FANDOM


Ikona_ciekawy_artyku%C5%82.png Ten artykuł zajmuje pierwsze miejsce wśród najdłuższych stron serii, historii pełnometrażowych i odcinków na Wiki.


Kandydat do serca Stefy

Bądźmy poważni
No Screenshot 2
Twórca: EkawekaDxC
Sezon: 1
Numer odcinka: 4
Opublikowano: 09.03.2017
18.03.2017
24.05.2017
14.07.2017
27.07.2017
03.08.2017
06.08.2017
Chronologia
Poprzedni: Poznaj wymiar Nyo
Następny: Chwała Złemu Trio

Kandydat do serca Stefy - 4 odcinek serii "Bądźmy poważni"

Bohaterowie

Opis

Piżama party Proczadzikowców okazuje się być sukcesem, którego nie zniweczyła nawet wojna Polsko-Ukraińska. W czasie, gdy proczadzikowa szóstka imprezuje, Django postanawia znaleźć sobie dziewczynę. Następnego dnia odbywają się zawody dla członków B.A.B.E.C.Z.K.I, które niosą za sobą bombowe konsekwencje. Z kolei do Fineasza i Ferba przyjeżdża rodzina. Fretka widzi w swoim kuzynie szansę dla Stefy, której związek powoli się rozpada. W międzyczasie Scott i Jeremi ratują Ziemianki.

Fabuła

Część 1

Django szedł obok Romano, opowiadając mu o jego damskiej odpowiedniczce. Włoch nie wydawał się być tym jakoś specjalnie zainteresowany, zdążył już zapomnieć, że jego najlepszy przyjaciel przed chwilą był kobietą. Wyrzucił tę informację, by skupić się na istotnie ważnych sprawach.
- Nie możesz już sobie iść? - zapytał, gdy dotarli na lotnisko. - Trochę mnie denerwujesz.
Brown przerwał swój monolog, w dalszym ciągu uśmiechając się.
- Poszedłbym, ale mam daleko do domu. - odparł. - Poza tym, muszę po drodze załatwić pewną sprawę.
Accardi zmarszczył brwi, słysząc jak chłopak akcentuje "pewną sprawę". Zapewne gdyby nie jego własna ważniejsza rzecz do zrobienia, w jakiś sposób by się tym przejął.
Włoch usiadł na ławce pod ścianą lotniska, klasycznie zakładając nogę na nogę. Brown siadł obok, opierając się wygodnie, zamykając oczy. Romano nie mógł nadziwić się skąd on bierze tyle pozytywnej energii.
- Wiesz o czym myślę? - zapytał po krótkiej chwili milczenia Django.
- Niezbyt.
- Powinniśmy mieć zwierzaka. Takiego na spółę, ale mieszkałby u mnie.
- A po kij?
- Myślałem nad piraniami. - powiedział, ignorując zadane przed chwilą pytanie. - Ale nie miałbym ich czym karmić. Potem pomyślałem o mamutach, ale no wiesz, wyginęły. No i ostatecznie wpadłem na...
- Idzie! - zawołał Romano, przerywając Brown'owi.
Na horyzoncie pojawiła się drobna dziewczyna o opalonej cerze, ciemnych włosach i brązowych oczach. W dłoni trzymała uprząż walizki, a na jej twarzy widniał przyjazny uśmiech. Na jej widok Romano poderwał się z miejsca, po czym szybkim krokiem podszedł do niej.
- Ciao! - przywitał ją już z daleka.
- Ciao braciszku Roma! - odparła, gdy chłopak był już przed nią. Odrzucając walizki na podłogę, szybko uściskała go, a uśmiech na jej twarzy jakby się powiększył.
Django przyglądał się tej scenie z daleka. W każdej innej sytuacji podbiegł by tam i przedstawił, jednak w tym przywitaniu było coś specyficznego. Romano nigdy nie witał się z kimś z takim entuzjazmem, a tutaj nawet się przytulił, co też nie zdarza się zbyt często. A sama dziewczyna wydała mu się bardzo ładna. Wyjaśnienie mogło być więc tylko jedno.
"Ma dziewczynę!" ~ pomyślał Brown.
Sam Django nie widział w tym nic złego. Wprost przeciwnie, cieszył się, że jego przyjaciel w końcu wyrwał się z tej dziwnej relacji, która łączyła go z Izabelą.

Carl schował urządzenie w sejfie, by nikt nie kombinował z wymiarami. Uznał, że bezpieczniej będzie dla wszechświata, gdy wymiary nigdy nie zostaną naruszone. Co prawda nie mógł kontrolować ich wszystkich, jednak zawsze pozostawało mieć nadzieję.
- Narazie! - krzyknął w jego stronę Scott, wychodząc z Jeremim na zewnątrz. Gdy drzwi zamknęły się za nimi, zwrócił się do przyjaciela. - W sumie to fajny dzień. Nawet lubię tę pracę. Miałeś super plan, żeby nie robić nic!
- Wiem, zawsze mam dobre pomysły.
Nie zdążyli jednak odejść za daleko, gdy doszło ich wołanie Monograma. Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia, po czym wrócili do agencji.
- Co się stało szefie? - zapytał Scott.
Mężczyzna popatrzył na blondyna ze zdziwieniem, jakby w ogóle się go nie spodziewał.
- Nie ty. - powiedział, po czym zwrócił się do Jeremiego. - Brawo, awansowałeś.
- Poważnie? - zapytał z niedowierzaniem Rarity.
- Poważnie? - powtórzył z jeszcze większym niedowierzaniem Scott.
- Tak, poważnie. - odparł Monogram. - Chyba, że nie chcesz.
- Nie, nie, chcę! - powiedział szybko Jeremi, czując radość z życia, która nawiedziła go pierwszy raz od niepamiętnych czasów. - Ile bym zarabiał?
- Zacznijmy od rzeczy ważnych.
- No właśnie o nich mówię, ile będę zarabiał?
Podczas gdy wszyscy dookoła, poza Scott'em, uważali, że uśmiech w przypadku Jeremiego nie istnieje, tak musieli przeżyć prawdziwy szok, gdy ten wręcz promieniował z radości. Najwidoczniej pieniądze były w życiu jego siłą napędową.
- Wybierz sobie partnerkę. - powiedział Major. - Twoja wypłata powiększy się pięciokrotnie.
Ku zdziwieniu wszystkich, Jeremi wyglądał jakby zaraz miał zapiszczeć z ekscytacji. Scott'owi natomiast daleko było do takiego entuzjazmu.
- To nie sprawiedliwe! - wtrącił niezadowolony Milton. - W czym on jest lepszy, niż ja?! I czemu ma mieć partnerkę, równie dobrze to mogę być ja!
Na te słowa, Major uniósł zdziwiony brwi. Nie mógł zrozumieć uporu Scott'a, jednak skoro tak bardzo chciał, to czemu nie? I tak byłby problem ze znalezieniem jakieś dziewczyny.
- Skoro tak. - westchnął mężczyzna. - Dobrze, ale ogól nogi i przyjdź jutro.
Po tych słowach opuścił agencję, pozostawiając uradowanego Jeremiego i zszokowanego Scott'a samym sobie.

Baljeet siedział na swoim fotelu na kółkach, który przesunął bliżej okna. Z utęsknieniem wypatrywał czegokolwiek, co mogłoby posłużyć jako pretekst do wyproszenia Buforda z jego pokoju. Zaczął żałować, że dał mu tą encyklopedię. Okazało się, że Van Stomm potrafi czytać i na domiar złego, wciągnął się w temat. Siedział z nosem w książce, zaczytując się w każde słowo.
Na początku Baljeet był wniebowzięty. Po pierwsze, okazało się, że jego przyjaciel na prawdę umie czytać, co było dla niego nie małym zaskoczeniem. Poza tym, od zawsze marzył o tym, by zadawać się z kimś mądrym, a gdyby Buford stał się bardziej oczytany, miałby z nim więcej tematów. Niestety, Holender był całkowicie nieobecny myślami, a jego długa obecność w pokoju Hindusa stawała się irytująca.
- Mam! - zawołał nagle Buford, a gdy zaskoczony nagłym wybuchem euforii Baljeet odwrócił się w jego stronę, szatyn pocisnął encyklopedią prosto w jego podbrzusze. - Teraz to ten cały Vlad sobie może! Loren będzie moja! Znowu!
Tjinder jęknął cicho, podkurczając nogi pod brzuch.
Nie mówiąc nic więcej, Buford podniósł się z miejsca, po czym podbiegł w stronę wyjścia.
- Nara kujonie! - rzucił na pożegnanie, po czym zatrzasnął za sobą drzwiami.
Buford zdecydowanie nie był typem romantyka, ale miał za to inne zalety. Na przykład, był uparty i często zachłanny, dlatego nie umiał wyobrazić sobie, że jego dziewczyna mogłaby wzdychać do innego. Fakt, że ten ktoś jest martwy jakoś przestał się liczyć. W końcu Loren jest dziwna, nie wiadomo co mogłaby wymyślić.
Zamiast poszukać jej w okolicach centrum, pobiegł do pobliskiego domu, który zamieszkiwany był przez Fineasza i Ferba. Mimo, że ostatnio rzadko rozmawiali wcale nie demotywował Buforda. Działał na niego podobnie jak ten, według którego Vlad był martwy, czyli po prostu nie brał go pod uwagę.
Jak za starych czasów otworzył furtkę, za którą ujrzał dwóch braci siedzących pod drzewem. Fineasz z wyraźnym entuzjazmem opowiadał o czymś Ferbowi, jednak zamilkł, gdy zobaczył Van Stomm'a. Na jego widok, uśmiech czerwonowłosego jakby się powiększył. Szybko podniósł się, po czym podszedł do niego.
- Cześć Buford! - przywitał go radośnie. - Masz ochotę coś zbudować? Odzyskamy lato? Odbudujemy naszą paczkę?
Ferb przyglądał się temu wszystkiemu z daleka. Nie czuł większej potrzeby, by odezwać się chociażby słowem do dawnego przyjaciela. Przez ten krótki czas przestał darzyć go taką sympatią, jaką kiedyś do niego czuł.
- Ja nie po to. - powiedział Buford, co sprawiło, że twarz Flynn'a pokrył smutek zawodu. - Potrzebuję teleportera. - gdy wypowiedział te słowa, Fineasz znów się uśmiechnął. - Bo wiecie, nie mam hajsu na wycieczkę do Rumunii.
- A po cholerę ci wycieczka do Rumunii? - wtrącił Ferb, przyciągając na siebie spojrzenia pozostałych.
- Będę biegał z wampirami i wysysał krew. - odparł z dumą Buford, po czym ponownie zwrócił się do Fineasza. - To jak, pomożesz?
- Jasne! - odpowiedział Fineasz. - Ferb! Już wiem co będziemy dzisiaj robić!
- Jasne, ale beze mnie. - odparł zielonowłosy, podnosząc się z miejsca. - Nie wiem czy pamiętasz, ale ktoś nas odwiedza, a mama kazała posprzątać pokój. Także, sejonara amigos. - mówiąc to, pokazał znak pokoju dwoma palcami, po czym wszedł do domu.
Fineasz westchnął cicho, ponownie zwracając się do swojego gościa.
- No trudno, sami też na pewno damy radę. Wprawdzie jestem trochę zmęczony, ale to nic! Wspólnymi siłami na pewno...
- W zasadzie to ja planowałem iść na kebaba i liczyłem trochę, że ty sam to zrobisz.
- Emm...
- To ja zaraz wrócę. Narazie!
Po tych słowach obrócił się na pięcie, po czym taktownie wyszedł. Flynn patrzył to w płot, to w przestrzeń podwórkową, samemu nie wiedząc co ze sobą zrobić. Z jednej strony nie chciał zawieść Buforda i gdzieś tam w środku liczył, że może to odratować ich przyjaźń. Z drugiej natomiast czuł się nieco wykorzystywany.
Ostatecznie jednak dobre chęci i słaba wola zwyciężyły.

- Loren!
Dziewczyna odwróciła się na dźwięk swojego imienia, jednak widząc biegnącego w jej stronę chłopaka, szybko nawróciła na drogę do domu. W dłoniach trzymała torby zapełnione książkami i plakatami, a zamiast swojej brązowej koszulki miała na sobie czerwoną z czarnym napisem "Keep Calm and nabijaj Osmanów na pal".
Ignorując nawoływanie Buforda, szła dalej.
- Loren! - powiedział, łapiąc ją za ramiona, gdy w końcu ją dogonił.
- Ta koszulka nie ma dekoltu. - wycedziła przez zęby, wciąż pamiętając ich poprzednią kłótnię.
Chłopak uniósł zdziwiony brwi, patrząc na nią jak na wariatkę.
- No widzę. Fajny napisik, też chcę taką! Jakbym założył taką na zlot łobuzów i kujonów, to byłby niezły szpan. Pożyczysz mi swoją?
- Po co ci damska koszulka?
- To ona jest damska?! Sorki Lor, na twojej figurze tego nie widać.
Dziewczyna obdarowała go morderczym spojrzeniem, po czym taktownie wyminęła.
"O co jej znowu chodzi?" - zapytał w duchu samego siebie.
- Mam dla ciebie niespodziankę! - zawołał, jednak gdy ta go zignorowała, dodał, - Jedziemy do Rumunii!
Na to już nie mogła być obojętna. Szybko odwróciła się, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Co? - wyrzuciła, unosząc brwi.
- To co słyszałaś. - odpowiedział. - Pakuj się, bo dzięki mnie będziesz mieć najlepszy wekeend na świecie.
Raritówna zamrugała jeszcze kilka razy, po czym pisnęła z radości, rzucając się swojemu chłopakowi na szyję.
- Jesteś kochany! - powiedziała uradowana, całkowicie zapominając o wcześniejszej złości.
- Wiem.

Sophie niosła na plecach różowy plecak, radośnie pogwizdując pod nosem. Owe pogwizdywanie w rzeczywistości bardziej przypominało dmuchanie, jednak jej to nie przeszkadzało. W jej uszach brzmiało to niczym sztuka.
Przerywając na moment wyżej wspomnianą czynność, blondynka sięgnęła po telefon, wybierając numer do Hermiony. Ulaniuk odebrała po trzecim sygnale.
- Hejka Hermuś! - przywitała ją Adventure. - Gotowa na dzisiejszy wieczór?
- Cześć, cześć. Sama nie wiem Sophie. Piżamowe imprezy kojarzą mi się z tępymi, piszczącymi laskami z amerykańskich filmów. Zwykła komercja.
- Żadna komecośtam! Nie traktuj tego jak piżama party, tylko jak spotkanie Proczadzikowców. Musimy w końcu stworzyć między nami więzy, byśmy stali się jednością!
- Czy Proczadzikowcy są sektą?
Słysząc to pytanie, Sophie musiała się zastanowić. Sięgnęła umysłem do definicji słowa "sekta", po czym w odpowiedziała zdecydowanie:
- Tak.
- Okej, to będę. Do zobaczenia!
Po tych słowach, rozłączyła się. Sophie uśmiechnęła się szerzej, mając pewność, że jej przyjaciółka będzie obecna. Nie widząc już więcej przeszkód, ruszyła w stronę domu swojej kuzynki.
Droga nie była długa. Po niecałym kwadransie, dziewczyna była już na miejscu.
Przyłożyła dłoń do drzwi, jednak zanim zdążyła zapukać, Nazz już je otworzyła. Adventure jednak nie zdała sobie z tego sprawy, dlatego instynktownie zapukała w jej czoło.
- Sis, stoję tu. - powiedziała z uśmiechem Nazz.
- O, faktycznie! Cześć sis!
- Cześć sis! Masz wszystko?
- Jasne! - mówiąc to, uniosła lekko swój plecak. - Wstąpiłam jeszcze po chipsy. A ty masz colę?
- Tak. I czekoladę nawet!
- To będzie niezapomniana imprezka pełna wrażeń! - stwierdziła entuzjastycznie Adventure, podskakując. - Nie mogę się doczekać! Będzie co wnukom opowiadać! I pra wnukom i pra pra wnukom. Bo generalnie to wymyśliłam sposób na nieśmiertelność. Chcesz posłuchać?
- Jasne! Zawsze chciałam dożyć czasów, w których czekolada stałaby się obowiązkowym posiłkiem dla każdego człowieka. I oczywiście byłaby darmowa.
Tak więc, kuzynki całą drogę przegadały o nieśmiertelności i zaletach, jakie posiada w sobie czekolada. Sophie zgodziła się z tezą, iż jest ona niezbędna dla każdego człowieka. Argumenty Nazz sprawiły, że blondynka obiecała sobie jeść ją częściej.
Dopiero gdy były już na miejscu, Jefferson przystanęła, uciekając gdzieś myślami.
- Sis, - zaczęła - nie uważasz, że dobrze by było powiadomić Taylerka o naszej wizycie?
- A po co?
- No wiesz, to jego dom.
- E tam! Wiesz, on ma polskie korzenie, a Polacy są ponoć gościnni. Więc jakby nie chciał nas ugościć, to zdradziłby kraj, a tego by chyba nie chciał. Podstawiam go pod taką ścianą od sześciu lat i jeszcze nigdy mnie nie wywalił. Chociaż wtedy to chyba faktycznie go uprzedzałam. - mówiąc to, sama pomyślała przez chwilkę, jednak nie trwało to długo - E, i tak nas nie wywali. A jakby spróbował, to przejmiemy mu chatę.
- To też jakiś pomysł.
Po krótkiej chwili, do dziewczyn podeszły Ginger, Jolie i Hermiona. Wszystkie poza Jolie miały na plecach niewielkie plecaki. Martinówna natomiast miała torbę zawieszoną na ramieniu.
- Cześć wam. - przywitała się Hirano. - Długo czekacie?
- Dopiero przyszłyśmy. - odparła Sophie.
Znajdowały się niedaleko bloku, w którym zamieszkiwał Tayler. Dziewczyny wcześniej umówiły się, że to właśnie tam się spotkają i razem zapukają do jego drzwi. Oczywiście tylko Sophie i Nazz wiedziały, że chłopak w ogóle się ich nie spodziewa. Nie widziały jednak potrzeby, by informować o tym resztę.
Cała piątka zgodnie ruszyła ku bloku. Nie był niczym ogrodzony, a domofon nie działał, więc zadanie było tym bardziej ułatwione. Po niedługim czasie znalazły się na drugim piętrze. Nie myśląc ani chwili, Sophie nacisnęła dzwonek do drzwi, po czym wszystkie czekały na reakcje.
- Ale uprzedziłyście go, że przyjdziemy? - zapytała Ginger.
- Nie. - odparła Sophie.
- Czekaj, ale jak to? - wtrąciła Jolie.

