nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale tęsknie za Monogramową. - powiedziała Milton, opierając się o ścianę. - Lubię biegać, ale zaraz płuca wypluję. Swoją drogą, po co nas tu sprowadziłaś?
Paulin rozejrzała się pośpiesznie, po czym odpowiedziała.
- Pamiętacie tego porwanego miliardera z internetu? - na to pytanie obie pokiwały twierdząco. - Wiem gdzie jest. - Amy i Steph spojrzały na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Heller odeszła kawałek dalej od drzwi, a one podążyły za nią. - Dyrektorka go więzi. Dwójka licealistów ich pilnuje.
- Czekaj, czekaj. - przerwała jej Amy. - Dwójka licealistów? W sensie, że na życzenie dyrektorki?
- Na to wychodzi.
- Czyli, że jakiś skończony kretyn zgodził się zrobić coś nielegalnego dla hajsu?
- Skąd wiesz, że im płaci?
- Chyba zaczynam się domyślać kim jest ten licealista. - instynktownie sięgnęła do kieszeni, by po chwili zorientować się, że jej nie ma. - Szlag. Zostawiłam komórkę w szatni.
- Uważasz, że twój brat tam siedzi? - zapytała Stephanie.
- Nie. Ja jestem tego pewna. Meh, mniejsza. Co z tym robimy?
- Jak to co? - odparła Paulin. - Odbijamy go i zgarniamy nagrodę! Przy okazji uratujemy germanistkę i może przestanie cię tak nienawidzić. Dwie pieczenie na jednym ogniu! O i jak będziemy tak mega bogate, to wystrzelimy Podłe Trio w kosmos. Co wy na to?
- Zdajesz sobie sprawę, że dyrektorka nas znienawidzi? - dodała Stephanie.
- Mam rozumieć, że tchórzysz? - blondynka zmarszczyła brwi, na co Paulin uśmiechnęła się triumfalnie. Doskonale wiedziała, że jej przyjaciółka nie pozwoli wyzywać się od tchórzy, co lubiła wykorzystywać. - Tak myślałam. Dobra kochane, czas obmyślać plan.

Buford pod pretekstem wyjścia do łazienki, wrócił do swojego straganu w poszukiwaniu członków do swojego stowarzyszenia. Na pytanie nauczycielki czemu bierze ze sobą Baljeet'a odpowiedział, że w łazience znów skończył się papier.
Tjinder był znudzony. O wiele bardziej wolał siedzieć na lekcji, niż brać udział w, jego mniemaniu, durnych planach przyjaciela.
Van Stomm natomiast wciąż wierzył w swoje poczynania.
- Wracajmy już. - marudził Hindus. - Nikt się nie przyłączy. Zostańmy duetem i nawiążmy sojusz z Sojuszem Krwi. Meh, jak tak gadam, to czuję się jak na wojnie.
- Bo gimnazjum to wojna. Przetrwają najsilniejsi. No i ci, którzy trzymają się z najsilniejszymi. Zwłaszcza jak grupę tworzą najsilniejsi. Ale jeżeli tak na to patrzeć, to niezbyt tu pasujesz.
Zanim Baljeet zdążył mu odpowiedzieć, do stoiska podszedł Lucas. Na jego widok Van Stomm uśmiechnął się promiennie, mając nadzieję na przyłączenie go. Tjinder wolał natomiast chłodno kalkulować szanse.
- Chcesz się wpisać? - zapytał Buford, gdy szatyn wziął w dłonie listę. - Będziesz pierwszym, nowym członkiem. To super zaszczyt.
Hindus pewny był porażki. W końcu takie słowa mało kogo by zachęciły. Niespodziewanie jednak, Neumayer złapał za leżący obok długopis, po czym wpisał się. Następnie posłał obojętne spojrzenie zaskoczonym towarzyszom i poszedł dalej.
- Wow, nawet ja się nie spodziewałem! - ucieszył się Buford. - Mamy w grupie gościa Kamienna twarz! Teraz wygramy każdą bitwę na "kto pierwszy nie mrugnie"!
Baljeet zamrugał kilka razy oczami, po czym spojrzał na listę. Musiał mieć pewność, że Lucas nie złożył fałszywego podpisu.
- Wow, Buford. Powiem to pierwszy i ostatni raz. Twój plan może wypalić.
- Bo widzisz kujonie, musisz we mnie częściej wierzyć.