- Tayler!
Chłopak odwrócił spojrzenie od szkicownika, spoglądając na ośmioletnią dziewczynkę, która weszła do jego pokoju.
Była to dość niska, niebieskooka blondynka, której długie włosy spięte były w dwie kitki, a ubrana była w ciemno-różową sukienkę w białe kropki i balerinki. Patrzyła na niego z uśmiechem, chociaż w jej oczach tliło się dziwne jak na jej wiek poczucie wyższości. Tayler doskonale zdawał sobie, że zwiastuje to kłopoty.
- Czego? - burknął.
- Nie słyszysz, że ktoś dzwoni?
- A czy ty nie widzisz, że mam to gdzieś?
Słysząc to, dziewczynka zmarszczyła brwi.
- Mam powiedzieć mamie, że się mną nie opiekujesz?
- A mów sobie co chcesz.
Chłopak musiał przyznać że młodsza siostra pod wieloma względami przypomina ich matkę. Gdy się niecierpliwi, nie tylko zakłada ręce na biodra, ale i przytupuje nogą oraz obdarza przenikliwym spojrzeniem, jakby chciała go co najmniej zabić. Mimo to, on pozostawał nieugięty, wracając do poprzedniego zajęcia.
- Masz przechlapane gdy rodzice wrócą! - oznajmiła dobitnie, po czym sama ruszyła w stronę drzwi.
- Jakbym nie wiedział. - mruknął do siebie.
Niebieskooka szybko otworzyła drzwi, wcześniej nawet nie zaglądając przez wizjer. Po chwili jej oczom ukazała się piątka dziewczyn.
- O, Emilly! - powiedziała entuzjastycznie Sophie na widok dziewczynki.
- Hej Sophie. Myślałam, że po tym czasie zdążyłaś zmądrzeć i znaleźć sobie lepszego kumpla od Taylera.
Na te słowa, Adventurówna roześmiała się.
- Twój urok nigdy się nie zmieni.
Mówiąc to, bez zaproszenia weszła do środka, a za nią pozostała czwórka. Emilly zamknęła drzwi, przyglądając się każdej z nich uważnie.
- Ale ja nie żartuje. - odpowiedziała. - Gdyby chodził do mojej klasy, nigdy bym z nim nie rozmawiała.
- Urocza. - wtrąciła ironicznie Hermiona.
- I nauczyłaś się mówić "r"! -dodała z zachwytem Sophie. - Jesteś już taka duża!
Emilly tylko wywróciła oczami, mając już dość dziecinności Adventurówny.
- W końcu jestem już w drugiej klasie. - odparła.
Sophie zdawała się szybko zadomowić w mieszkaniu Stevensonów, podobnie z resztą jak Nazz. Obie rzuciły swoje buty pod ścianę przy drzwiach, po czym bez zbędnych oporów zaczęły się rozglądać. Hermionie wystarczyło jako takie odłożenie glanów i czekanie na dalszy ciąg wydarzeń.
Ganek nie był duży. By z niego wyjść, wystarczyło postawić jeden duży krok, dlatego też cała grupa znajdowała się w salonie. Podłoga wyłożona była gumolitem, co zwróciło uwagę Sophii. Doskonale pamiętała, że gdy mieszkali jeszcze w Nowym Yorku, podłoga była drewniana.
Poza tym, mieszkanie wyglądało jak wyjęte z lat dziewięćdziesiątych. Ściany obłożone były beżowymi tapetami z ciężkimi do zidentyfikowania wzorami. Pod ścianą stał telewizor podtrzymywany na własnych nóżkach, a obok niego spory, brązowy kredens. Pod ścianą naprzeciwko stała wersalka o podobnym, jednak nieco jaśniejszym kolorze. Z prawej strony pomieszczenia można było zobaczyć kuchnię.
- A gdzie Taylerek? - zapytała Ginger.
- Emilly!
Dziewczyny odwróciły się, dostrzegając postać swojego przyjaciela, wychodzącego z korytarza po lewej stronie pomieszczenia.
- Cześć Taylerku. - przywitała go Jolie.
Ten zdawał się w ogóle tego nie zauważyć. Podszedł do siostry, obdarzając ją spojrzeniem godnym bazyliszka.
- Rodzice ci nie mówili, że masz patrzeć przez wizjer?
- Jak skoro nie działa?
"Dobra jest" - pomyślał z niechęcią.
- Przeszkadzamy wam w czymś? - wtrąciła Nazz.
Chłopak popatrzył na nią z wyraźnym zdziwieniem, na co ona tylko uniosła brwi.
- Meh, no cześć. Co tu robicie?
- Wpadłyśmy z niespodzianką. - odparła entuzjastycznie Sophie, szeroko się przy tym uśmiechając. - Urządzamy piżama party!
- Tylko nie za głośno. - dodała Emilly, kierując się do swojego pokoju. - Bo sąsiedzi będą się dobijać.
- Aborcja powinna być legalna do dziesiątego roku życia. - stwierdził Stevenson, gdy jego siostra zniknęła z pola widzenia. - Dobra, skoro już tu jesteście, to was nie wywalę. Nie mniej, byłoby fajnie, gdybyście mnie wcześniej uprzedziły.
- Ja myślałam, że wiesz. - powiedziała Jolie, starając się usprawiedliwić.
- Coś ty. Gdybym wiedział, to bym się w życiu nie zgodził i znalazł wymówkę.
- Właśnie dlatego cię nie uprzedzałyśmy. - stwierdziła Sophie. - To zaczynamy zabawę!

Fineasz starał się skręcić ze sobą części, które miałyby utworzyć teleporter. Jak się wcześniej okazało, ten dzięki któremu dostał się do czwartego wymiaru nie potrafił przetransportować do Rumunii, ani do niczego, co znajdowało się w obszarze tego wymiaru.
Zmęczenie spowodowane wcześniejszymi przeżyciami sprawiało, że chłopak z trudem trzymał się na nogach. Powieki miał przymknięte, a pod nosem nucił sobie "Lato to wrażeń moc", by nie usnąć. Westchnął ciężko, widząc, że pozostałe części są nieco dalej, przez co musiałby ruszyć się z miejsca.
Od nucenia pod nosem oderwał go huk otwieranych drzwi. Po chwili do ogródka weszła Fretka.
- Co ty robisz matołku? - zapytała, zakładając ręce na biodra. - Czy dwa wynalazki w jeden dzień nie jest przesadą nawet dla ciebie? I czy ty masz wory pod oczami? Co ci jest?
W odpowiedzi, chłopak głośno ziewnął.
- Daj mi sekundę na ułożenie logicznego zdania. - odparł. - Zaraz skończę teleporter, potem idę spać.
- Z tego co pamiętam, to już chyba budowałeś teleporter.
- Ten jest do Rumunii.
- A na co ci Rumunia?
- Nie wiem.
Znów ziewnął, opierając przy tym głowę o niestabilnie skręcone części, które tworzyły pionową ścianę. Ten widok wydał się dziewczynie dość żałosny. Wzbudził niej litość na tyle, by odpuściła sobie próby przyłapania go. Zamiast tego, wzięła go za rękę, prowadząc do domu.
- Ale ja jeszcze nie skończyłem. - powiedział, chociaż bez oporów szedł z siostrą.
- Idź spać. Tamto poczeka.

Vanessa otworzyła drzwi, które zaraz po tym odczepiły się od zawiasów, upadając przy tym na podłogę. Dziewczyna wytrzeszczyła szeroko oczy.
- Pani się nie martwi, to już piąte dzisiaj.
Dundersztyc popatrzyła ze zdziwieniem na stojącego naprzeciwko mężczyznę. Był to wysoki, umięśniony, łysy człowiek o dużej ilości tatuaży na rękach. Obecnie zajmował się żuciem gumy oraz staniem pod ścianą.
Samo pomieszczenie było dość obskurne. Farba schodziła z ściany, podłoga trzeszczała, gdy stawiało się na niej cięższe kroki, a na samym środku stał podziurawiony, czarny fotel.
- Czy to jest salon tatuażu "Esmeralda"? - zapytała.
- No raczej. - odparł, wypluwając gumę prosto do kosza. - Esmeralda to moja żona, ale jej się zmarło na tyfus.
Dziewczyna popatrzyła na tatuażystę z odrazą. Z jednej strony rozsądek podpowiadał jej, że nie powinna tego robić, a z drugiej bardzo chciała zrobić światu na złość i mieć tatuaż.
- A przeszkadzałoby panu, że jestem niepełnoletnia?
- Zależy.
- Mam pieniądze.
- A szczepienia na tyfus?
- Chyba tak.
- To siadaj.
Szatynka uśmiechnęła się triumfująco, siadając na fotel. Oparła się wygodnie, obserwując poczynania tatuażysty.
Ten w tym czasie napluł na igłę, po czym wytarł ją o podkoszulek. Nie wywołało to w niej pozytywnych uczuć, jednak chęć posiadania tatuażu wzięła w niej górę.
- To jaki ma być?
- Cyrylicą na nadgarstku napisane "Nessa".
- Co to za beznadziejne imię? Rodzice cię nie kochali?
- To skrót. - odparła, mrużąc groźnie oczy. - Chłopak tak do mnie mówi.
- Twój?
- Nie, fuj.
Na te słowa, tatuażysta roześmiał się, po czym przystąpił do działania.

Dziewczyny zdążyły już urządzić się w pokoju Taylera. Na podłodze rozłożone było sześć śpiworów. Niestety, lub stety, mimo zapewnień gospodarza, że nie będzie czuł się pokrzywdzony śpiąc na łóżku, jego goście, a konkretnie Nazz i Sophie nie chciały pozwolić, by czuł się "inny". Tak wiec, zmuszony był spać w śpiworze, którego szczerze nie cierpiał. Nie chodziło konkretnie o niego, po prostu kojarzył mu się z biwakami, a ich nienawidził jeszcze bardziej.
Obecnie Proczadzikowy, przebrani już w piżamy, siedzieli w kółku, a pośrodku leżała butelka po soku.
- Dobra, zasady są takie, - zaczęła Sophie - niby gramy w "Prawda, albo wyzwanie", ale jako iż jest to spotkanie zapoznawcze i służy zrobieniu z nas jednej rodziny, to zmieniam nazwę na "Prawda, albo prawda". Wszyscy rozumieją? - zapytała, na co zebrani pokiwali głowami. - Okej, to zaczynam!
- To będzie ciekawe. - powiedziała sama do siebie Hermiona, obserwując jak blondynka kręci butelką.
Adventurówna nie miała jednak zamiaru liczyć na szczęście. Po kilku obrotach sama zatrzymała butelkę, nakierowując ją prosto na Taylera.
- Mogłem się domyślić. - westchnął.
- Taylerku, jedna rzecz nie daje mi spokojnie żyć. - zaczęła, patrząc na niego z zadziornym uśmiechem. - Dlaczego gumolit? Co się stało z tą ładną podłogą z Nowego Yorku? No i tutaj jest podłoga, ale przykryta dywanem. Pieniędzy nie starczyło?
Nie mówiła tego złośliwie, jednak wystarczyło, by wszyscy popatrzeli na nią z wyrzutem. Wszyscy poza głównym zainteresowanym, który tylko uśmiechnął się ironicznie, przechylając lekko głowę.
- Bo tata uznał, że będzie światowej sławy inżynierem. - odparł.
- I jak mu idzie?
Na te słowa, kąciki ust chłopaka uniosły się.
- Gumolit.
Słysząc to, Sophie wybuchnęła śmiechem. Jolie popatrzyła znacząco na Hermionę, która tylko wzruszyła ramionami.
- Nie wiem co tu się stało, ale koleś ma dystans, to go kocham z miejsca. - stwierdziła Ulaniuk.
Adventurówna dała przyjacielowi znak, że teraz jego kolej. Chłopak zakręcił butelką, która wycelowała w Jolie. Zanim ten jednak zdążył zapytać, Sophie przecisnęła się przez koło, szepcąc mu do ucha swoje własne pytanie. Najwidoczniej wcale nie chciało jej się czekać na swoją kolej.
- Jolie, Sophie pyta jaką wtopę wspominasz jako największy przypał.
Na te słowa, Francuska zarumieniła się lekko, nie wiedząc gdzie schować wzrok. Widząc to, Nazz zaśmiała się pod nosem.
- Nie przypominam sobie niczego, co mogłoby być na tyle przypałowe. - odparła w końcu Martin, co sprawiło, że Jefferson nie potrafiła już powstrzymać śmiechu. - No co?
- Przypomniała mi się ta cudowna sytuacja w Kauflandzie. - odpowiedziała przez śmiech. - To było takie cudowne!
Cała reszta wydawała się być wyjątkowo zainteresowana tematem. Ku nieszczęściu Jolie, wszyscy popatrzeli wyczekująco na Nazz. Niebieskowłosa uśmiechnęła się do przyjaciółki, zaciskając wargi, by znów nie ryknąć śmiechem.
- Nie masz nic przeciwko jak to opowiem, nie? - zapytała Nazz.
- I tak opowiesz.
- No racja, a więc to było tak. - Jefferson rozsiadła się wygodnie na swoim śpiworze, a wszyscy zgromadzeni wpatrywali się w nią z zainteresowaniem. - Byłam z Jolie w pobliskim Kauflandzie. Nic specjalnego, zwykłe uzupełnianie czekolady przeze mnie i jakiś tam głupot na które nie zwracała uwagi przez Jolie. Klasyk.
- Te głupoty nazywały się jedzeniem. - wtrąciła Martinówna.
- No tak, tak. A więc, ja poszłam do swojego działu, jednak miałam Jolie w miarę na oku. Wiecie, żeby sobie krzywdy nie zrobiła. No, ale na ułamek sekundy zajęłam się czymś innym, a to wystarczyło, żeby ta wylądowała z pieluchą na głowie, będąc cała ubrudzona pudrami dla dzieci.
- Moment, co? - przerwała Ginger, patrząc na niebieskowłosą ze zdziwieniem. - Jakim cudem?
- Tego mi do dziś nie wytłumaczyła. - odparła z uśmiechem Nazz, wzruszając ramionami. - Chyba, że zmieni zdanie.
Martinówna popatrzyła na nią bezradnie, po czym westchnęła ciężko. I tak już jest w beznadziejnej sytuacji.
- To miał być odwrót taktyczny. - wyjaśniła. - Bo chciałam kupić sok i szukałam go tu i tam. Nie żebym się zgubiła, po prostu szukałam czegoś ciekawego po drodze. Przechodziłam akurat w dziale pieluch, a naprzeciwko były właśnie napoje. I już wychodziłam zza półek, aż zobaczyłam Złe Trio. Kupowały coś i co najgorsze, stały przy moim ulubionym napoju. No i nie mogłam go już kupić, bo one tam były i wtedy by mnie zauważyły i byłyby niezręczne spojrzenia i...
- Obstawiam, że by cię raczej olały. - weszła jej w słowo Nazz.
- A wiadomo? Wracając. Chcąc szybko się wycofać, obróciłam się z klasą na pięcie, po czym... No właśnie, nie z taką klasą. Za mną była jakaś matka z dzieckiem, która chyba podkradała puder dziecięcy. Otworzyła to pudełeczko, a ja wtedy zahaczyłam o jej stopy i wywaliłam się na nią i ten puder spadł akurat na mnie, ale gdy leciałam, to w ostatniej chwili złapałam się.. no właśnie, pieluch. Ostatecznie w ogóle mi one nie pomogły, tylko pociągnęłam je za sobą. Wyleciały z opakowania, a jedna z nich upadła na moją głowę.
- A najzabawniejsze jest to, że własnie wtedy ją zauważyły.
- Wyobraziłam to sobie. - powiedziała przez śmiech Hermiona. - Ich reakcja?
- Powiedzmy, że śmiechły tak bardzo, że Jolie nie chodziła do szkoły przez dwa miesiące. - odpowiedziała Nazz.
- No tak, ponieważ był lipiec. - wyjaśniła Martin.
- Nie mniej, do dziś masz uraz do Kaulfandu. Tak jak do rysowania i kłócenia się z kimś przy innych ludziach.
- Bo jeżeli bym przegrała, to inni by to widzieli, a wtedy wszyscy by mówili, że jestem głupia, bo przegrałam w dyskusji i...
"Są o wiele bardziej interesujący niż Ogniki." - pomyślała Ginger, gdy Jolie wyrzucała z siebie potok słów.
W końcu zamilkła, a wszyscy wpatrywali się w nią z kamiennymi twarzami. Dziewczyna poczuła się nieco niezręcznie, więc bez słowa złapała za butelkę, kręcąc nią. Padło na Nazz.
- O, no nieźle. - powiedziała bardziej do siebie. - Brak mi weny.
- Pytaj o co chcesz! - odparła entuzjastycznie Jefferson. - Odpowiem na wszystko!
- No dobra... A więc, w skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo podoba ci się Ferb?
- Minus piętnaście.
Sophie mogłaby przysiąść, że kątem oka widziała, jak Jolie oddycha z ulgą. Pozostali nie zwrócili na to większej uwagi, jednak Adventurówna zreinterpretowała to po swojemu. Uśmiechnęła się chytrze, wiedząc już, że ma nowy ship.
Nazz zakręciła butelką, która wycelowała prosto w Ginger. Czarnowłosa przełknęła głośno ślinę.
- Dobra, o co by tu cię zapytać? - zaczęła rozmyślać Jefferson, gładząc się po brodzie. - Może... Ej, a właściwie to gdybyś miała do wyboru pocałowanie Taylerka, albo polizanie pachy Buforda, to co byś wybrała?
Czarnowłosa popatrzyła pytająco na Stevensona, który tylko wzruszył ramionami.
- Myję zęby. - powiedział bez cienia emocji.
Japonka zamrugała kilka razy, po czym odpowiedziała:
- Wybieram całowanie Taylerka.
Na te słowa, Sophie wydała z siebie głośne "Uuuu", patrząc na tę dwójkę znacząco. Tayler westchnął ciężko, obawiając się, że wyjście z tego friendzonu będzie cięższe, niż mogło mu się wcześniej wydawać.
Ginger zakręciła butelką, aż ta nie wycelowała w Hermionę. Czerwonooka parsknęła pod nosem.
- No dobra... Serio masz czerwone oczy, czy to tylko soczewki?
- Prawdziwe. - odparła, unosząc dumnie głowę. Widząc jednak, iż mało kto w to wierzy, westchnęła ciężko, nieco spuszczając głowę. - Dobra, soczewki. Tak na poważnie, to mam zielone.
- Czuję się bogatszy z tą wiedzą. - powiedział Tayler.
Zanim zdążyli zakręcić butelką ponownie, drzwi otworzyły się, a w progu stanęła rozzłoszczona Emilly. Na jej widok, z twarzy chłopaka szybko zszedł uśmiech.
- Czego ty znowu chcesz? - zapytał.
Dziewczynka założone miała ręce na biodra, a patrzyła na brata z wyraźnym niezadowoleniem. Sprawiło to, że pozostałe śmiały się z całej tej sytuacji pod nosem.
- Mama mówiła, że masz mi zrobić kakao. - odparła całkowicie poważnie.
- Nie możesz sobie sama zrobić?
- Kiedy nie umiem!
Szatyn zagryzł wargę, powstrzymując się od wyrzucenia z siebie potoku przekleństw. Widząc to, Jolie postanowiła przejąć inicjatywę. Nie dlatego, by ulżyć Taylerowi, a ponieważ Emilly wydała jej się urocza i godna uwagi.
- Ja mogę ci zrobić. - zaproponowała.
Stevensonówna popatrzyła na nią z wyraźnym zdziwieniem, jednak po chwili uśmiechnęła się promiennie.
- Okej, ale powiem mamie, że Tayler jest nieodpowiedzialny i, że powinna go wywalić z domu.
Martinówna bez słowa, z uśmiechem na twarzy podniosła się, idąc z dziewczynką do kuchni. Gdy znalazły się już na miejscu, Emilly złapała ją za rękę, patrząc na nią z zadziornym uśmiechem.
- Chcesz ze mną poplotkować o Taylerku?
Jolie zamrugała kilka razy, niezbyt wierząc w to, co słyszy. Młodsza natomiast była śmiertelnie poważna, a jednocześnie wyraźne podekscytowana nową znajomością.
- Nie wiem czy mogę, przyjaźnimy się. - wyjaśniła Francuska, jednak i jej ciężko było się powstrzymywać. - Dobra, to ty będziesz mówić, a ja słuchać i udawać, że jestem przeciwko.
- Okej! - odparła, a na jej twarzy zawitał uśmiech. - To zacznę od tej wtopy sprzed dwóch tygodni...

- Współczuję siostrzyczki. - powiedziała z łobuzerskim uśmiechem Hermiona. - W takich chwilach doceniam leniwość moich rodziców, dzięki której jestem jedynaczką.
Chłopak oparł się o łóżko, wzdychając ciężko. Sophie siedząca naprzeciwko podparła podbródek ręką, wpatrując się w Ginger. Czując na sobie przenikliwe spojrzenie blondynki, zgarbiła się lekko, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Szybko jednak wyprostowała się, pamiętając o postawie i zdrowiu kręgosłupa.
- O co chodzi? - zapytała po chwili milczenia.
- Mam dylemat czy shipować Taylerka z tobą, czy z Nazz.
Ginger jedynie westchnęła, przewracając oczami, podczas gdy Jefferson z ciekawości popatrzyła na chłopaka. Nie wyglądał na specjalnie przejętego, jednak świadomość, iż jemu podoba się Sophie, podczas gdy ona planuje go zeswatać sprawiała, że niebieskowłosej robiło się go żal.
- Grobowo troszkę się zrobiło. - wtrąciła Hermiona. - Wiecie, że dzisiaj Polska i Ukraina grają mecz?
- No, tak chyba za pięć minut. - odpowiedział Tayler.
Słysząc to, Ulaniuk uniosła zaskoczona brwi, jednak siłą woli uśmiechnęła się.
- Oglądasz?
- Jeszcze pytasz? Zawsze.
- A ten twój telewizor działa?
- Nie, słucham w radiu. Jasne, że działa.
Dziewczyna przyklasnęła, po czym żwawo podniosła się na równe nogi.
- To wy sobie siedźcie dziewczynki, ja lecę oglądać. - mówiąc to, skierowała się w stronę salonu, jednak jeszcze przed wyjściem, zwróciła się do Taylera. - Moja współoglądająca mecze dziewczynko, idziesz?
- Idę, idę. - powiedział, podnosząc się leniwie z miejsca.
Nazz, Sophie i Ginger zostały same. Nie wiedząc co robić, niebieskowłosa sięgnęła po swój plecak, wyciągając z niego czekoladę.
- Ej, ciekawe jak będzie smakować czekolada zamoczona w coli?
Sophie szybko sięgnęła po swój ekwipunek, wyciągając z niego butelkę wyżej wspomnianego napoju.
- Sprawdźmy!
- Czekajcie! - wtrąciła Hirano, wyjmując sos czosnkowy. - To będzie prawdziwa bomba!

Tayler i Hermiona usiedli na kanapie. Chłopak szybko złapał za pilota, włączając kanał na którym emitowany był mecz. Trwały właśnie rozmowy komentatorów, a drużyny nie wyszły jeszcze na boisko.
Ulaniuk była prze szczęśliwa. Nie sądziła, że znajdzie w tej grupie kogoś o ukraińskich korzeniach, z którym mogłaby oglądać mecz. Było to niczym spełnienie marzeń.
- Jaki jest twój ulubiony gracz? - zapytała.
- Czy ja wiem? Błaszczykowski?
- Ale mówiłam o naszych.
- No mówię.
Wytrzeszczyła oczy, powoli odwracając wzrok od telewizora, patrząc na towarzysza. Ten siedział niewzruszony, wpatrując się tępawo w ekran.
- Czekaj, to skąd ty jesteś?
- Mój tata jest Amerykaninem, ale rodzina od strony mamy pochodzi z Lwowa.
- No to oboje jesteśmy w połowie Ukraińcami.
Chłopak westchnął ciężko, patrząc na nią z politowaniem.
- Ale ty zdajesz sobie sprawę, że przed wojną Lwów był polski, nie?
Jedno zdanie sprawiło, że pękło jej serce.
- Czyli, że nie będziesz kibicował Ukrainie?
- Pewnie, że nie. Polska wygra.
- No chyba cię powaliło!
Uniósł brwi, nie mogąc nadziwić się nagłej złości jaka ją nawiedziła. Nie mógł jednak odpuścić. Czuł, że od tej rozmowy zależeć będzie jego honor.
- Masz jakieś wątpliwości? - zapytał z pewnością siebie, splątując ręce na piersi.
- Pewnie, że mam! - parsknęła. - Ukraina zdobędzie złoto, jeszcze zapłaczesz.
- Masz jakieś niespełnione ambicje, czy po prostu ciśnie cię, że twój kraj jeszcze niczego nie wygrał?
To oznaczało wojnę. Dziewczyna zmarszczyła brwi, uśmiechając się zadziornie.
- Wygrał. - powiedziała, a gdy zobaczyła jego pytające spojrzenie, dokończyła - Powstanie Chmielnickiego.
Słysząc to, roześmiał się, co tylko spotęgowało jej gniew.
- Co cię tak śmieszy? - wycedziła przez zęby, a uśmiech momentalnie opuścił jej twarz.
- Nic, nic. Po prostu zawsze jak Ukraińcy mówią o Chmielnickim, to przypomina mi się taka piękna rzecz, jak Akcja Wisła.
Mecz się zaczął, jednak oni przestali zwracać na niego uwagę. Tu się toczyła wojna Polsko-Ukraińska!
- Ukraina jest drugim największym państwem w Europie. - stwierdziła dobitnie.
- A Polska jest centrum Europy. Przebijesz?
- Hitler.
- Wielki głód na Ukrainie.
"Kurcze!" - pomyślała ze złością.
Nie miała zamiaru się do tego posuwać. Daleko jej było do ukraińskiego nacjonalizmu, jednak brakowało jej powoli argumentów, a więc sięgnęła pamięci do wszelkich tego typu kłótni, o których czytała w internecie.
- Wiesz jak nazywają twoich w moich stronach? - zapytała, po czym odpowiedziała ze złośliwym uśmiechem. - Lachy.
Ktoś strzelił gola, jednak kogo to obchodziło?
Chłopak poczuł, jak wrze w nim krew. Ten argument nie mógł pozostać bez odpowiedzi.
- A wiesz skąd zjeżdżają się najlepsze, a zarazem najtańsze prostytutki?
- Nie wiem, zapytaj swojej matki.
Jolie i Emilly mijały salon, patrząc na kłócącą się dwójkę ze zdziwieniem.
- Dlatego nie lubię meczy. - stwierdziła dziewczynka. - Powodują jedynie niepotrzebne konflikty.
- Jesteś wyjątkowo mądra jak na swój wiek.
- Wiem, to jedna z moich licznych zalet. Muszę ci powiedzieć, że robisz dobre kakałko.
- Dziękuję, staram się. - odparła z uśmiechem Jolie, po czym obie wróciły do pokoi.
Tymczasem Tayler i Hermiona trwali w zażartej kłótni. A poza tym, ktoś znowu strzelił gola.
- Nie macie własnego języka. - stwierdził, patrząc na nią wzrokiem godnym bazyliszka.
- Tu wychodzi twoja nikła znajomość mojego kraju. Istnieje język Ukraiński!
- To dlaczego na wschodzie Ukrainy mówią po rosyjsku?
- Bo Ukraina jest... - tu chciała powiedzieć "podzielona", jednak w ostatniej chwili stwierdziła, że byłaby to słaba riposta - wyjątkowa! Mamy dwa języki urzędowe!
- Dlatego nie możecie się nawzajem dogadać. Wow, serio jest czego zazdrościć.
- Za to wiem czego byś mógł. Lwowa.

Jolie zamknęła za sobą drzwi, jednak to co zobaczyła, nieźle ją zaskoczyło. Nazz oblewała kostkę czekolady colą, po czym obsmarowała ją sosem czosnkowym, ku uciesze Sophii. Następnie podała ją nieco zmieszanej, jednak i podekscytowanej Ginger.
- Jedz, jedz, jedz, jedz! - dopingowały kuzynki, gdy Japonka brała do buzi przysmak.
Zapadła krótka cisza, podczas której czarnowłosa przełknęła pokarm. Nazz i Sophie wpatrywały się w nią pytająco.
- Ej, dobre to. - powiedziała w końcu Hirano. - Zróbcie jeszcze, chyba się najem!
- Fuj. - skomentowała krótko Jolie, siadając obok. - Nie jestem pewna czy organizm byłby w stanie coś takiego wytrzymać.
- Jadłam gorsze rzeczy. - odparła Ginger, biorąc od Nazz kolejną porcję. - Chcesz?
- Non, merci. - odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem, po czym Hirano połknęła swoje jedzenie. - Tak w ogóle, to zdajecie sobie sprawę, że Tayler i Hermiona się zabijają?
- Polska gra mecz? - zapytała Adventure, na co Jolie pokiwała głową. - A, to normalne. Taylerek zawsze przeżywa. Dobrze wiedzieć, że trafił swój na swego. Pogodzą się, luzik arbuzik.
Martin westchnęła cicho, opierając się o biurko.
- Ja to bym wolała nie ryzykować. Jeszcze serio sobie zrobią krzywdę.
- Jolie, jak tak bardzo chcesz, to ich pogódź, ale nie obiecuję, że wyjdziesz z tego żywa. - odpowiedziała Nazz. - Lepiej przestań przejmować się życiem i zjedz nasz przysmak. - mówiąc to, pokazała kolejną kostkę czekolady oblaną colą i sosem czosnkowym. - Nazwałam to proczadzikus czekoladus!
- Wow, sis! Nie wiedziałam, że znasz Łacinę! - powiedziała z zachwytem Sophie.
- Ja też, to jakoś samo przyszło. Jak widać nie jestem najgorsza z języków.

Django przez cały czas towarzyszył Romano i Rosie. Z uśmiechem na ustach obserwował, jak młodzi rozmawiają entuzjastycznie, często wtrącając przy tym włoskie słówka. Brown dawno nie widział przyjaciela tak rozweselonego, dlatego ten widok sprawiał mu jako taką przyjemność. Z jednej strony cieszyło go jego szczęście, a z drugiej trochę mu zazdrościł. W prawdzie tworzył związek z Złym Trio i Loren (one niekoniecznie musiały o tym wiedzieć), ale co mu szkodziło znaleźć sobie piątą dziewczynę?
Nie chcąc więcej im przeszkadzać, skręcił w innym kierunku, żegnając się krótko. Uznał, że jest to dobry moment na szukanie partnerki.

W tym samym czasie Milly i Katie siedziały na ławce pod sklepikiem spożywczym. Blondynka z uśmiechem zajmowała się grą w telefonie, podczas gdy jej koleżanka była nieco przygnębiona. Wpatrywała się w przestrzeń naprzeciw niej, podpierając podbródek dłońmi.
Katie ubrana była w białą koszulkę na ramiączka, która zdobiona była niewielką tęczą wyłaniającą się zza dwóch chmurek, oraz niebieską, jeansową spódniczkę do kolan. Milly natomiast nosiła pomarańczową koszulkę z jednym rękawem i niebieskie rybaczki.
Słońce praktycznie już zachodziło - O czym tak myślisz? - zapytała blondynka, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.
- Django ma dziewczynę?
- No, chyba nawet trzy. - odparła, śmiejąc się pod nosem. - Albo i więcej. Nie wiem, ale z tego co mi wiadomo, to one też nie wiedzą.
Milly pokiwała tylko głową, w dalszym ciągu wpatrując się w przestrzeń. Katie natomiast popatrzyła na nią porozumiewawczo, pauzując przy tym grę.
- Dziwny sobie obiekt westchnień znalazłaś. - stwierdziła. - Ale nie ma tego złego.
- Co masz na myśli?
- Że właśnie do nas idzie.
- Co?!
Mimo, iż Milly teoretycznie obserwowała otoczenie, w rzeczywistości była na tyle zamyślona, że nie zauważała nic. W tym i uśmiechniętego Browna, który podążał w ich stronę.
"Chyba zwymiotuję" - pomyślała Milly, jednak było za późno na ucieczkę. Ogarnęła szybko włosy, starając się uśmiechnąć promiennie, a zarazem uwodzicielsko. Na ten widok, Katie pokręciła nieznacznie głową.
- Cześć wam! - przywitał się z uśmiechem. - Milly, dobrze, że cię widzę, bo mam sprawę.
- Do mnie? - wyjąkała, patrząc na niego ze zdziwieniem. Gdy ten pokiwał głową, szczerze się rozpromieniła. - Jasne, wal prosto z mostu!
- Bo szukam dziewczyny. - zaczął, na co ona momentalnie poderwała się z miejsca, stając z nim twarzą w twarz. - I wtedy cię zobaczyłem.
Katie popatrzyła na dwójkę z zaciekawieniem. Milly natomiast czuła, że zaraz serce podskoczy jej do krtani.
- No i jak cię zobaczyłem, to od razu pomyślałem;"Hej! Milly jest idealna!" - w oczach dziewczyny pojawiły się iskierki szczęścia, podczas gdy ten kontynuował - i mam do ciebie ważne pytanie. Czy znasz jakąś fajną kandydatkę?
W dalszym ciągu się uśmiechała, jednak był to wynik całkowitego szoku, na skutek którego jej twarz zesztywniała. Katie natomiast parsknęła cicho, jednak nikt nie zwrócił na to większej uwagi. Brown wpatrywał się w Milly z tępawym uśmiechem, czekając aż ta odpowie.
- Ja.. - wyjąkała, nie wiedząc ja ubrać myśli w słowa - O, patrz! Buford i Loren!
Szatyn popatrzył w prawo. Ku jego zdziwieniu, zobaczył trzymającą się za ręce parę, z uśmiechem idącą w znanym sobie kierunku. Po chwili ponownie spojrzał na Milly, jednak już się nie uśmiechał.
- Jak mogła mnie zdradzić? - zapytał ze smutkiem, jednak po chwili znów się rozpromienił. - Trudno, miłość wszystko wybacza! To jak Milly, znasz jakąś fajną dziewczynę dla mnie? - dziewczyna tylko pokręciła przecząco głową, nie potrafiąc nic wydusić. - No nic, ale dzięki za chęci! Cześć wam! Życzcie mi szczęścia!
Po tych słowach odbiegł w innym kierunku, pozostawiając Milly samą ze swoimi myślami. No i z Katie.
- Na twoim miejscu kupiłabym lody i zajadła smutki. - stwierdziła blondynka, podnosząc się z ławki. - No nic, ja będę lecieć, późno się robi. Trzymaj się!

Buford był niesamowicie podekscytowany. Nie mógł się już doczekać, aż pokaże swojej dziewczynie niespodziankę, jaką jest portal do Rumunii. Miał też cichą nadzieję, że po tym prezencie to on będzie jej idolem, a nie jakiś nieżyjący pseudo wampir. Tymczasem Loren czuła, że serce bije jej coraz szybciej z radości. Nie mogła doczekać się tej wycieczki.
- Okej, zamknij oczy. - powiedział chłopak, gdy byli już przed furtką. Dziewczyna z uśmiechem na twarzy wykonała jego polecenie, czekając na znak. Buford otworzył furtkę, jednak to co zobaczył, sprawiło, że był w stanie powiedzieć jedynie, - co kurde?!
- Mogę już otworzyć oczy?
Na podwórku stały części, które prawdopodobnie miały być jego teleporterem. Van Stomm poczuł, jak całe szczęście momentalnie go opuszcza.
- Nie. - odburknął. - Otworzysz je jutro.
- To mam tu tak stać z zamkniętymi?
- Możesz je też sobie wydłubać.
- Wydłubać to ci mogę wątrobę, nawet teraz. - odparła, zdejmując dłonie z oczu.
- Jutro. W Rumunii to będzie miało lepszy klimat.

Django przeszedł zaledwie kilka kroków, gdy usłyszał głosy, które mogły należeć do jego przyszłych miłości. Z zaciekawieniem spojrzał na siedzące przy przystanku nastolatki.
Były tego samego wzrostu i wieku. Obie miały długie, miodowe włosy, jednak jedna z nich miała je spięte w kok, podczas gdy druga, w warkocz. Ta pierwsza trzymała na kolanach książkę, a ubrana była w żółtą koszulkę bez rękawów i czerwoną spódniczkę do kolan. Druga natomiast miała na sobie czerwoną koszulkę, również bez rękawów, oraz niebieską spódniczkę. Django szybko zauważył, że są to bliźniaczki.
- Oj, no weź, Tina! - zawołała dziewczyna z warkoczem, łapiąc siostrę za rękę. - Tylko raz! Proszę!
- Już to przerabiałyśmy Nina. - odparła spokojnie druga, wyrywając dłoń z uścisku. - Zaczęłyśmy naukę w liceum, więc czas przygotowywać się do matur.
- Ale to samo mówiłaś w gimnazjum co do egzaminów gimnazjalnych!
- Wiem, ale to jest jeszcze ważniejsze. Nie chcesz iść na studia?
- No chcę, ale chcę też poużywać życia. Proszę!
- Imprezy są dobre dla idiotów, którzy przeznaczeni są do zmywania garów, lub obsługi klientów w Biedronce.
- To brzmi jak opis mnie! - wtrącił się Django.
Bliźniaczki popatrzyły ze zdziwieniem na chłopaka, który stanął przed nimi. Tina, czyli ta w koku, uniosła brew, patrząc na niego z wyraźnym niezadowoleniem, podczas gdy Nina uśmiechnęła się delikatnie na jego widok.
- Mogę się przysiąść? - zapytał.
- To przystanek autobusowy. - stwierdziła z zażenowaniem Tina.
Django potraktował to jako "tak". Usiadł pomiędzy nimi, czym natychmiast zraził do siebie Tinę.
- Mówiłaś o jakieś imprezie? - zapytał Ninę. - Jak twoja siostra nie chce, to ja mogę z tobą iść!
Nica zamrugała kilka razy oczami, po czym roześmiała się. Zakłopotany Brown rzucił krótkie spojrzenie jej siostrze, która już nie uczestniczyła w rozmowie, tylko zajęła się czytaniem podręcznika.
- Jesteś uroczy! - odezwała się w końcu Nina, targając go po włosach. - Ale znajdź sobie kogoś w swoim wieku. Wiesz, my jesteśmy już w liceum.
- Czyli, że z randki nici?
- Może za kilka lat.
- Albo nigdy. - wtrąciła oschle Tina.

Ginny zdążyła już zjeść całą czekoladę i sos czosnkowy, jednak została jeszcze cola. Hirano była jednak zbyt najedzona, by chociażby się napić. Siedziała więc z lekko przymrużonymi oczyma, obserwując poczynania koleżanek. Sophie i Nazz zajęły się obgadywaniem Złego Trio, do czego szybko przyłączyła się Jolie, czując się w swoim żywiole. Ginger westchnęła ciężko, czując jak zjedzony przez nią posiłek domaga się wyjścia na zewnątrz.
- Csii! - przerwała nagle Nazz, czegoś nasłuchując. - Słyszycie? - w odpowiedzi, pozostałe pokręciły przecząco głowami. - No właśnie! Taylerek i Herma już się zabili!
- Mogłam się domyślić. - odparła z rezygnacją Jolie, jednak po chwili z salonu doszły ich śmiechy. - Co?
Nie myśląc długo, wszystkie zgodnie podniosły się na równe nogi, kierując się w kierunku oglądających mecz. Jedynie Ginger nie dotrzymywała im kroku, gdyż wyprzedziła je i pobiegła do łazienki.
Sophie, Nazz i Jolie natomiast stanęły jak wryte. Zamiast sceny mordu, zobaczyły wyraźnie dobrze bawiących się Taylera i Hermionę, którzy całkiem już zapomnieli o lecącym właśnie meczu. Zbyt zajęci byli rozmową.
- No i mówię ci, typowi Moskale! - powiedziała z entuzjazmem Ulaniuk. - Zaczęli się pruć, ruszczyć coś, a ja nic nie rozumiałam, bo mówię po ukraińsku. Mówię ci, taka sytuacja.
- Rosjanie to jeszcze nic, ty się z Niemcami nie kłóciłaś! Nawet na angielski nie łaska się przestawić, tylko "Danzig ist Deutchland" i inne głupoty.
- Ruscy i szwaby to podludzie. - stwierdziła poważnie. - Tylko Polska i Ukraina.
Po tych słowach, przybili zgodnie pjonę.
- Ale... - wyjąkała Martinówna. - Oni sobie skakali przed chwilą do gardeł!
- Jak uroczo. - powiedziała Sophie. - A teraz, bitwa na poduszki!

Część 2

Bitwa na poduszki poskutkowała rozbitym wazonem i potłuczonym talerzem, jednak było warto. Wiedzieli przynajmniej, że kto jak kto, ale żadne z nich w takiej wojnie się nie cacka.
Po zakończonej zabawie, wszyscy usiedli w swoich śpiworach. Wykończony Tayler obiecał sobie, że tylko na moment zamknie oczy. Niestety, zasnął. Widząc to, jego koleżanki nie mogły pozostać obojętne.
- Oglądałyście kiedyś filmy o piżama party? - zapytała Sophie, na co pozostałe pokiwały głowami - Pamiętałyście co spotykało te, które najszybciej zasypiały?
- Zabijał je psychopatyczny morderca. - odparła Hermiona
- Mówimy chyba o innych gatunkach. - wtrąciła Jolie
- To fakt. Ja mówię o tych dobrych gatunkach. - powiedziała, po czym zastanowiła się krótko - Czyli, że chcesz zabić Taylerka? Okay, skoro tak...
- W sumie to planowałam schować mu stanik do zamrażalki. - stwierdziła blondynka - Ale boję się, że to może nie wypalić.
- Czemu? - zapytała Nazz
- Nie wiem. Takie przeczucie.
Ginger obserwowała tę wymianę zdań z boku, samej nie wiedząc co powinna w tej chwili powiedzieć. Wątpiła, by stanik był częścią garderoby Taylera, jednak kto wie?
- Dobra, ale coś mu musimy wrzucić do zamrażalki. - Sophie w dalszym ciągu nie dawała za wygraną - Może.. Hej, a może go obrzezamy i to, co odetniemy wrzucimy do zamrażalki?
Zapadła krótka cisza, którą przerwał śmiech Hermiony.
- Ja nie wiem czy to dobry pomysł. - wtrąciła Martinówna - Mogłabyś go obudzić.
Blondynka westchnęła zawiedziona. Faktycznie, obudzenie go mogłoby zepsuć zabawę. Tymczasem Nazz nie marnowała czasu. Podeszła do jego biurka, przeglądając szuflady. Już po chwili wyjęła z jednej z nich garść pisaków.
Mając je w dłoni, popatrzyła na swoje towarzyszki z pokrzepiającym uśmiechem.
- Czas obudzić w sobie artystyczną duszę! - zawołała ochoczo
- Ten to musi mieć twardy sen. - stwierdziła Ginger, gdy Stevenson jedynie mruknął coś pod nosem
Tak więc cała piątka ruszyła zgodnie do działania.