- Katie!
Blondynka oderwała wzrok od kart, spoglądając na podążających ku niej Milly i Murada. Widząc dziarską minę na twarzy dziewczyny i niezadowolenie chłopaka, zaczynała domyślać się, że coś się święci.
- Hej, nie skończyłyśmy! - powiedziała Greta, gdy Dallas podniosła się do pozycji stojącej.
- Wiesz, czasem boję się, gdy masz taką minę. - stwierdziła z ironicznym uśmiechem Katie, gdy jej przyjaciele zatrzymali się przy niej. - Masz plan, który skończy się dla nas źle, mam rację?
- Tylko w połowie. Mam plan, ale taki bez wad. Opowiem ci po drodze. Na pocieszenie dodam, że Murad nie zgłaszał sprzeciwu.
- Pewnie dlatego, że go nie słuchałaś.
- No, to też racja.
Po tych słowach objęła ich obu ramionami, po czym ruszyła przed siebie, powoli objaśniając im swój plan działania.
- Możecie zaczekać? - na pytanie Summer, odwrócili głowy w jej stronę. - Bo wy się nazwaliście Abrahimczne Trio, tak? - cała trójka pokiwała twierdząco głową. - Ale wiecie, że ta nazwa jest niepoprawna? Powinno być Abrahamowe.
- Wiemy. - odparła Milly. - Ale Abrahamiczne ładniej brzmi. Abrahamowe jakoś tak dziwnie.
- Odejmuje nam majestatu. - dodała Katie.
- No i wzięło się od literówki w zeszycie Milly. - powiedział Murad, na co ta szturchnęła go w ramię.
Outside uniosła brwi. Davis posłała jej przyjacielski uśmiech, po czym cała trójka odeszła.
- Jak myślisz, co wykombinują? - zapytała.
Greta schowała karty do pudełeczka, by następnie oprzeć się o ścianę i usiąść na podłodze korytarza.
- Nie mam pojęcia. Ale dobrze, że tu jesteś. Ja też mam pewien pomysł.

Część 4

Część 5

t - b - eEkawekaDxC
Serie
Żyj i pozwól żyć
Nowe przyjaźnie | Pierwsza miłość, pierwsza nienawiść | Diretio
Bądźmy poważni
Wrześniowy bal | Sport to udręka | Poznaj wymiar Nyo | Kandydat do serca Stefy | Chwała Złemu Trio
Gloria i Slava
Prolog | Utopia | Wrak człowieka
Elektryczność
Ekstrawagancki Egipt | Apokalipsa | Ziemia Obiecana
Zakochany Ślązak
Ślązak w wielkim mieście
Niepowstrzymani
Wiadomość | Derpy roku | Tam, gdzie latają akumy | Dzieje Plaggi i Ed
Nasze królestwo
Hej krzyżaku! | Nadzieja dla dłużników | Przed obliczem śmierci po raz drugi | Nowe problemy | Kolacja z królem | Poradnik vs. miecz | Gastronomia i Świeżaki | Fandomowa gościnność
Pełnometrażowe
Twórczość własna
Zwykła historia miłosna | Rozkwitały pąki białych róż | O jeden kieliszek za daleko | Urodzinowe maliny | Największy sekret | Dwa światy, dwie płcie | Czekoladowa zdrada o posmaku krwi i siana | Tak bardzo cię nienawidzę | Sierpniowy krajobraz na Ziemi i Diretio | Rodzina doprowadzi cię kiedyś do grobu, lub na spotkania AA | Proczadzikowe konwersacje | W szponach fanonu | Malinki | Drogi Austrio | Challenge to miłość, challenge to nadzieja | Słowiańskie one-shorty | Citytalia | Zostań | A wygrała Portugalia! | Bella ciao Diretio | Proczadzikowa rocznica w wymiarze Nyo | Biały kot | Jarosław Kaczyński ratuje Gwiazdkę i Europę
Pisane z Sara124
Lemury, pistolet i proszek - czyli jak rozzłościć Stephanie | Ogórki, wesele i lekarz - czyli jak wytrącić Fretkę z równowagi | Miłość i krew - czyli jak przetrwać wojnę | Dwuwymiarowe zamieszanie | Nieobecność | Obecność | Strach | Granica wymiarów i wytrzymałości psychicznej]
Bohaterowie
Fineasz i Ferb
Pierwsze pokolenie
Hermiona Ulaniuk | Sophie Adventure | Loren Rarity | Scott Milton | Jeremi Rarity | Tatiana Milton | Amy Milton | Cassidy Monogram | Jully Aga | Jolie Martin | Romano Accardi | Tayler Stevenson | Colin McAdam | Charlie Flynn | Gabriella Flynn | Logan Chaves | Lucas Neumayer
Inne pokolenia
Lilith Rakastava | Crimson Monogram | Anette Wilson | Valmira Dziobak | Ridguś Pan Kot |
Drugi wymiar
Sophie Adventure | Logan Chaves
Miraculum
Pierwsze pokolenie
Edith Frasinati | Tomasz Płaszewski | Jeanne Cressey
Inne pokolenia
Zabb
Hetalia
Państwa
Kim Sang Hyeon
Miasta
Lesława Wasiluk | Władysław Gęsiorowski
Nasze królestwo
Pierwsze pokolenie
Królowa Paulina | Królewna Franciszka | Królewna Joanna | Wielki Mistrz Krzyżacki Sebastian | Lichwiarka Agata | Piratka Rebeca | Julian | Medyczka Aleksandra | Książę Trebor
Inne pokolenia
Królowa Radosława | Królowa Olena
Inne
Piosenki
Hymn Proczadzikowców | Przepis na proczadzikowe grzanki
Miejsca
Wymiar Nyo | Diretio | Pokój Taylerka | Królestwo Fandomu
Organizacje
Złe Trio | Proczadzikowcy | Sojusz Krwi | La Rossa
Rodziny
Rodzina Adventure | Rodzina Stevenson | Dynastia Fanowskich
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.