Scott szedł do domu z dłońmi w kieszeniach. Było już ciemno i dosyć chłodno, jednak jemu uciekł autobus, a nie chciało mu się czekać na kolejny. Załączył więc słuchawki do uszu, słuchając swojej ulubionej muzyki. "Swientaja wajna" nie zdążyła się jeszcze rozkręcić, aż piosenkę przerwał dzwonek połączenia. Blondyn sięgnął po telefon, patrząc na wyświetlacz. To Nicolette.
- Halo? Cześć słońce! - powiedział z uśmiechem, po czym słuchał co mówi jego dziewczyna po drugiej stronie - Mam się odwrócić? Okey, ale po co?
Milton szybko wykonał polecenie. Jak się okazało, stała za nim jego dziewczyna, ubrana w fioletową kurtkę i swoją tradycyjną sukienkę. Na jej widok, zielonooki uśmiechnął się promiennie.
- Od kiedy to włóczysz po nocach? - zapytała udając wyrzut, jednak uśmiechała się podobnie jak on - Jeszcze chwila i oskarżę cię o zdradę.
- Jakoś się wybronię. - oznajmił, po czym musnął ją w usta
Dziewczyna przymknęła powieki, po czym jeszcze przez kilka sekund stała z promiennym uśmiechem. Może i wiedziała, że jej związek ze Scott'em nie jest na poważnie i, że nie planują wspólnej przyszłości, jednak czasem miała ochotę spakować go do walizki i wywieść do Australii.
- Okay, tym razem ci wierzę. Tym razem.
- Spoko, następnym razem też się wytłumaczę.
- Mam nadzieję. A właśnie, dobrze, że cię widzę! Bo wiesz, mam... - tu zatrzymała się, jednak uśmiech w dalszym ciągu nie schodził z jej twarzy.
Nie była do końca pewna, czy powinna i czy chce to mówić. Dlatego więc serce biło jej nieco szybciej, a jej dłonie oplotły w uścisku jego rąk. Wzięła głęboki wdech, uświadamiając sobie, że właśnie po to wyszła.
- Scott!
Oboje spojrzeli w kierunku z którego dochodził głos. Szła w ich stronę Vanessa.
- Mówiłam ci, że to zrobię. - powiedziała z przekornym uśmiechem, po czym z dumą odsłoniła rękaw.
Na jej nadgarstku widniał tatuaż. Cyrylicą napisane "Nessa". Widząc to, chłopak otworzył szeroko usta.
- Wow, nie sądziłem, że to pamiętasz.
- Nie zapominam żadnych kłótni, Scott. Nawet tych z podstawówki.
Blondyn instynktownie ujął jej dłoń, by lepiej się przyjrzeć tatuażowi. Nicolette chrząknęła głośno, chcąc przypomnieć o swojej obecności.
- O, cześć Nicolette. - odezwała się Dundersztyc - Przepraszam, nie zauważyłam cię.
- Bywa.
- Jest piękny. - szepnął Milton, będąc wyraźnie oczarowany.
- Warty śmierci na Tyfus. - odparła szatynka - Nie jest idealny. Miał być bardziej na środku, a jest od boku. Ale nie narzekam. Rodzice będą wściekli. - mówiąc to, na jej twarzy zawitał uśmiech mówiący "i o to chodziło"
Nicolette nie miała ochoty dłużej uczestniczyć w tej rozmowie. Wyminęła ich, idąc w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Scott.
- Tak? - zapytał jakby wyrwany ze snu.
Oderwał w końcu wzrok od tatuażu, patrząc na Vanessę ze zdziwieniem.
- Dziewczyna ci ucieka.
Blondyn zamrugał kilka razy. Dopiero teraz zauważył, że jego dziewczyny faktycznie tu nie było. Orientując się co właśnie się stało, szybko rzucił się w pogoń za blondynką.
- Niki, czekaj! - zawołał, jednak ten ostatni raz zwrócił się do Van - Ten tatuaż to piękno nad piękno. - po tych słowach, znów ruszył w pogoń. - Niki!
Vanessa pokręciła nieznacznie głową, patrząc na parę z politowaniem, po czym udała się do domu.
Nicolette wydawała się go ignorować. Szła z dumnie uniesioną głową i rękoma splątanymi na piersi. Ostatecznie jednak musiała zwrócić na niego uwagę, gdy usłyszała odgłos upadku i cichy jęk.
Jak się okazało, Scott podczas biegu przewrócił się na twarz. Widząc to, dziewczyna roześmiała się.
- Śmiej się, śmiej. - jęknął, podnosząc się - A ja tu cierpię!
Blondynka podeszła bliżej, łapiąc go za ramię.
- Kiedy mówiłeś, że będziesz mnie przekonywał o swojej wierności, nie sądziłam, że padniesz na twarz.
- Ja też.
Chłopak otrzepał się z brudu, podczas gdy ona nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Wpatrywała się w niego swoimi błyszczącymi niebieskimi oczyma, podczas gdy ten czuł, że nie powinien nigdy więcej biegać.
- Mój bohaterze, tak się dla mnie poświęcasz. - westchnęła
- Właśnie, a ty sobie uciekasz.
- Okay, wybaczam ci. Znowu. - po tych słowach, złapała go za policzki, po czym pocałowała go w usta
Chłopak wydawał się być lekko oszołomiony, jednak nie protestował.
- Au. - syknął po chwili, gdy ta przejechała dłonią z tyłu jego głowy.
Rickson szybko odskoczyła od niego, patrząc na swojego chłopaka ze współczuciem.
- Sorki. - powiedziała, z miną charakterystyczną dla poczucia winy, przeplataną uśmiechem - Chodź mój biedaku. Zrobię ci okład.
- A na co mi okład jak co najwyżej będę mieć siniaka?
Nicolette nic nie odpowiedziała, tylko złapała go za rękę, prowadząc do domu.
Droga nie była długa. Będąc na miejscu, gospodyni zdjęła kurtkę, wieszając ją na wieszaku przy drzwiach. Scott w tym czasie zazgrzytał zębami, oplatując się rękoma. Usiadł po krótkiej chwili na niebieskiej wersalce.
Salon domu Nicolette był, w ocenie Scott'a, całkiem ładny. Ściana za nim obłożona była tapetą o ceglanym wzorze, jednak pozostałe ściany pomalowane były na biało. Przed nim stał niewielki, jasno-brązowy stolik. Po jego drugiej stronie stał fioletowy fotel. Sporo też było tam roślin. W większości sztucznych, ale wciąż.
Nicolette usiadła obok niego, układając głowę na jego ramię.
- W ogóle to cię nie pytałem, - zaczął - jak ci się podoba w Stanach?
- Całkiem nieźle. Tęsknię trochę za rodziną, ale nie mam na co narzekać. U wujka i cioci mieszka mi się całkiem fajnie, a rodzice dzwonią codziennie.
Dziewczyna wtuliła się w niego, na moment zapominając o wszystkim, co ją wcześniej dręczyło. On natomiast objął ją ramieniem, wsłuchując się w wszechobecną ciszę.
- Właśnie. Dlaczego tu jest tak cicho?
Nicolette uśmiechnęła się lekko.
- Właśnie to chciałam ci powiedzieć. - powiedziała, podnosząc się tak, by stykać się z nim nosem - Nikogo nie ma w domu. Chcesz dotrzymać mi towarzystwa?
Blondyn popatrzył na nią z niedowierzaniem. Potrzebował chwili, by zrozumieć sens jej słów, jednak gdy ten już do niego dotarł, kąciki jego ust poszerzyły się. Ułożył dłonie na jej policzkach, powoli zbliżając usta do jej warg.
- Będę najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. - oznajmił, po czym musnął ją w usta - Moja caryco.
Blondynka poczuła, że serce bije jej coraz szybciej. Może i nie był to związek na poważnie, może i nie planowali ślubu i wspólnej przyszłości, ale jedno wiedziała. Kochała go i z nikim innym nie wyobrażała sobie swojego pierwszego razu.

Fineasz otworzył zaspane oczy. Sen w ubraniach, w tym i w butach okazał się być kiepskim pomysłem, ale przynajmniej nadawał się do życia. Przeciągnął się, ziewając przy tym głośno.
- O, tu jesteś Pepe. - powiedział, zauważając swojego dziobaka śpiącego na łóżku
Flynn rozejrzał się po pomieszczeniu. Musiał przyznać, że Ferb nieźle się postarał przy sprzątaniu pokoju. Wszystko było w stanie idealnym, a wcześniej zakurzone półki niemalże lśniły czystością.
Z rozmyślań wyrwał go dopiero odgłos klaksonu. Chłopak pośpiesznie podszedł do okna. Za szybą dostrzegł parkujący przed domem samochód z którego wysiada grupka ludzi. Uśmiechnął się szerzej, zbiegając na dół.
Na miejscu byli już wszyscy domownicy. Gdy tylko postawił stopę na podłodze, Linda niemal natychmiast podeszła do niego, wygładzając jego pogięte ubrania.
- Nie denerwuj się tak mamo. - powiedział z uśmiechem
- Właśnie, to tylko rodzina, a nie prezydent. - dodała naburmuszona Fretka, którą pani Flynn-Fletcher uczesała w dwa warkoczyki. - Żenada.
- Fretko, gdyby to była moja rodzina, to wyglądałoby to zupełnie inaczej - odparła kobieta - Ale to rodzina od strony waszego ojca, więc musimy się pokazać.
Lawrence wymienił z Ferbem porozumiewawcze spojrzenia. Oboje w ogóle nie czuli się w chwili obecnej swobodnie, jednak nie mogli nic na to poradzić.
W końcu rozległo się pukanie do drzwi. Nikt nie zdążył jednak do nich podejść, gdy same się otworzyły.
Do środka weszła średniego wzrostu platynowa blondynka. Na jasnej twarzy miała mocny, a jednocześnie dodający uroku makijaż.
- Cześć kochani! - zawołała z entuzjazmem, przytulając każdego po kolei. - Jak ja was dawno nie widziałam!
Tuż za nią weszli dwaj mężczyźni. Jeden dorosły, obładowany walizkami na tyle, że nie było mu widać twarzy. Za nim wszedł jego syn. Był w wieku Fretki, nawet ich wzrost był niemalże identyczny. Chłopak miał krótkie, jasno-rude włosy, brązowe oczy i jasną karnację. Ubrany był w granatową koszulę, na której nosił czarną kamizelkę zapinaną na cztery guziki i szare spodnie z materiału.
- Cześć Fretka. - powiedział, podchodząc do kuzynki z uśmiechem - Ładnie wyglądasz. Nowa fryzura?
- Nic już nie mów.
Mężczyzna odłożył walizki, po czym podał Lawrencowi rękę. Był to wysoki, dobrze zbudowany, rudowłosy mężczyzna o niebieskich oczach. Ubrany był w tradycyjny garnitur.
- Hej, a gdzie Gabi i Narci? - zapytał Fineasz, rozglądając się dookoła Odpowiedź przyszła sama.
- Witaj Fineaszu.
Chłopak odwrócił się za siebie. Zobaczył dwie, identyczne dziewczyny. Obie rude, szarookie i niskie. Ubrane były w zieloną koszulkę, którą zdobiło słońce, oraz niebieskie rybaczki. Jedna z nich była uśmiechnięta, podczas gdy twarz drugiej nie wyrażała żadnych emocji. Obie miały lekko przymrużone oczy, przez co chłopaki szybko skojarzyły się z ćpunkami.
I całe szczęście, bo takie właśnie je zapamiętał.
- Hej wam! - uśmiechnął się promiennie - Dawno was nie widziałem.
Narcyza (ta uśmiechnięta) ułożyła po dwa palce obu dłoni na jego skroniach, zataczając niewielkie kółka.
- Twoja aura się zmieniła. - oznajmiła poważnie, z nutą zmartwienia w głosie - Wcześniej była żywa i kolorowa, a teraz jest statyczna i szara. Czyżby przyjaciele cię opuścili?
- Jestem trochę zaspały. - wyjaśnił pośpiesznie
- Co za różnica? - wtrąciła Gabriella - I tak w trumnie będziemy leżeć samotnie.
- Przepraszamy, że przyjechaliśmy tak późno, - powiedziała pani Flynn - ale wpadliśmy po drodze do Crimson.
Linda zmrużyła oczy, starając się nie pokazać jak bardzo byłej kochanki swojego, również byłego męża nienawidzi.
- No i mieliśmy ciekawą przygodę. Uwierzycie, że po drodze Richard stał się kobietą?
- Uwierz ciociu, nie ciężko nam w to uwierzyć. - odpowiedział Ferb

Taylerek wyglądał pięknie w nowym makijażu. Okulary, wąsik stylizowany na Hitlera, piegi, wystające zęby, a nawet broda! To wszystko posiadł dzięki wspaniałości Sophii i Nazz, które sprawnie posługiwały się pisakami. Gdy zasypiały ich kolejne towarzyszki, również otrzymywały podobny makijaż. W końcu, gdy Ginger zasnęła, wśród żywych pozostały już tylko kuzynki.
- Muszę przyznać sis, jesteśmy wielkie! - stwierdziła entuzjastycznie Sophie - I mamy takie artystyczne talenty!
- Nie dość, że odkryłam w sobie talent do Łaciny, to jeszcze to! - odparła Nazz - Ja ci mówię sis, my wiele osiągniemy w życiu.
- W to nie wątpię sis. - mówiąc to, Adventure sięgnęła po leżące najbliżej pisaki - Ale wiesz, trochę kolorków jeszcze zostało.
Blondynka zagryzła wargi, patrząc na niebieskowłosą porozumiewawczo. Zielonooka przyjrzała się owym kolorom, po czym uśmiechnęła się szeroko.
- Sis, kiedyś wystawią nam pomniki. - stwierdziła Jefferson, malując bliżej nieokreślony kształt na policzku kuzynki - Do twarzy ci w zielonym.
- Dzięki sis. - mówiąc to, Sophie zaczęła swój rysunek na twarzy Nazz - To było świetne przyjęcie. Musimy to koniecznie jeszcze powtórzyć!
- Też u Taylerka?
- A wyobrażasz sobie gdzieś indziej?

Część 3

UWAGA!
Poniższy tekst może zawierać wątki i/lub słownictwo niestosowne do twojego wieku.
Czytasz na własną odpowiedzialność.

Sophie otworzyła oczy. Światło słoneczne przebijało się przez szyby, oświetlając pomalowane twarze pozostałych.
Blondynka przeciągnęła się, ziewając. Rozejrzała się dookoła. Wszyscy spali w najlepsze, ani myśląc o pobudce. Dziewczyna złapała za leżący obok telefon, sprawdzając godzinę. Siódma rano.
Na początku chciała wykrzyknąć głośne "dzień dobry", jednak w ostatniej chwili z tego zrezygnowała. Zamiast tego, podniosła się, idąc do kuchni. Na miejscu była już Emilly. Siedziała przy stole, zjadając nieudolnie zrobioną kanapkę. Widząc ją, Adventure uśmiechnęła się mimowolnie.
- Smacznego. - odezwała się brązowooka
Emilly oderwała wzrok od kanapki, patrząc na Sophie bez wyrazu.
- Nie wyszła mi. - powiedziała ze smutkiem
Faktycznie, nie wyszła. Nie ma jednak rzeczy, której nie naprawiłaby Sophie!
- Nie łam się Em, zrobię ci najlepsze śniadanie na świecie! - odparła entuzjastycznie blondynka, ruszając w stronę lodówki. - Masz jakiś chleb?
- W kredensie.
Sophie otworzyła drzwiczki, wyciągając chleb. Następnie sięgnęła do lodówki, wyjmując ser, szynkę i ketchup.
- Jadłaś kiedyś grzanki? - zapytała, na co ośmiolatka pokiwała twierdząco głową. - A proczadzikowe grzanki? - tym razem zaprzeczyła - Najwyższy czas by to zmienić! - okrzyknęła entuzjastycznie - Najważniejszym składnikiem proczadzikowych grzanek wbrew pozorom nie jest ani ser, ani szynka, ani nawet chleb! - mówiąc to, wymachiwała nożem kuchennym. - Jest nim piosenka!
Zanim Stevensonówna zdążyła się zorientować, w pomieszczeniu rozbrzmiała radosna melodia, której nie mogła doszukać się źródła. Blondynka natomiast złapała za kromki, przystępując do działania.
- Grzanki dobre są, gdy jedzenie się ma! - zaczęła piosenkę - A jak go nie ma, to będzie nie hurra!
Trzeba mieć chleb i nałożyć na niego ser!
Jednocześnie nie można nożem pociąć się!
A potem szynkę jeśli chceeeeesz!
Jeżeli masz, to posmaruj ketchupem!
A jak nie masz, to połóż się na podłogę!
Następnie do mikrofalówki włóż!
Odłóż do szuflady nóż!
I czekaj na magiczny grzanek cud!
Emilly wpatrywała się ze zdziwieniem w tańczącą Sophie, podczas gdy grzanki przygotowywały się w mikrofalówce. Dopiero gdy zabrzmiał dzwonek zwiastujący zakończenie grzania chleba, Adventurówna zajęła się wcześniejszym zajęciem.
- Wyjmij pyszne am am gdy trzeba!
Ale nie poparz się, bo ała!
Następnie wyłóż wszystko na talerz!
Nie przejmuj się, gdy ktoś shejtuje cię,
jedynie cicho rozpłacz się!
A gdy tamten sobie pójdzie zacznij grzanki jeść!
Jeeeeeeeeeeeeeeeeeść!
Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeść!
Blondynka postawiła przed Emilly talerz z grzankami. Dziewczynka popatrzyła na jedzenie, po czym przeniosła wzrok na kucharkę, która uśmiechała się promiennie. Po chwili odwzajemniła gest.
- Dzięki. - powiedziała z uśmiechem, zabierając się za jedzenie
- Bitte schön. - odparła - Chyba powinnam obudzić resztę, jeszcze prześpią cały dzień. - mówiąc to, wzięła w dłonie leżące obok jabłko, siadając po drugiej stronie stolika - Ale zrobię to później. A tak w ogóle, to gdzie twoi rodzice? - zapytała, biorąc gryza owocu.
- Pojechali kupić podłogę, bo mama chce remontu. - odpowiedziała z pełnymi ustami - Jejku, robisz na prawdę dobre grzanki!
- Dzięki, w końcu jestem proczadzikową kucharką. - odparła nieskromnie, podnosząc się z miejsca - Dobra, czas ich obudzić. Smacznego.
Po tych słowach podniosła się z miejsca, kierując się ku pokojowi Taylera. Jak się okazało, Jolie również nie spała. Siedziała w swoim śpiworze, używając swojej komórki. Gdy tylko zauważyła przyjaciółkę, uśmiechnęła się lekko. Adventurówna uśmiechnęła się szeroko widząc, że Jolie nie zauważyła jeszcze swojego nowego "makijażu".
- Cześć Sophie. - przywitała ją - Długo nie śpisz?
- Nie wiem. - odparła z uśmiechem siadając obok niej, zaglądając jej przez ramię - Z kim tak piszesz?
Martin instynktownie przycisnęła telefon do piersi, chcąc ukryć to, co wyświetliło się właśnie na ekranie.
- Z nikim. - odparła pośpiesznie, chociaż wciąż uśmiechała się nieśmiało, a jej policzki pokryły rumieńce - Sprawdzam pogodę.
- O, to świetnie! Jaka na dzisiaj?
- Słonecznie.
- Proczadzikowo! Będzie co robić.
Widząc, że Sophie uwierzyła, Jolie wróciła do poprzedniego zajęcia, a gdy ponownie spojrzała na ekran, uśmiechnęła się szerzej. Adventure natomiast skoczyła na równe nogi, patrząc na śpiącą resztę z rękoma założonymi na biodrach.
- Pobudka kochani! - krzyknęła - Dzień jest krótki i nam ucieka!
W odpowiedzi, jedynie przekręcili się na drugi bok. Sophie poczuła się osobiście dotknięta, a więc nie mogła tego tak zostawić. Nachyliła się nad Taylerem, który przykryty był tylko połowicznie. Następnie bez najmniejszego ostrzeżenia zaczęła go łaskotać po szyi, co poskutkowało głośnym wybuchem śmiechu chłopaka, który ostatecznie zbudził pozostałych.
- Nienawidzę cię. - powiedział w końcu, próbując przestać się śmiać.
- Dzień dobry Taylerku. - odpowiedziała, po czym zwróciła się do reszty - Jak się spało?
- Krótko. - westchnęła Ginger, przecierając zaspane oczy - Która godzina?
- Dochodzi ósma.
Tayler był zdecydowanie umalowany najmocniej. W nowym wąsiku przypominał nieco Hitlera z dłuższymi włosami. Ginger natomiast potrzebowała jeszcze chwili, by dostatecznie się przebudzić i zauważyć malunki na twarzach pozostałych. W przypadku Stevensona, bardziej niż wąsik, rzuciła jej się w oczy tęcza na policzku. Sophie natomiast ozdobiona była nierównomiernymi i ciężkimi do zdefiniowania kształtami. Z kolei na czole Hermiony zauważyła napis "płeć niezidentyfikowana".
Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając zaspane oczy. Napotykając wzrok Ginger, uśmiechnął się do niej, jednak mina szybko mu zrzedła, widząc malunki na jej twarzy. Hiranówna ozdobiona była w barwy tęczy, jednak pokryta była nimi cała twarz. Taylerowi nie było do śmiechu, gdyż szybko zrozumiał, że i on mógł zostać tak umalowany.
Popatrzył z wyrzutem na Sophie, która roześmiała się głośno.
- Przypominasz mi kogoś. - powiedziała przez śmiech - Jakiś koleś z Austrii, ale za choinkę nie mogę sobie przypomnieć jego imienia.
- Adolf? - zapytał ironicznie, unosząc brew ku górze
- Nie.... Jakoś inaczej.
Nazz jako jedyna leżała jeszcze w śpiworze, nie chcąc się obudzić. Zacisnęła powieki, starając się znów zasnąć. Niestety, nie było jej to dane. Podobnie jak u Sophii, jej twarz pokrywały trudne do zidentyfikowania wzory.
Hermiona ziewnęła głośno, rozciągając przy tym ręce.
- Dobryj ranok. - powiedziała, wciąż ziewając - Coś ciekawego wam się śniło?
- Ja miałem fajny sen. - odparł Stevenson, siadając na śpiworze, podczas gdy Nazz usilnie starała się zasnąć - Śniło mi się, że świat się kończył, niebo się waliło, wulkany wybuchały, a Sophie podeszła do mnie z tekstem "to kiedy kolejna imprezka?".
Ginger i Jolie popatrzyły na wyżej wspomnianą znacząco, podczas gdy ta uśmiechnęła się szeroko. Uznała, że fakt, iż Taylerek o niej śni świadczy o tym, że ją uwielbia i myśli przed zaśnięciem. W sumie, była to prawda.
- No i potem umarliśmy i byliśmy w czymś co przypominało Piekło. I wicie co? - tu na moment zamilkł, podczas gdy wszyscy, za wyjątkiem Nazz, wpatrywali się w niego z zaciekawieniem - Zrobiliśmy imprezkę, a Herma zaczęła tłuc mnie poduszką z okrzykiem "Slava Ukrainii".
Słysząc to, Ulaniuk uśmiechnęła się z dumą. Sophie natomiast wskoczyła na stojące przy ścianie łóżko, po czym rzuciła poduszką w Nazz.
- Wstawaj sis! Omijają cię najlepsze sny!
Jefferson zrozumiała, że raczej nie uda jej się wyspać. Podniosła się więc do pozycji siedzącej, trąc leniwie oczy. Jej niebieskie włosy były w jeszcze większym nieładzie, niż zazwyczaj.
- Też miałam fajny sen. - zaczęła - Spałam i się wyspałam. To było piękne.
- Wzruszające. - odparł ironicznie chłopak - Dobra, zbierajcie się. - powiedział, wstając - Moi rodzice zaraz wrócą, a ja chciałbym uniknąć pytań typu "dlaczego sprowadzasz do domu stado dziewczyn?".
- Mogłybyśmy już iść, ale imprezka musi trwać! - odparła entuzjastycznie blondynka - Biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy mamy pięknie umalowane twarze, musimy pogadać o naszych OTP!
- Ale co ma jedno do drugiego? - zapytała Ginger - I czy mogę iść to zmazać?
- Dużo i nie. A teraz powiedz kogo shipujesz najbardziej!
Japonka westchnęła, patrząc na każdego z osobna. Nie była pewna, czy powinna mówić to na głos, jednak w sumie, czemu nie? Najwyżej ją wyśmieją, a wtedy przynajmniej będzie miała pretekst, by wyjść.
- Zaczęłam shipować Taylerka i Hermę po ich wczorajszej kłótni i natychmiastowym pogodzeniu. - powiedziała - Wpadłam na to, gdy miałam rozwolnienie.
Hermiona i Tayler popatrzeli na siebie z niesmakiem, po czym on pokazał kciuk w dół, a ona wykrzywiła twarz w geście, który miał wskazywać na chęć wymiotów.
- Teraz to shipam was jeszcze bardziej.
Nazz natomiast energicznie podniosła się z miejsca, patrząc na Ginger w niezadowoleniem.
- Co za herezja! Przecież Taylerek powinien być z Jolie!
Francuzka zaczerwieniła się, usilnie unikając wzroku chłopaka. Tymczasem, to Sophie poczuła się urażona.
- Sis, czy ty nie widziałaś jak Jolie tańczyła z Ferbem?! - wtrąciła - Przecież widać, że się kochają!
- Mówiąc szczerze, to Ferb jest moim frenemezis. - dodała Martin - I nie czuję do niego nic więcej.
- Widzisz sis?! To miłość!
Hermiona zaczęła się śmiać, jednak nikt nie zwrócił na to większej uwagi. Liczyła się tylko wojna na shipy.
- Pamiętasz grę w butelkę? - Adventure nie dawała za wygraną - Jolie, chyba nie myślałaś, że nie zwróciłam uwagi na twoje pytanie co do sis i Ferba.
Francuzka zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Zaczęła się jąkać i chorobliwie szukać miejsca, w którym mogłaby ukryć wzrok. Ostatecznie popatrzyła błagalnie na Nazz, by ta pomogła jej z tego wyjść. Jefferson jednak nie zrozumiała aluzji i czekała na odpowiedź. Sama była jej w końcu ciekawa.
- Ja... - zaczęła szatynka - Bo ja... ja shipuję Ferba i Nazz.
Zapadła krótka cisza, którą po chwili przerwała Niebieska.
- Mnie i Ferbciaka?! A myślałam, że się przyjaźnimy!
"Mogłam wymyślić coś lepszego" ~ pomyślała Jolie.
- Dlatego odetchnęłaś z ulgą, gdy sis zapewniła, że nic do niego nie czuje?
Twarz Jolie zapłonęła tak bardzo, że Tayler zaczął poważnie zastanawiać się, czy nie pobiec po gaśnicę.
Nazz splątała ręce na piersi, całkowicie zapominając o wcześniejszym zmęczeniu. Była wściekła. Jakim cudem jej najlepsza przyjaciółka mogła pomyśleć coś tak okropnego! W tym czasie cała reszta, za wyjątkiem Jolie, zaczęła rozmyślać nad tym, czy ta rozmowa nie zaszła za daleko i czy nie doprowadzi do rozlewu krwi.
- Jak myślisz, pobiją się? - szepnął Tayler do ucha Hermionie
- Stawiam na Niebieską. - odparła
- Czemu nie na Jolie?
- Bo ją to nawet karaluch by zabił.
Ginger kątem zauważyła, jak szepcą do siebie wzajemnie. Jeżeli to nie była miłość, to ona nie wiedziała czym mogło to być! Zaczęła więc w głębi duszy piszczeć z radości, jak na prawdziwą fangirl przystało. Na wierzchu oczywiście w dalszym ciągu wyglądała na opanowaną.
- Kochane, ale nie bijcie się. - wtrąciła Sophie, na co Hermiona jęknęła z zawodem - Jolie wcale nie shipa sis z Ferbem, to nielogiczne! Bo Nazz powinna być z Taylerkiem!
- Już nie wiem co gorsze. - westchnęła Jefferson - Chociaż... Gdyby tak go trochę obciąć, to może Taylerek nadałby się na męża. Hej, a przyjął byś moje nazwisko?
- Nie.
- To spadaj.
Ginger odetchnęła z ulgą. Jej OTP dalej ma szanse na happy end.
- A ja uważam, że Taylerek powinien być z Sophie. - stwierdziła nieoczekiwanie Jolie
"Ja też" ~ pomyślał chłopak, uśmiechając się lekko.
Sophie natomiast skrzywiła się.
- Fuj. - skomentowała - To tak jakby całować się z własną siostrą. Chociaż związek z sis uznałabym za mniej dziwny.
Taylerowi szybko zrzedła mina. Jolie siłą woli uśmiechnęła się lekko, jednak i jej zrobiło się go trochę żal.
- Czekaj, czyli że Taylerek jest dla ciebie jak siostra? - zapytała Hermiona, na co Sophie pokiwała głową - O UKRAIŃSKI LWOWIE!
Dziewczyna ryknęła niepowstrzymanym śmiechem.
- Ale co w tym dziwnego? - zapytała blondynka - To, że jest lesbijką, nie oznacza, że od razu facetem.
Zapadła cisza. Stevenson cały pobladł, skupiając nieobecny wzrok w szafie.
- Ale sis, - zaczęła Nazz - Taylerek do chłopak.
- Nie, to dziewczyna! - odparła lekceważącym uśmiechem Sophie - Przecież widziałam!
Hermiona odsunęła się od niego, podczas gdy Ginger na prawdę zaczęła bać się o swoje OTP.
- Ale... Jak to widziałaś? - dopytała Hirano
- No normalnie! Przecież ma dziewczyńskie włosy!
Hermiona zaczęła powoli przyswajać tą informację, otwierając usta coraz szerzej. W końcu wybuchła śmiechem, a po chwili dołączyły do niej Nazz, Ginger i Jolie. W przypadku trzech ostatnich nie było to przeciwko niemu. Śmiały się bardziej z toku rozumowania Sophii, jednak Stevenson poczuł się urażony.
- Taylerku, a może byś udowodnił swoją płeć, co? - zaproponowała Ulaniuk, w dalszym ciągu się śmiejąc - Bo wiesz, Sophie nie może pozostać w nieświadomości. No chyba, że tam też masz "dziewczyńskie włosy", hę?
- Chyba pójdę się zabić. - powiedział cicho, na co niebieskowłosa poklepała go po ramieniu
- E, mogło być gorzej. Na przykład twoje rodzinne miasto mogło nie należeć do twojego kraju. A nie, chwila moment... Ha! Jesteś przegrywem, idź się zabij!
- Sophie, Taylerek jest facetem. - oznajmiła spokojnie Jolie - To, że ma długie włosy nic nie znaczy.
- Naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem Sophie.
- Oui. Trochę to pogmatwane, ale o płci decydują bardziej odpowiednie hormony.
- Zjeżdżasz na zbyt naukową drogę Jolka. - wtrąciła Ukrainka, opierając łokieć o ramię Taylerka - Weź po prostu jej powiedz wprost.
- Ale co wprost? Jak właściwie odróżnić chłopaka? - zapytała niczego nieświadoma Sophie.
- A jak odróżniasz Irvinga? - dodała Ginger.
Blondynka zamyśliła się chwilę.
- Ma krótkie włosy! - odparła błyskotliwie - To logiczne, chłopcy mają krótkie włosy, a dziewczyny długie!
- Jolie ma krótkie. - wtrąciła Nazz - A nigdy ją nie wzięłam za chłopaka.
- To Jolie nie jest gender?
Tym razem to Martinównie zrzedła mina.
- Będę chyba się zbierać. - stwierdziła.
- Siedź, ja jestem tolerancyjna! - uprzedziła ją Sophie - Nie musisz nakładać tony tapety żeby czuć się jak dziewczyna. Hej, a jak ją zmyjesz, to wyglądasz bardziej jak facet?
- Może zmieńmy temat zanim ktoś się rozpłacze - mówiąc to, Nazz spojrzała znacząco na Jolie, która tylko splątała ręce na piersi - Kiedy kolejna imprezka?
- Chętnie urządziłabym ją dziś, ale muszę umyć tej nocy plecki Irvisiowi. - stwierdziła Sophie - Jest taki słodki, gdy chowa się za ręcznikiem i krzyczy "Sophie, nie wchodź mi pod prysznic!" I tak uroczo się rumieni!
Tayler westchnął ciężko. Hermiona natomiast ułożyła głowę na jego ramieniu, przez co Ginger na prawdę uwierzyła w swój ulubiony ship. Sami zainteresowani nie widzieli w tym natomiast żadnego romantycznego podtekstu.
- Też mam chłopaka. - powiedziała rozmarzonym tonem Hermiona. - Ma na imię Brandon.
Hirano zamrugała kilka razy oczami, po czym złapała się za serce, które właśnie pękło. Poczuła wtedy ból, który odczuwa każda fangirl po rozpadzie jej OTP.
"Dlaczego zdradzasz Taylerka?" ~ zapytała ją w myślach.
- Masz faceta? - zapytała wyraźnie podekscytowana Jolie, na co ta pokiwała z dumą głową - Super! A jaki on jest? Ładny? Gdzie mieszka?
Ulaniuk poczuła się szczęśliwa tym, że może się pochwalić swoim dokonaniem. W przeciwieństwie do reszty, nie widziała nic dziwnego w opowiadaniu o pozaziemskich istotach.
- Ładny, ładny. Rządzi imperium galaktycznym i jest cesarzem.
Martinówna spojrzała pytająco na Taylerka, który tylko wzruszył wolnym ramieniem.
- Urocze. - stwierdziła Nazz - Ale ja się chyba serio będę zbierać. A ty sis?
- Ja chyba też.
- Ja też. - dodała Ginger - Pójdę kupić jakieś lody, albo się zabić.
- A ja chyba zostanę. - odparła Hermiona - Czuję, że będę tęsknić za Taylerkiem.
- Idź. - odpowiedział gospodarz - Nie zniosę dłużej twojej obecności.
Dziewczyna prychnęła, podnosząc się na równe nogi. Zanim jednak wyszła, nachyliła się nad nim, szepcąc do ucha:
- Lwów jest ukraiński.
Po czym wyszła. W piżamie.
Po chwili jednak wróciła, by się przebrać.
Gdy tylko wróciła z łazienki, ponownie szepnęła do niego:
- Chuju.
"Oni tak bardzo do siebie pasują" ~ pomyślała Ginger.

Dla Nicolette i Scott'a ta noc minęła doskonale. Chociaż zaczęli na kanapie, ostatecznie wylądowali w wannie, gdzie pierwszy raz tego ranka spojrzeli sobie w oczy. Byli nadzy i mokrzy, jednak wyjątkowo szczęśliwi. Dziewczyna wtulona była w niego, podczas gdy on siedział oparty o brzeg wanny.
Oboje wpatrywali się w siebie wzajemnie w milczeniu, nie wiedząc co powiedzieć. Scott był prze szczęśliwy. Od początku wiedział, że jego dziewczyna jest piękna, jednak dopiero teraz dostrzegł, że dla niego jest wręcz olśniewająca. Była idealna. Chodząca doskonałość i dar dla niego od Niebios. Nicolette natomiast nie wiedziała co myśleć. Z jednej strony nie żałowała. To było wspaniałe wydarzenie, które chciałaby w przyszłości powtórzyć. Z drugiej jednak strony, bała się co on o niej myśli. Co jeżeli się wygłupiła w którymś momencie?
Zanim zdążyła zapytać, z pokoju obok rozległ się odgłos otwieranych drzwi. Blondynka jak oparzona wyskoczyła z wanny, zakładając na siebie najbliżej leżący szlafrok. Chłopak popatrzył na nią na wariatkę, jednak nie powiedział nic, gdy zobaczył jak dziewczyna rozpaczliwie przykłada palec do swoich ust.
- Hej Nicolette! - obu ich doszedł głos Jeremiasza - Śpisz?
- Tak! - krzyknęła - Znaczy, nie! Myję się!
Złapała za Scott'a za rękę, wyciągając z wanny. Chłopak nie miał pojęcia co się dzieje, gdy ta wciskała mu jego ubrania w ręce.
- Ucieknij przez okno. - szepnęła, a jej twarz wciąż wyrażała przerażenie
Wzrokiem dała mu znak, by zaczął się ubierać. Blondyn po raz pierwszy przestraszył się własnej dziewczyny, więc szybko się za to zabrał.
Będąc ubrany, przystawił twarz bliżej niebieskookiej, by ją pocałować. Ona natomiast była na tyle zmieszana, że nawet nie zdała sobie z tego sprawy. Pchnęła go w stronę okna, machając pośpiesznie dłonią, by w końcu wyszedł. Chłopak tylko westchnął cicho, po czym wyskoczył na zewnątrz.
"Teraz to pewnie mnie rzuci" - pomyślała ze smutkiem.

Fineasz z uśmiechem zszedł na śniadanie. Był nieco niewyspany, gdyż połowę nocy przegadał z kuzynkami, które ostatecznie zasnęły w nogach jego łóżka. Gdy się obudził, już ich nie było, co oznaczało, że zeszły na dół.
I faktycznie, były tam. Cała rodzina siedziała przy stole, zajadając kanapki przygotowane przez Lindę. Młody Flynn uśmiechnął się siłą woli widząc, że po wczorajszych warkoczykach Fretki pozostała tylko fryzura, którą można określić mianem "śmietnik".
- Dzień dobry wszystkim. - powiedział z pogodnym uśmiechem, siadając przy stole - Smacznego.
- Nie taki dobry. - burknęła Fretka, której Charlie z zainteresowaniem godnym Fineasza wpatrywał się w fryzurę - Mam dziś masę roboty.
- Ale kochanie, dziś jest niedziela. - odparła Linda, popijając herbatę
- A czy to ma znaczenie?! Muszę iść na zakupy ze Stefą, obgadywać chłopców ze Stefą i na dodatek nauczyć się na jutrzejszy sprawdzian, prawdopodobnie ze Stefą.
- Hej, a mogę iść z wami? - zapytał Charlie - Zawsze chciałem poznać twoich znajomych, ale jakoś nie było okazji.
Flynn'ówna popatrzyła na niego niechętnie.
- Czy ja wiem...
- To świetny pomysł! - wtrąciła Anastasja - Najwyższy czas żebyś znalazł sobie jakiś przyjaciół poza Larrym.
Chłopak uśmiechnął się widząc, że ma poparcie mamy. Fretka tylko westchnęła ciężko, z przygaszoną miną unosząc kciuk w górę, dając mu tym znak, że się zgadza. W rzeczywistości nie była co do tego zbyt przekonana. Wątpiła, by jej kuzyn odnalazł się w towarzystwie Stefy. Mieli zbyt odmienne gusta, osobowości i zainteresowania. Wątpiła, by zamienili ze sobą chociażby jedno słowo.
Ferb przez cały czas używał telefonu, uśmiechając się przy tym promiennie. Fineasz zajrzał mu przez ramię, jednak ten w ostatniej chwili przycisnął komórkę do piersi, nie pozwalając bratu dostrzec zawartości.
- Z kim tak romansujesz? - zapytał czerwonowłosy tak, by tylko jego rozmówca go usłyszał - I od kiedy wstydzisz się swoich podboi miłosnych?
- Nie wstydzę. Z nikim nie romansuję, tylko... Oh, zajmij się kanapką.
Flynn tylko westchnął, zabierając się za jedzenie. Jak się jednak okazało, nie tylko on był ciekaw. Siedząca po drugiej stronie Ferba Narcyza, kątem oka spojrzała na ekran, po czym uśmiechnęła się triumfalnie.
- Wczesny rozkwit miłości jest piękny. - oznajmiła rozmarzonym głosem - Nie masz się czego wstydzić kuzynie, uczucie jakim darzysz swą lubą jest szczere i piękne. Twoja aura mówi to głośno i wyraźnie.
Zielonowłosy wytrzeszczył szeroko oczy, wyłączając komórkę. Nieco poczerwieniał, gdy zdał sobie sprawę, że wszyscy się na niego patrzą. Narcyza wyczuła, że Ferb jest na nią zły, jednak w żadnym stopniu jej to nie dotknęło.
- Wszyscy mamy swoje największe miłości. - wyjaśniła spokojnie - Ja mam Gabi, - tu wskazała na siostrę, która w odpowiedzi wydała jedynie pełne bólu istnienia "eh" - A ty masz ową niewiastę. Szkoda, że nie możecie odważyć się na nic więcej, niż suche "zapuść włosy, bo mylę cię z moim ojcem".
Słysząc to, większość roześmiała się. Spodziewali się faktycznego zauroczenia, a owy tekst nie spełniał ich wymogów, by zaliczyć go do romantycznego. Jedynie Fineasz i Gabriella pozostali poważni. Ona, ponieważ uznała, że zapuszczanie włosów jest bezcelowe, skoro i tak umrzemy, a on, bo zdawał sobie sprawę, że jego brat nie uśmiecha się ot tak do telefonu bez powodu.
- Zabawne jak trądzik Fretki. - odparł Fletcher, na co jego siostra szybko przestała się śmiać - Idę zjeść u siebie, bawcie się dobrze.
- Dziękujemy synku. - pożegnała go ironicznie Linda, gdy ten zabrał talerz, kierując się do swojego pokoju.
Fineasz niemalże od razu połknął swoje jedzenie, po czym pognał za bratem.
- Czyli Jolie ci się jednak podoba? - zapytał, gdy wchodzili po schodach
- Ja was serio nie rozumiem. Co jest takiego romantycznego w byciu dla siebie niemiłym?
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. - w odpowiedzi Ferb zatrzasnął za sobą drzwiami, które Fineasz szybko otworzył - Czyli nie zaprzeczasz!
- Ani nie potwierdzam.
- Wiedziałem!
Flynn uśmiechnął się szeroko, natomiast Ferb starał się go ignorować. Zielonowłosy usiadł na swoim łóżku, kładąc jedzenie na stojący obok nocny stolik.
- W sumie to szukałem pretekstu żeby stamtąd wyjść. - przyznał Anglik - W kuchni strasznie tłoczno, a ja nie lubię, gdy nie ma czym oddychać. No i Narcyza mnie przeraża. Bardziej niż Gabriella, uwierzysz?
Fineasz usiadł na krawędzi łóżka obok brata, uśmiechając się pogodnie.
- Fajnie jest tak z tobą pogadać. - stwierdził - Jak za starych, dobrych czasów, nie?
- Tak. Jak za czasów gdy nazywano mnie Fineaszem drugim. - uśmiechnął się ironicznie, popijając kanapkę herbatą - Jest co wspominać.
Uśmiech Fineasza lekko zrzedł. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Zielonowłosy jakby zapomniał o całym świecie, odrzucił kanapkę z powrotem na talerz, chwytając urządzenie. Czerwonowłosy nie zajrzał mu już przez ramię, nie chcąc go denerwować. Ferb natomiast uśmiechnął się delikatnie, patrząc na ekran z uwielbieniem.
- Fin. - zaczął, nie odrywając wzroku od telefonu - Co najbardziej denerwuje Francuzów?
Fineasz zamyślił się chwilę.
- Chyba to, że włoskie wina są lepsze.
- Nie są. - odparł - Ale dzięki, to będzie dobre.
Chłopak odpisał, a uśmiech nieco mu się zmniejszył. Patrzył nostalgicznie na telefon, podczas gdy jego brat nie wiedział co ze sobą zrobić.
- Ja wiem, że oboje mamy do siebie żal. - zaczął, nie odrywając wzroku od telefonu - Chociaż i ona i ja nie pamiętamy o co. Może to już jakaś tradycja, że się nie lubimy i tak właśnie powinno być, ale - tu zamilkł na moment, wzdychając cicho - chciałbym usłyszeć od niej coś miłego. Chociaż raz.
Flynn uśmiechnął się lekko, podczas gdy Ferb wyczekiwał wiadomości. Gdy w końcu przyszła, jego oczy zaświeciły mocniej, a kąciki ust delikatnie się uniosły. Nie wyglądał jednak na szczęśliwego, jego wyraz twarzy świadczył bardziej pogodzenie się z przykrym losem.
- Zaczęła kląć po francusku. - powiedział - Czyli serio Francuzi są wyczuleni na punkcie win. Przesadziłem z tym?
- Zależy co ona ci pisała.
- Sporo, ale morał był z tego taki, że o dziewczynach wiem tylko tyle, co powiedzą mi słabe pornosy.
Fineasz zamrugał kilka razy, patrząc na brata z niedowierzaniem. Po chwili wybuchł śmiechem. Nie mógł się z tym nie zgodzić. Ferb natomiast nie zwrócił na niego większej uwagi.
- Zawsze możesz jej zaripostować, że ciebie przynajmniej ktoś chce. - zaproponował Flynn
Ferb uśmiechnął się szerzej, jednak jego oczy wciąż wyrażały smutek.
- Kłamstwo w obie strony.
- Co masz na myśli?
- Że to mnie nikt nie chce, a ją ktoś tak.
Zapadła krótka cisza, którą Ferb przeznaczył na zbieranie naczyń ze stołu. Gdy był już przy drzwiach, Fineasza nagle oświeciło.
- Czyli Jolie ma adoratora?
- Na to wychodzi. - odpowiedział, trzymając rękę na klamce
- Kto by pomyślał? Nie żeby była brzydka, nic do niej nie mam, ale nie sądziłem, że może się podobać. Znamy tego chłopaka?
- Tak. Całkiem dobrze, ale jego charakter jest dziwny. Niektórzy uważają, że cierpi na kompleks niższości.
Flynn pomyślał chwilkę, jednak nikt nie przyszedł mu do głowy.
- Nie mam pojęcia. - wyznał w końcu.
- To nikt ważny. Poza tym, ona go nie lubi, więc nic mu z tego nie wyjdzie.
Po tych słowach, Fletcher opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.
Fineasz położył się na łóżku, starając się uporządkować myśli. Jolie ma adoratora? Nieźle, ciekawe kto nim jest? Będzie musiał o tym koniecznie powiedzieć Valmirze! Chociaż, może lepiej nie.
Z rozmyślań wyrwały go bliźniaczki, które bez pukania weszły do środka.
- Przeszkadzamy? - zapytała z uśmiechem Narcyza
Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, uśmiechając się szeroko.
- Nie, no co wy! Właśnie chciałem do was iść.
- Kiedy leżałeś, wyglądałeś jakbyś był martwy. - stwierdziła chłodnym tonem Gabriella - Aż poczułam zazdrość.
Fineasz podniósł się na równe nogi, zakładając ręce na biodra.
- Co wy na to, żeby przejść się po mieście? - zapytał ochoczo.
Dziewczyny popatrzyły na siebie, po czym zwróciły się do Fineasza:
- Okay. - odpowiedziały jednocześnie, po czym głos zabrała Gabriella - A zahaczymy po drodze o cmentarz? Chciałabym powąchać ten cudowny aromat śmierci. Gdy go czuję, odnoszę wrażenie, że jestem martwa nie tylko w środku. Coś cudownego.
Wypowiedziała to z taką obojętnością, a jednocześnie pasją, że Fineasz na moment stracił mowę. Dla Narcyzy natomiast było to zupełnie normalne.
- Nie mamy w Danville cmentarza. - wyjaśnił Flynn
- Miasto bez cmentarza jest jak człowiek bez duszy. - westchnęła Gabriella, na co reszta tylko pokiwała głowami
Trzynastolatkowie wyszli na zewnątrz, jednak gdy byli już przy furtkę, Flynn zamarł nagle, nieco blednąc.
- Coś się stało? - zapytała Naryca.
Chłopak strzelił dłonią w swoje czoło, po czym został czerwony odcisk.
- Na śmierć zapomniałem! Miałem wybudować Bufordowi teleport!
- Po co?
- Bo chciał jechać do Rumunii ze swoją dziewczyną.
- Oh. - Narcyza zamilkła na moment, po czym oznajmiła z troską - Ja też bym chciała wiele rzeczy zwiedzić z Gabi, ale nie wykorzystuję do tego innych.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nie potrzebuję czytać aury żeby zauważyć, że twoją desperację wykorzystują inni.
Po tych słowach złapała go za rękę, na co chłopak popatrzył na nią niepewnie.
- To nie twoja wina, że przyjaciele cię opuścili. - powiedziała z pogodnym uśmiechem - Jeżeli czujesz się samotny na przerwach, to zawsze możesz popisać z nami. My też trzymamy się same, więc możemy sobie pomagać.
Fineasz uśmiechnął się blado. Między innymi dlatego uwielbiał swoje kuzynki. Może i dziwne, ale kochane.
- Nie chcę wam przerywać, - wtrąciła bezbarwnym tonem Gabriella - ale czas mija, a każda sekunda przybliża nas do śmierci. Wyjdziemy na to miasto, czy prędzej nas pochowają?
Chłopak odwrócił się w stronę składzika, w którym czekały części. Z tego co pamiętał, teleport był prawie skończony, więc nie straciłby wiele dnia.
- Jak mi pomożecie, to zajmie tylko chwilkę. - powiedział błagalnym tonem - Proszę.
Narcyza westchnęła cicho.
- Ale my się na tym nie znamy. - stwierdziła
- No co wy? Płynie w nas jedna krew, jak nie my, to kto?! Poza tym, nam też się ten teleport może przydać. Myślicie, że z kim będę się włóczyć podczas wekendów?
Słysząc to, dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie.
- Niech będzie. Gabi, już wiem co będziemy dzisiaj robić!
Tymczasem, Charlie i Fretka wychodzili z domu. Rudowłosy, który usłyszał słowa młodszej siostry, stanął jak wryty, patrząc na kuzynkę z przerażeniem.
- Słyszałaś?
- Tak, ukradła tekst Fineaszowi. Jak myślisz, będą się bić?
- Gorzej. One znów to zrobią!
- Ale co?
Fretka wprawdzie dawno nie widziała Charliego na żywo, jednak znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że daleko mu do histeryka.
- One są dziwne. - zaczął - Zawsze gdy są podekscytowane, o ile Gabriella umie rozróżniać uczucia, to jest źle! Narcyza karmi dziki, lisy i krokodyle...
- Krokodyle?
- Tak! Ja też nie wiem skąd ona je bierze, ale kiedyś znalazłem w pokoju wieloryba. Ale to jeszcze nic! Zazwyczaj kończy się tak, że wszyscy musimy uciekać, bo sprowadziła sobie "braci mniejszych"! A wiesz co na to Gabriella? Nic! Ona nigdy nie reaguje, gdy się do niej mówi, bo uważa, że po co czuć, skoro i tak umrzemy!
- Jejku, to musi być straszne.
- A najgorsze jest to, że mama mi nigdy nie wierzy.
Rudowłosa popatrzyła na kuzyna ze współczuciem, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo cię rozumiem, bracie. - powiedziała z powagą, na co chłopak uśmiechnął się z ulgą - Moi bracia codziennie budowali w wakacje jakieś wynalazki, a mi nigdy nie udało się ich przyłapać. Nie muszę chyba mówić, że mama nigdy mi nie uwierzyła.
- Domyśliłem się. Hej, a może dziś uda nam się coś skombinować?
- Sugerujesz żebyśmy połączyli siły i spełnili swoje największe marzenia?
- No, w sumie, to tak.
Dziewczyna instynktownie ułożyła dłonie na sercu, natomiast chłopak popatrzył na nią ze zdziwieniem. Fretka widząc to, uśmiechnęła się szeroko, po czym rzuciła mu się na szyję.
- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało! - wrzasnęła mu do ucha, po czym pocałowała w policzek - Chodźmy spełniać marzenia!

Heinz otarł ubrudzoną od sadzy twarz. Westchnął ciężko, cofając się o kilka kroków, by zobaczyć swój inator. Wynalazek prezentował się całkiem nieźle, jednak posiadał jeden, znaczący problem. Nie miał zastosowania.
Wynalazek miał być zaprezentowany na dzisiejszym zlocie organizacji B.A.B.E.C.Z.K.A. podczas którego organizowany był konkurs. Heinz oczywiście wziął w nim udział, jednak wena tym razem nie stała po jego stronie. Nie miał zamiaru się jednak wycofać. W końcu jego wróg, Rodney, również zgłosił swoją kandydaturę. Nie mniej, tego dnia był podatny na depresję bardziej, niż zazwyczaj.
- Tato, wychodzę!
Vanessa przeszła obok obojętnie, zamykając za sobą drzwi.
- Pa córciu! - zawołał za nią.
Dziewczyna wyszła na korytarz. Nie zdążyła jednak odejść daleko, gdy zaczepił ją pewien chłopiec.
- Cześć mamo! - powiedział z promiennym uśmiechem - Znaczy... Hej totalnie nieznana mi dziewczyno, która nie jest moją mamą!
Na oko mógł mieć 10 lat, na pewno nie więcej. Miał krótkie blond włosy, zielone oczy i jasną karnację. Ubrany był w niebieską koszulę w białą kratę i czarne spodnie, a jego twarz wyrażała radość i beztroskę.
Vanessa patrzyła na niego z niepokojem. Nie tylko dlatego, że nazwał ją mamą, ale też i dlatego, że do złudzenia jej kogoś przypominał.
- Zgubiłeś się?
- Nie, wpadłem do dziadka. Chciałem go odwiedzić w nieco innych okolicznościach, ale tak się złożyło. Tak swoją drogą, to generalnie jaki mamy rok?
- 2001.
- O, czyli nie jesteś stara! Nieźle, nawet ładnie wyglądasz!
Po tych słowach wyminął ją, po czym bez pukania wszedł do jej mieszkania. Vanessa zamrugała kilka razy oczami, nie mając pojęcia co się właśnie stało.
Chłopiec wkroczył do środka, zamykając za sobą drzwi. Zauważając Heinz'a, uśmiechnął się jeszcze szerzej, biegnąc do niego z otwartymi ramionami.
- Dziadek!
Dunderszyc odwrócił wzrok od urządzenia, patrząc ze zdziwieniem na dziesięciolatka. Blondyn przytulił się do niego, podczas gdy naukowiec nie miał pojęcia co się dzieje. Mimo to, zrobiło mu się dziwnie miło.
- Fajnie wyglądasz, gdy nie masz siwych włosów. - powiedział, wciąż się do niego przytulając - Wyglądasz młodo. A wiesz, że mi wypadł ostatni mleczak?
- To fajnie, ale czy my się znamy?
- No, totalnie! - odparł, odklejając się od niego, jednak w dalszym ciągu uśmiechał się szeroko - Jesteś moim dziadkiem!
- Naprawdę? - zdziwił się, na co chłopiec pokiwał głową. - I Vanessa nic mi nie powiedziała? Eh, te nastolatki.
Chłopiec podszedł do inatora, stukając w blachę.
- Uważaj! - zawołał Heinz, podchodząc do niego - To delikatny sprzęt!
- Wiem. Masz obsesję na punkcie polerowania trofeum.
- Co?
- Bo ja to generalnie jestem z przyszłości. Masz ciasteczka?
Mężczyzna pokiwał głową, starając się uporządkować wszystko w umyśle. Podczas gdy chłopiec ruszył do kuchni, on złapał się za czoło. Ciężko było mu uwierzyć, że jego własny wnuk przybył do niego z przyszłości, jednak po krótkim namyśle stwierdził, że nie ma nic przeciwko temu.
- O, masz migdałki! - zawołał ucieszony blondyn - Uwielbiam je!
- Ja też. - odparł, uśmiechając się lekko
Chłopiec był uroczy. Usiadł na krześle, zajadając przysmak. W jego oczach tlił się znajomy mu błysk, który pojawia się u Vanessy, gdy się cieszy. Heinz poczuł, że jakaś część jego uważa fakt posiadania wnuka za zupełnie normalny.
- A właściwie, to jak udało ci się podróżować w czasie? - zapytał, siadając naprzeciwko
- Totalnie normalnie dziadku. Xavier i Fred, w sensie kuzyni mojej kuzynki, ale nie moi, zbudowali wehikuł czasu, a więc ja i Scott skorzystaliśmy.
- Jaki Scott?
- Mój psiapsi. Nasi tatowie są kumplami, a my to odziedziczyliśmy. Ciocia Jully jest nawet moją chrzestną. Kochana, dobrze gotuje, ale mama też. W miarę, chociaż zazwyczaj to chodzimy na obiady do cioci Jully. Tata mówi, że dzięki temu nie musimy wydawać na jedzenie, dlatego kupuje mi zabawki.
- A kim jest twój tata?
- Nie mogę ci powiedzieć. - oznajmił, nabierając poważnej miny, co w jego wykonaniu wyglądało dość komicznie - Złamię wtedy barierę wszechświata i wszyscy wpadniemy to afrykańskiej dziury.
- Jak to "afrykańskiej dziury"?
- No normalnej! Wujek Jeremi mówi, że to "czarna dziura", a czarni są z Afryki. A wujek się zna, bo jest fizykiem.
Heinz ułożył usta w kształt litery "o". Odnosił dziwne wrażenie, że ma ze swoim wnukiem wiele wspólnego. Szkoda tylko, że nie był do niego podobny z wyglądu, jednak i tak wydał mu się najpiękniejszy na świecie. W końcu jego krew.
- A w ogóle, to z ciekawości, jak byś nazwał wnuka? - zapytał chłopiec, przeżuwając pokarm.
Mężczyzna zamyślił się chwilę, gładząc swój podbródek.
- Czy ja wiem? Pepe Pan Dziobak chyba.
- Żaden z moich braci nie ma tak na imię. A mam ich dwóch! - oznajmił dobitnie, pokazując trzy palce. - Wiesz jakie to straszne mieć dwóch braci?
- Mam jednego, ale nienawidzę go za dwóch.
- Może "nienawiść" to zbyt mocne słowo. Mama mówi, że nie powinienem dokuczać Dimitriemu, bo jest mały, ale to nie moja wina, że rzuca we mnie smoczkiem. A tak w ogóle, to chyba totalnie nie wiesz jak mam na imię!
- O, fakt. Zapomniałem zapytać.
- Jestem Lance, ale na drugie mam Heinz. W dzienniku u pani na biurku pisze "Lance Heinz". Ładnie, nie? O, a wiesz, że mój rysunek kiedyś pani powiesiła na ścianie? Narysowałem ciebie i wygrałem konkurs.
- Na prawdę? - zapytał z niedowierzaniem, uśmiechając się szeroko. - A co to był za konkurs?
- Na najładniejszą krowę. Nie dosłyszałem, a jak nie słyszę, to rysuję ciebie. Pani stwierdziła, że to najładniejsza krówka jaką widziała.
Po chwili podniósł się z miejsca, wdrapując się na kolana dziadka.
- Opowiesz mi jak poznałeś babcię?
Heinz uniósł jedną brew, chociaż uśmiech w dalszym ciągu trzymał się jego twarzy.
- Na prawdę chcesz tego posłuchać?
- No jasne! Opowiadasz mi to zawsze, jak u ciebie jestem. Nigdy nie mogę wytrzymać ze śmiechu, gdy ty się przewracasz, a babcia...
- Czyli znasz tą historię.
- No jasne! Gdy będę miał wnuki, to będę im to opowiadał.
Słysząc to, Dundersztyc nieco pobladł.
- Czyli następne 10 pokoleń będzie znało tą wpadkę. - westchnął.

- Miałyście racje, tak będzie wygodniej.
Fineasz trzymał w dłoni kilka pilotów, które wyglądały jak te od telewizora. W rzeczywistości były to jednak miniaturowe teleporty, które mogły przenieść daną osobę w dowolne miejsce na Ziemi.
- Zostawię je tutaj, Buford jakoś sobie poradzi. - oznajmił - To chodźcie, pójdziemy ogarnąć miasto!
- O radości. - dodała obojętnie Gabriella, gdy Narcyza i Fineasz objęli ją ramieniem
Fretka i Charlie wyjrzeli zza ściany, mrużąc groźnie oczy. Ich młodsze rodzeństwo wychodziło na zewnątrz, zamykając za sobą furtkę. Nastolatkowie nie mogli uwierzyć w taki obrót sprawy. Wynalazki po prostu leżały na trawniku!
Fretka podeszła bliżej, a za nią czaił się Charlie. Szli tak, jakby bali się, że urządzenia zaraz wybuchną. Nic się jednak takiego nie stało.
- Dziwne. - stwierdziła Fretka, biorąc jednego z "pilotów" do rąk - Do czego to?
Chłopak tylko wzruszył ramionami, wpatrując się z uwagą w przedmiot.
- A skąd mi to wiedzieć? Moje siostry nic nie budują, są po prostu dziwne.
Rudowłosa zacisnęła uścisk na urządzeniu, zastanawiając się co robić. Dla obu nastolatków owe wynalazki przypominały bardziej pilot do telewizora, a czegoś takiego raczej nie mogliby pokazać rodzicom jako dowód na zdziwaczenie ich rodzeństwa.
- Złap mnie za rękę - rozkazała dziewczyna, po czym bez pytania oplotła dłoń kuzyna - Włączam to na trzy. Gotów?
- Nie za bardzo.
- Trudno. Raz...
- Fretka, ale może jednak odpuścimy?
- Dwa...
Chłopak poczuł, jak serce bije mu coraz szybciej. Tymczasem furtka otworzyła się, a do środka weszła niczego nieświadoma Stefa.
- Cześć wam! - przywitała się z pogodnym uśmiechem
- Trzy!
Fretka w ułamku sekundy nacisnęła przycisk, po czym cała trójka przeniosła się w zupełnie inne miejsce.
- A mogłam nie przychodzić. - westchnęła Hirano
Rozejrzeli się dookoła. Jedyne co rzucało im się w oczy, to drzewa. Ale nie takie zwykłe, te były ogromne, porośnięte, a na ich gałęziach siedziały małpy.
- FINEASZ! - wrzasnęła Fretka, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji - MACIE PRZECHLAPANE, GDY POWIEM O WSZYSTKIM MAMIE!
Jej krzyk rozległ się echem po całej okolicy. Stefa i Charlie popatrzeli na siebie, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić.
- Ciekawe czy ją usłyszeli? - powiedziała w końcu Japonka, na co chłopak wzruszył ramionami

Fineasz, Gabriella i Narcyza byli już w centrum. Miasto powoli budziło się do życia po poranku. Słońce świeciło już nieco wyżej, a ulice zapełniały się ludźmi. Narci i Fin zaczęli rozmowę o swoim nowym shipie - Ferbie i Jolie. Chłopak z uwagą słuchał o tym, jak aura Fletchera emanuje miłością i ciepłem, co było miłą odmianą po chłodzie i osamotnieniu.
- Dzisiaj mówił, że Jolie ma jakiegoś adoratora. - powiedział w końcu Fin - Jak myślisz, o kogo może chodzić?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Skąd mam wiedzieć? Nie znam tu nikogo.
- A dałabyś radę wyczytać to z aury Jolie?
Fineasz jako jedyny, poza Gabriellą i Charliem, wierzył, że Narcyza faktycznie potrafi odczytywać aury. Pozostali uważali to za wyjątkowo rozwiniętą wyobraźnię, dlatego najczęściej bagatelizowali ten fakt.
- Zależy jak intensywnie o nim myśli.
- To może być problem, ale warto spróbować. O, idzie!
Flynn uśmiechnął się promiennie na widok Francuzki. Dziewczyna widząc go odwzajemniła gest, machając w jego stronę. Jej dobry humor zepsuł się nieco, gdy ten podszedł do niej. Chociaż nie dała tego po sobie poznać, miała nadzieję przejść się sama. Brakowało jej bowiem ostatnio tematów do rozmów.
- Cześć Jolie! - powiedział radośnie chłopak. - Znasz moje kuzynki?
- Nie miałam przyjemności. - odparła dziewczyna z uśmiechem, chociaż w głębi duszy była zdruzgotana - Miło mi, - to mówiąc, wyciągnęła dłoń w ich stronę. - jestem Jolie Martin.
- Oo, Francuzka? - odwzajemniła gest Narcyza.
- Zgadłaś przez nazwisko?
- Nie, twoja aura mówi, że panicznie się czegoś boisz, a to kojarzy się najbardziej z tym krajem.
Słysząc to, Martinówna momentalnie zabrała dłoń, a jej wyraz twarzy tym razem zdradzał jej prawdziwe emocje.
- Jestem Gabriella. - odezwała się ponurym głosem druga bliźniaczka - A to Narcyza. Byłoby mi miło, ale po co, skoro i tak umrzemy?
Jolie popatrzyła pytająco na Fineasza, który natomiast wyglądał tak, jakby wszystko było w absolutnym porządku. Szatynka już miała się wycofać, gdy poczuła dłonie Narcyzy na swojej twarzy.
- Miałeś rację Fin! - okrzyknęła - Ona ma adoratora, ale o tym nie wie. Chociaż jej podświadomość wie, ale przysłania to nieco inna informacja.
- Uuu, nieźle!
- Ja na prawdę muszę już iść. - oznajmiła Francuzka, jednak odwieczna potrzeba bycia tolerowaną nakazywała jej stanie w miejscu, dopóki nikt się z nią nie pożegna
- O, ten chłopak też ci się podoba! Jakie to urocze!
- Ale o kim mówisz? I czy mogłabyś zabrać dłonie? Proszę. - ostatnie słowo dodała wręcz błagalnym tonem.
- Luzik Jolie, po prostu czytamy twoją aurę. - powiedział Fineasz.
Niewiele jej to pomogło. Wprost przeciwnie.
Narcyza przez cały ten czas była uśmiechnięta, aż do pewnego momentu. Po chwili spoważniała, zabierając dłonie, co spowodowało oddech ulgi u Martinówny.
- Współczuję. - powiedziała przyciszonym tonem rudowłosa - Ale jeszcze nic straconego.
Jolie przełknęła głośno ślinę, patrząc na nią z niedowierzaniem. Nie miała pojęcia kim była i czy przypadkiem nie pochodziła z innego świata, w co nie wątpiła, ponieważ po wieloletniej znajomości z Nazz była przygotowana na wszystko, ale miała zdecydowanie dość. Ten dzień był dziwny, a jeszcze się na dobre nie zaczął.
- Co tam?
Martinówna poczuła jak czyjaś ręka opiera się na jej ramieniu. Spojrzawszy w bok dostrzegła Hermionę z klasycznym dla siebie łobuzerskim uśmiechem.
- O, cześć Herma! - przywitał się Fineasz - Masz jakieś kreski na czole.
- Niedomyte ślady po melanżu życia.
Dla Jolie była ona niemalże wybawieniem.
- Zabierz mnie stąd. - szepnęła jej do ucha - To wariaci.
- My lecimy, bo jesteście chorzy. - oznajmiła Ukrainka, po czym taktownie odwróciła się w swoją stronę - Jolie, idziesz?
Martinówna uśmiechnęła się do Flynn'ów przepraszająco, po czym pobiegła za przyjaciółką.
- Ale nie musiałaś być taka szczera. - powiedziała.
Hermiona prychnęła z pogardą.
- Słońce, jak ja przestanę być szczera, to ten beznadziejny świat straci ostatni pewny punkt. Poza tym, co ci zależy? Nie znasz ich, no i masz swoją bandę. Już ci nie wystarczamy?
Ostatnie pytanie zadała ironicznym tonem, na skutek czego, Jolie wywróciła z uśmiechem oczami.
- Mówisz jak Sophie i Nazz.
- O nie. Niedługo stanę się tak samo psychiczna i niezrównoważona.
- Już jesteś.
- A.
Martinówna roześmiała się, obejmując niebieskowłosą ramieniem.
Fineasz spojrzał pytająco na Narcyzę.
- Ale o co chodzi?
- O nic. Musisz wiedzieć tyle, że nasz ship ma szanse na stanie się kanonem.
Słysząc to, chłopak cały się rozpromienił.
- Serio? - dziewczyna pokiwała głową - To świetnie! A co z tym adoratorem?
- Jeżeli intuicja mnie nie myli, a na pewno mnie nie myli, to to właśnie Ferb nim jest.
- Uuuu, ship it jeszcze bardziej!
- Miłość jest jak śmierć. - stwierdziła Gabriella - Ale odwrotna. Na śmierć czeka się z utęsknieniem, a na miłość wcale.

Tayler usiadł przy stole, zmazując ostatnie ślady pisaków z twarzy. Oparł się o krzesło, wpatrując w sufit. Zjadłby coś, ale nie chciało mu się ruszać, no i spodziewał się, że Sophie zdążyła zjeść całą zawartość lodówki. Zerknął na siedzącą naprzeciwko Emilly, która kończyła swoje śniadanie.
- Od kiedy to masz tyle koleżanek? - zapytała - Nawet bym zrozumiała, że kolegów, no ale... Która z nich ci się podoba?
- Mam ci powiedzieć żebyś zaczęła plotkować z ciotką?
Słysząc to, dziewczyna wyraźnie się oburzyła.
- Czy ja cię kiedykolwiek obgadywałam?!
- Myślisz, że nie wiem, czemu Jolie chichrała się pół nocy, patrząc na mnie znacząco?
- Ja mam wiedzieć?
Gdy miał już jej odpowiedzieć, rozległ się dźwięk przekręcanego klucza. Po chwili drzwi otworzyły się, a do środka weszła wysoka kobieta o brązowych włosach.
- Mama! - krzyknęła Emilly, rzucając się kobiecie w objęciach - Gdzie byłaś? I gdzie tata?
Była to Joanna Płaszewka - Stevenson. Urodzona z rodziców Polaków, jednak większą część życia spędziła w Stanach Zjednoczonych, przez co czuła się zarówno Amerykanką, jak i Polką.
- Zaraz przyjdzie. - wyjaśniła z lekkim uśmiechem - Kupiliśmy w końcu panele do podłogi, bo gumolit sprawia, że chcę rzucić się z dachu. Cześć Taylerku.
- Cześć mamuś. Jestem głodny.
- Przykro mi. - odparła ironicznie - Kup sobie coś.
- Ale nie mam pieniędzy.
- Ja też. Myślisz, że te panele to tanie były?
W tym momencie do pomieszczenia wszedł niski, lekko otyły mężczyzna o posiwiałych włosach, który taszczył kartony niewiele mniejsze od siebie. Gdy w końcu odstawił je na podłogę, widać było jego wyczerpanie pracą.
- Nareszcie. - westchnęła jego żona - Dłużej już się nie dało?
- Dźwigałem to po schodach! Na parkingu upadałem pod ciężarem tych kartonów trzy razy, a ty nawet się nie obejrzałaś!
- Będziesz tak marudził do wieczora, czy zabierzesz się za remont?
Jej mąż nazywał się John Stevenson. W przeciwieństwie do żony, był Amerykaninem.
- Tato, jestem głodny! - odezwał się chłopak.
- Ja też. Wrażeń i zwycięstwa na dzisiejszym konkursie!
Chłopak uniósł zdziwiony brwi, patrząc na tatę pytająco.
- Idę dziś wygrać konkurs. - wyjaśnił - Wiecie, ten od B.A.B.E.C.Z.K.I. Mam już inator w piwnicy...
- Przecież nasza piwnica ma tylko 2 cm. - wtrąciła Joanna.
- To mały inator. Tayler, pójdziesz ze mną?
Wyżej wspomniany westchnął ciężko, uderzając czołem w stół.
- Ale jak to inator? - wtrąciła Joanna - A co z remontem? Sama mam wszystko robić?
Mężczyzna kiwnął twierdząco.
- Dobrze, znów wszystko na mojej głowie. Emilly, podaj taśmę klejącą.
- Tato, ale czy ja na prawdę muszę z tobą iść? - zapytał Tayler niewyraźnym głosem - Śniadania nawet nie jadłem.
- Mamo, a wiesz, że tej nocy przyszło do Taylerka pięć dziewczyn? - dodała najmłodsza.
Kobieta wytrzeszczyła szeroko oczy, patrząc na niego z wyraźnym niedowierzaniem. Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie spodziewałaby się, że jej syn mógłby zainteresować sobą kogoś innego, niż Sophie. Chłopak, chcąc uniknąć lawiny pytań i podejrzeń, szybko poderwał się z miejsca.
- Chodźmy tato, musimy wygrać!
- Moja krew. - skomentował John.
- Zaraz, moment...
Joanna jedynie cofnęła się o krok, gdy drzwi zatrzasnęły się jej przed nosem. Założyła ręce na biodra, kręcąc z niezadowoleniem głową.
- Jeszcze do tego wrócę. - mruknęła pod nosem, po czym zwróciła się do córki, która podawała już jej taśmę klejącą - Dobra, zabieramy się za tą podłogę.

Fretka mruczała pod nosem niezrozumiałe dla nikogo przekleństwa, podczas gdy Stefa i Charlie, podążający wiernie za nią, próbowali pokonać dżunglę. Chłopak od dłuższego czasu czuł, że coś mu chodzi po karku, jednak nie mógł tego strącić, gdyż obawiał się skrzywdzenia istoty żyjącej. Wiedział, że jedna jego siostra będzie go za to nienawidzić, a druga stwierdzi, że i tak by umarł.
Stefa natomiast starała się zachować pogodę ducha. Ignorując fakt, że znajduje się tysiące kilometrów od domu, zaczęła rozmowę z nowo poznanym kolegą.
- A więc jesteś kuzynem Fretki? - zaczęła z uśmiechem.
- Tak. Przyjechałem na niedzielę, ale nie sądziłem, że tak to się skończy. Czy tak się kończy typowa impreza?
Słysząc to, Hirano roześmiała się.
- Nie bywasz za często na imprezach, co?
- Nikt mnie nie zaprasza, to nie przychodzę. - odparł, a jego twarz pokrywał ciągle ten sam uśmiech. - Chociaż szkoda, ciekaw jestem jak to wygląda.
- Że też Fretka nie mogła nas jakoś wcześniej poznać. Luzik, zaproszę cię na najbliższą domówkę, jaką urządzę.
Słysząc to, chłopak uśmiechnął się szerzej.
- Dzięki. A tak w ogóle, to jestem Charlie.
Mówiąc to, wyciągnął do niej dłoń.
- A ja Stefa.
Nastolatkowie podali sobie ręce, wymieniając przy tym przyjazne uśmiechy. Charlie odniósł wrażenie, że dłonie zaczynają mu się pocić, myśli przestają się układać, a serce jakby szybciej zabiło. To mogło oznaczać tylko jedno.
Złapał chorobę egzotyczną.
Fretka natomiast zastanawiała się jak wydostać siebie i resztę z tej dziczy. Musiała w końcu przyłapać swoich braci, którzy zgotowali jej ten los. Komórka nie łapała zasięgu, a wszystkie inne sposoby komunikacji nie działały. Pozostało więc jedynie ślepe podążanie przed siebie w nadziei, że znajdą jakiś ślad cywilizacji.
- Stefa, czy na choroby egzotyczne się umiera? - zapytał Flynn
- Zależy na jakie, ale na większość raczej tak. Nie jestem specem od biologii. A co, złapałeś coś? - w odpowiedzi pokiwał twierdząco głową - Ojej, to niedobrze. Oby to nie było zaraźliwe, bo umrzemy razem. - zaśmiała się, po czym zwróciła do przyjaciółki.- Fretka, mamy jakiś plan działania?
Rudowłosa wyrzuciła kawałek patyka, który zaplątał się jej we włosy.
- Tak. Dostaniemy się do jakieś cywilizacji i wrócimy z nimi do domu.
- To chyba nie takie proste. - stwierdził chłopak. - To kompletna dzicz. Nie jestem pewny, czy ludzie...
- Och, przestań biadolić.
Mówiąc to, przyśpieszyła kroku. Charlie spojrzał pytająco na Stefę, która tylko wzruszyła ramionami.
"Umrę i pogrzebią mnie pod jakimś drzewem - pomyślał ze smutkiem - Chociaż to i tak lepsze od tegorocznych wakacji."
Cała trójka nie zdawała sobie najmniejszej sprawy z tego, że są obserwowani przez grupkę tamtejszych kanibali.
Hirano szła równo z nowo poznanym kolegą, jednak w pewnym momencie przystanęła na moment, gdy w oko wpadł jej błyszczący obiekt umieszczony w pobliskich krzakach. Nie mówiąc nic nikomu, podeszła bliżej niego.
- Będzie mi pasować do kolczyków. - stwierdziła, wysuwając po niego dłoń. Zanim jednak zdążyła złapać za błyskotkę, czyjaś wystająca zza krzaków dłoń złapała ją za nadgarstek. - To chyba nie wróży nic dobrego.
Pociągnęła rękę w swoją stronę, jednak nic to nie dało. Po chwili zniknęła w krzakach, by nigdy nie powrócić do pozostałych.

- Okay, podsumujmy fakty.
Fineasz i jego kuzynki siedzieli na dywanie w pokoju chłopaka. Obok niego leżał Pepe, który bardziej od dyskusji, cenił sobie drzemkę. Trzynastolatkowie natomiast pochłonięci byli ostatnimi wydarzeniami, dlatego też założyli shiperskie trio, które i tak ograniczać się miało do Ferba i Jolie, a przynajmniej na razie.
- Ferb kłóci się z Jolie, bo jest niedojrzały... dobre zrozumiałem? - Narcyza pokiwała głową. - I nie umie jej powiedzieć, że ją lubi. Tak? - znów pokiwała - A Jolie się obraża, bo ją, no... obraża. Ale Ferb ją kocha, czy po prostu się zauroczył?
- Ciężko powiedzieć. Na moje oko, to coś pomiędzy.
- Czyli jej nie kocha? - dziewczyna pokiwała głową. - O.
- Bo on ją lubi, uważa za ładną, ale coś go w niej odpycha przez co ta miłość jest blokowana.
Gabriella wywróciła oczami, dając do zrozumienia, że to wszystko i tak jest bez sensu. Narcyza natomiast w dalszym ciągu bawiła się w znawczynię ludzkich aur.
- Ferb poszedłby z nią na randkę, ale by się nie oświadczył. - stwierdziła - Póki co.
- Jak to, póki co?
- Nie wiadomo jak się wszystko zmieni. Poza tym, ja bym im bajecznej przyszłości nie dała. Jolie z resztą też.
Ferb akurat przechodził obok drzwi, gdy usłyszał imię swojej znajomej. Z ciekawości przyłożył ucho, nadsłuchując.
- Aż tak go nie lubi?
- Nie, akurat Ferb ją po prostu drażni, ale go lubi. To w niej jest problem.
Fineasz już miał odpowiedzieć, jednak rozległ się donośny dźwięk otwieranych drzwi.
W progu stał wyraźnie poirytowany Ferb, który ręce założone miał na biodrach. Patrzył na wszystkich przymrużonymi oczyma, a jedynie Gabriella nie wydawała się być zszokowana.
- To nie tak, że cię obgadujemy! - wyskoczył szybko Fineasz, jakby chciał się usprawiedliwić. - Plotkujemy bardziej o Jolie.
Fletcher mocniej zacisnął pięści.
- Wiem. Nie rusza mnie, że ktoś gada o mnie, bo to w sumie podnosi moją samoocenę. - stwierdził - Ale Jolie dalibyście spokój. Co niby w sobie ma, że chcecie o niej gadać?
- Teraz to sama nie wiem czy on ją chociaż lubi. - szepnęła Narcyza na ucho siostrze
- Te ich problemy sprawiają, że chcę się zabić jeszcze bardziej.
Fineasz uśmiechnął się przepraszająco, na co Ferb nieco się uspokoił.
- A tak z ciekawości, to co cię denerwuje w Jolie? - zapytał Flynn.
Narcyza spojrzała na kuzynów z wyraźnym zaciekawieniem. Zielonowłosy natomiast uniósł brew zaskoczony tak nagłym pytaniem, jednak po chwili uśmiechnął się lekko.
- Przynudza. - stwierdził - Gdy gada o tych swoich zainteresowaniach, to aż chce się spać. No a jak zacznie jeszcze biadolić po francusku.. To nie tak, że nie rozumiem, po prostu mówi tak szybko, że czasem ciężko wyłapać słówka. Ogólnie jak się zaangażuje, to potrafi nawijać bez końca. Okropieństwo, ale urocze okropieństwo.
- W sensie?
- Jolie wydaje się być chodzącym nieszczęściem. Nie zauważyłeś, że od przedszkola trzyma się z boku i jakoś tak nie pała chęcią poznania? Gdyby nie Nazz, to nosiłaby worek na głowie. W przenośni oczywiście, bo ma obsesję na punkcie makijażu. Chodzi o to, że gdy popadnie w jakieś swoje modowe zainteresowania na których się średnio znam, to jest szczęśliwa. Mniej się boi i jakoś bardziej chce się jej żyć. Więc jej nie przerywam, tylko po prostu zasypiam.
- To dlatego kiedyś walnąłeś Buforda książką, gdy zasnął na projekcie Jolie z francuskiego?
- Tak. Ponieważ do mojego przysypiania przywykła, ale inni mają jej słuchać. Wtedy ma więcej weny do kłótni ze mną, dzięki czemu jest jakaś szczęśliwsza. Mógłbym niby dać jej z czasem wygrać, ale nie będę przesadzał z tą dobrodusznością.
"Nie zrozumiałam z tej paplaniny ani słowa - pomyślała Narcyza - Wolałabym pomacać go po twarzy i przeczytać aurę."
Zanim jednak zdążyła to zrobić, poczuła na ramieniu dłoń bliźniaczki, która wzrokiem przekazywała jej "nie rób tego, bo całkiem się pogrążysz". Nie musiała czytać z aury, by zrozumieć.

Sophie i Nazz szły chodnikiem w stronę mieszkania Adventurówny. W pewnym momencie blondynka przystanęła, wytrzeszczając szeroko oczy. Nieco pobladła, wyglądała na przerażoną. Niebieskowłosa szybko to zauważyła, gdyż popatrzyła na kuzynkę z zaniepokojeniem.
- Co się stało sis? - zapytała.
Sophie przez krótką chwilę stała w milczeniu. Następnie ułożyła dłoń na ramieniu Nazz, jakby zaraz miała jej obwieścić, że kończy się świat.
- Sis, chyba właśnie ukradziono mi status najlepszej swatki na świecie. - jęknęła.
- Ale skąd to wiesz?
- Czuję to w sercu! Takie ukłucie, jakby wysysało ze mnie całą proczadzikowość i pasję swatania!
Jefferson niemalże odskoczyła. Jak ktoś śmiał?! To było wręcz nie do przyjęcia!
- Nie martw się sis! - krzyknęła niebieskowłosa, czym zwróciła na siebie uwagę przechodniów - Znajdziemy drania i pokażemy gdzie jego miejsce!
- A nie miałyśmy iść na ten konkurs inatorów i kibicować tacie? Zawsze chciałam zobaczyć jak to wygląda. Ci kolesie w kitlach są śmieszni. Zwłaszcza pan Dundersztyc. Lubię go, zawsze daje mi cukierki.
Niebieskowłosa zamyśliła się chwilę. Cukierki były dobrym argumentem.
- Mam świetny plan sis! - powiedziała w końcu Nazz - Pójdziemy tam i dogadamy się z kimś żeby pożyczył nam inator. Wtedy będzie już po kłopocie.
- Jesteś geniuszem sis. - stwierdziła z podziwem Sophie - Z tobą to ja nie zginę.
- Wiem sis. Jesteśmy proczadzikowe.

Tymczasem w domu rodziny Milton. Pani Natasza w końcu znalazła czas dla siebie. Usiadła wygodnie na wersalce, sięgając po pilota od telewizora.
Była to dość niska, zgrabna kobieta o wycieniowanych blond włosach i błękitnych oczach. Karnację miała jasną, a jej styl ubierania świadczył, że nie brakowało jej pieniędzy. W końcu mało kto chodzi po domu w czerwonej sukience wizytowej i biżuterii.
Gdy przełączyła na swój ulubiony serial, do salonu wbiegł zdyszany Scott.
- Mamuś, musisz mi pomóc! - zawołał, układając dłonie na oparcie kanapy
Kobieta spojrzała na niego z delikatnym uśmiechem. Akurat do jego paniki była już przyzwyczajona.
- Co się stało?
- Mogę pożyczyć twoją maszynkę do golenia nóg?
Zamurowało ją. Zastygła w lekkim uśmiechu, czasem tylko mrugając.
- Kochanie, po co chcesz ogolić sobie nogi?
- Żeby dobrze wyglądać w sukience. - odparł, jakby to była oczywista oczywistość - To mogę, czy nie?
- Musimy porozmawiać. - powiedziała poważnie - Usiądź obok mnie.
Chłopak westchnął ciężko. Zależało mu bardziej na czasie, jednak wiedział, że jego mama z pewnością nie odpuści. Usiadł więc obok.
- Scott. - zaczęła, patrząc mu głęboko w oczy - Wiem, że nie umiesz dogadać się z tatą, ale...
- Bo to sztywniak. - przerwał, uśmiechając się pobłażliwie - A ja jestem fajny, bo mam twoje geny!
Miltonowa nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Poniekąd miał rację.
- To nie znaczy, że musisz od razu zmieniać sobie płeć.
Blondyn zmarszczył brwi, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Ale ja sobie nic nie zmieniam, ani tym bardziej nic nie ucinam. Coś ty, nie moja bajka. - kobieta odetchnęła po cichu z ulgą - Bo ja przebieram się za dziewczynę w służbie kraju, ponieważ jestem tajnym agentem i razem z moim BFF będę ratować świat.
Natasza jak się uspokoiła, tak znów zamartwiła. Od zawsze uważała Scott'a za dziecko potrzebujące dużo więcej uwagi, jednak teraz zaczynała obwiniać się, że albo poświęciła mu jej za dużo, albo jeszcze za mało. Tymczasem sam chłopak uśmiechał się promiennie, jakby nic się nie stało.
- Kochanie, - powiedziała z politowaniem, głaszcząc go po głowie - wiesz, że mamusia cię kocha? - pokiwał głową - I to, że długo pracuję nie znaczy, że nie zwracam na ciebie uwagi?
- Da, bo dzięki temu jest hajs.
- Brawo słońce! Więc pewnie wiesz, że mamusi możesz powiedzieć wszystko? Nawet jeżeli to dziwne?
- Da.
- Więc powiedz mi, dobrze się czujesz? Ale tak z główką?
Scott zastanowił się chwilę. To było faktycznie dobre pytanie.
- Da, chyba da. Chociaż dalej zdarza mylić mi się rosyjski z angielskim, ale jest git. Wracając, to mogę pożyczyć twoją maszynkę do golenia?
Kobieta popatrzyła na niego bezradnie. Chyba już nic nie będzie dało się z nim zrobić. Pokiwała więc głową, na co on pocałował ją w policzek.
- Spasiba, jesteś kochana!
Po tych słowach pognał do łazienki. Natasza przestała zwracać uwagę na serial. Zamiast tego oparła się o kanapę, starając się zebrać myśli.
- Trzeba było go oddać na księdza.
Blondynka obejrzała się za siebie. Dostrzegła swojego męża, na widok którego zmrużyła groźnie oczy. Małżeństwo od dłuższego czasu żyło razem tylko i wyłącznie "bo tak".
- Ne govori. - odparła - Scott jest prawosławny, tak jak ja. Poza tym, - wstała, podchodząc do niego - mógłbyś go wysłać do samego Watykanu, ale i tak bym tam po niego pojechała. Więc się hamuj.

Stefa rozejrzała się dookoła. Może gdyby nie tańczące wokół niej czarnoskóre plemię i fakt, że była przywiązana do drewnianego słupa, nie byłoby tak źle. Przynajmniej odrobiła już pracę domową, dlatego mogła bezstresowo spędzać czas w dziczy.
- Właściwie, to czym się zajmujecie? - zapytała.
Oni wydawali się jej nie rozumieć. Zamiast tego zaczęli szeptać coś między sobą, po czym jeden z nich złapał za kamienie.
"Ciekawe co chcą zrobić" ~ pomyślała.
Zanim zdążyła oddać się rozmyślaniom, mężczyzna potarł o nie, po czym rzuciwszy je na ziemię, buchnął z nich ogień.
- Trochę gorąco. - powiedziała do siebie Hirano - No nic, miejmy nadzieję, że Fretka i jej kuzyn mnie uratują.
A rytuał trwał w najlepsze.

Część 4

Loren siedziała na kanapie, zaczytując się w książce. Tak, zdecydowanie crushowała Vlada coraz bardziej. Był takim uroczym i pociągającym człowiekiem-wampirem!
Z transu wyrwał ją trzask zamykanych drzwi i pisk jej szwagierki.
- Loruś! - zawołała uradowana Jully, rzucając się na miejsce obok, a torbę z zakupami odkładając obok siebie. - Nie uwierzysz co się stało!
- Znalazłaś sobie historycznego crusha? - zapytała z nadzieją.
Czarnowłosa pokręciła przecząco głową.
- Lepiej. - tu zrobiła dramatyczną pauzę, po czym wykrzyczała - Wygrałam samochód!
Loren uniosła brwi, patrząc na nią z uśmiechem. Tego się nie spodziewała.
- To gratki. Ale jak go wygrałaś?
- Bo kupiłam zdrapkę. Wiesz, tak z czystej ciekawości, bo nie wiedziałam co to jest. No więc zdrapałam i nic. Ale kosztowały tylko dolara, więc pomyślałam, co tam! No i wzięłam kolejną. I nic. Kolejna i znów, kolejna i...
- Może po prostu powiedz ile ich kupiłaś.
- Z czterdzieści. No i w końcu kupiłam tą ostatnią i wygrałam samochód!
- Ooo, to gratki! A kupiłaś mleko?
- Nie, już nie starczyło, ale mam samochód!
Raritówna roześmiała się pod nosem, podczas gdy Jully w dalszym ciągu radowała się swoim sukcesem. Wtedy właśnie drzwi od pokoju obok otworzyły się, a do pomieszczenia wszedł Jeremi, który bez większych wyjaśnień zajrzał do torby z zakupami.
- Kochanie, nie zgadniesz, co się stało! - zawołała Jully.
- Zgadnę, nie kupiłaś mleka. - odparł bezbarwnym głosem, na co jego dziewczyna pokiwała przecząco głową. - Super.
- Ale słuchaj, zamiast mleka mamy samochód! - mówiąc to, podniosła się z miejsca, zaprowadzając go do okna. - Widzisz?
Widział. Niewielkiego, czerwonego Malucha, któremu odpadał zderzak.
- Fajny. Idealny żeby go sprzedać i kupić mleko.
Jedno zdanie wystarczyło, by cały jej dobry humor szlag trafił.
- Chyba sobie żartujesz! - mówiąc to, zmrużyła groźnie oczy, zakładając ręce na biodra.
- My już mamy samochód. - przypomniał - Lata po kosmosie, podczas gdy ten tam rozwali się przy pierwszej lepszej dziurze w drodze.
- Co nie zmienia faktu, że jest mój. A mleko kupimy przy następnej wypłacie.
Chłopak westchnął ciężko. Czegokolwiek by nie powiedział, swojej dziewczyny nie był w stanie przegadać.
Tym razem otworzyły się drzwi, które dzieliły salon z klatką schodową. Jeremi, widząc w progu Buforda, przewrócił oczami.
- Dlaczego nikt nie zamyka tych cholernych drzwi? - wycedził przez zęby.
Van-Stomm nie zwrócił na niego większej uwagi. Zamiast tego, ułożył pośpiesznie dłonie na ramionach swojej dziewczyny. Prawdopodobnie gdyby nie obecność Jully, to chłopak straciłby obie ręce z rąk szwagra.
- Gotowe, jedziemy. - oznajmił pewnie.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, patrząc na niego niewyraźnie.
- Ale co?
- No do Wampirolandii! Mamy teleporty i takie tam.
Słysząc to, Raritówna westchnęła ciężko.
- Rumunii. - poprawiła go monotonnym głosem, unosząc brew ku górze. - Doceniam chęci skarbie, ale nie chce mi się wierzyć, by Fin był tak zdesperowany, żeby budować dla nas teleport tylko dlatego, że ty, a właściwie to ja, chcemy zwiedzić Transylwanię?
Chłopak zamrugał kilka razy oczami, niezbyt rozumiejąc co właśnie powiedziała.
- To idziesz, czy nie?
Brązowooka popatrzyła na niego jak na idiotę, po czym uderzyła się w czoło. Chłopak zaśmiał się, po czym wyciągnął coś, co przypominało pilota od telewizora.
- Zabrałem ze sobą jednego po drodze. - odparł.
- Skąd wiedziałeś, że ci nie uwierzę?
- Trochę już chodzimy.
Mówiąc to, nacisnął jeden z guzików, po czym oboje zniknęli.
Jully i Jeremi wymienili zdziwione spojrzenia, niezbyt orientując się w sytuacji.
- A ty mnie nawet do restauracji nie zabierasz. - dodała czarnowłosa.

Loren zamrugała kilka razy oczami, by pozbyć się migoczących przed nią białych plam. Gdy już doszła do siebie, zobaczyła średniej wielkości góry, a przed nimi, z daleka, biały zamek, który kojarzyła z przeglądania grafik google. Z prawej, pod wyżyną na której znajdowała się budowla widać było dachy domów. Raritówna nie potrzebowała wiele czasu, by zorientować się gdzie są.
Odwróciła się na pięcie, patrząc na swojego chłopaka z niedowierzaniem. Ten wydawał się nie rozumieć co się dzieje, dlatego nieco się zdziwił, gdy ta niespodziewanie przytuliła go.
Buford odsunął się lekko, podczas gdy ta ciągle trzymała go w objęciach. Tego się nie spodziewał. Myślał, że ta prędzej zapiszczy z radości, uściska pomnik swojego crusha, czy rzuci się na stoisko z pamiątkami. Tymczasem stali gdzieś pośrodku Transylvani, a wiatr rozwiewał ich włosy.
Po pierwszym szoku, Van Stomm niepewnie opuścił ręce na jej barki, odwzajemniając uścisk.
- Nikt jeszcze nie zabrał mnie na drugi koniec świata tylko po to żeby zrobić mi przyjemność. - powiedziała, wciąż go przytulając. - Jesteś najlepszy.
- Nic wielkiego. - odparł. - Po prostu kazałem Finowi odwalić czarną robotę.
Rumuńskie powietrze wydawało się być bardziej orzeźwiające, a przynajmniej dla Loren. Niosło inny, wschodnio-europejski zapach, który z niejasnych przyczyn kojarzył jej się z Diretio - jej rodzinną planetę. Buford natomiast z każdą kolejną chwilą czuł coraz większe podekscytowanie. Od zawsze lubił wampiry. Czasem oglądał po cichu "Zmierzch", ale nikt o tym nie wiedział. Nie mniej, miał ogromną nadzieję zobaczyć wampira. Może by go wtedy ugryzł, dzięki czemu Buford stałby się jednym z nich i przeżyłby z Loren przygodę taką jak Edward i Bella?
Tak, Edward i Bella byli zdecydowanie jego OTP.
W tym momencie oboje usłyszeli tupot czyiś stóp. Loren powoli puściła Buforda, przyglądając się podchodzącemu do nich chłopakowi. Był to średniego wzrostu blondyn o ciemnym odcieniu włosów. Jego oczy były lekko brązowe, a skóra opalona.
- Cześć wam! - przywitał ich z szerokim uśmiechem. - Mogę mieć do was prośbę?
- Znamy się? - burknął Van-Stomm.
Chłopak przytaknął, wciąż szeroko się uśmiechając. Loren zmarszczyła brwi, patrząc na niego jak na wariata.
- Bo ja mam marzenie. - powiedział błyskawicznie. - Zawsze chciałem być przewodnikiem. Mogę was oprowadzić? Tak w ogóle to jestem Christian Adventure, w połowie Rumun, w połowie Węgier, trochę Austriak, Amerykanin i Chińczyk, ale moja ciocia od strony babci stryjka była z Rosji. Albo z Białorusi, nie pamiętam. Nie mniej, mogę was oprowadzić? Proooooszę!
Loren i Buford wymienili zdziwione spojrzenia. Nazwisko Adventure mówiło im wszystko.
- Znasz może Sophie Adventure? - zapytała dziewczyna.
Słysząc znajome nazwisko, blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Jasne, że znam! To moja kuzynka z trzeciej linii po ciotce z Chin!
- To dużo wyjaśnia. - stwierdziła. - No nie wiem, a znacz okolicę?
- I to jak własną kieszeń!
- A wiesz gdzie sprzedają kebaby? - dodał Buford.
Raritówna spojrzała na niego z zażenowaniem.
- Jasne! - odparł radośnie blondyn.
- To prowadź, jestem głodny.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Christian odwrócił się na pięcie, podążając w kierunku miasta. Loren rzuciła ostatnie spojrzenie Van-Stomm'owi.
- Serio? Kebab? W Rumunii?
- Nie interesują mnie te wasze historyczne potyczki. Jestem głodny.
Po czym oboje ruszyli za Adventure.

Fretka i Charlie przedzierali się przed dżunglę. Było beznadziejnie. Zewsząd atakowały ich komary, temperatura podnosiła się, a zapach dookoła starał się coraz mniej przyjemny. Dziewczyna popadała w coraz większy gniew, a chłopak zagłębił się we własnym umyśle.
- Fretka. - odezwał się w końcu. Dziewczyna nie przystanęła, ani nie spojrzała na niego, jednak słuchała. - Znasz się może na chorobach egzotycznych?
- Z moimi braćmi? Jestem ekspertką od wszelakich chorób.
- To świetnie. Wiesz może czego to objawy? Pocą mi się dłonie, serce bije mi jakoś niebezpiecznie szybko i gardło mnie pali.
- A możesz przełykać ślinę? - zapytała, na co ten pokiwał głową. - Czyli to nic złego. Albo malaria, albo miłość.
- Co?!
- Chociaż obstawiałabym to drugie.
Flynn popatrzył na nią z wyraźnym zdziwieniem. Ta natomiast nie miała czasu, by zagłębiać się w jego życie prywatne. Oczywiście, w każdych innych okolicznościach rzuciłaby wszystko, by poznać tożsamość owej dziewczyny, jednak obecnie nie miała do tego głowy.
Rudowłosy zastanowił się nad tym, czy teoria kuzynki może mieć sens. Ostatnią dziewczyną z jaką rozmawiał była Stefa, ale czy to w niej by się mógł zakochać? Owszem była ładna, miała śliczne oczy, no i wydawała się być najmilszą osobą na tej planecie. Poza tym, chłopakowi zdarzało się wyobrażać sobie przez ten krótki czas ich wspólną przyszłość, dom, rodzinę, dzieci, wnuki... Ale żeby od razu miłość? Poza tym, nie wierzył w zakochanie się od pierwszego wejrzenia.
Instynktownie odwrócił się za siebie, jednak czarnowłosej nigdzie tam nie było.
- Fretka, czy Stefa często urządza sobie samodzielne spacerki?
- To w Stefie się zakochałeś, że się tak dopytujesz?
- Nie, po prostu gdzieś zniknęła.
- Co?
Fretka w końcu odwróciła się w jego stronę, zatrzymując się. Faktycznie, dopiero teraz zauważyła, że jej przyjaciółka była dziwnie cicho.
- Co się z nią stało? - zapytała, na co ten wzruszył ramionami. - No nic, trzeba jej poszukać. Chodź, pewnie została w tyle.

- Mamy jakiś pomysł?
Heinz wpatrywał się w swój inator bez wyrazu. W dalszym ciągu nie miał pojęcia do czego urządzenie miałoby służyć, a czas upływał.
Obok niego stał jego wnuk, który spoglądał na wynalazek z zainteresowaniem, a jego twarz pokrywał uśmiech.
- To ten inator za który zgarnąłeś złoto? - zapytał chłopiec, przenosząc spojrzenie na dziadka.
Dundersztyc zmarszczył ze zdziwienia brwi, patrząc na blondyna pytająco.
- Złoto?
- No! To co stoi tam! - tu wskazał na pustą półkę. - A, czyli go jeszcze nie wygrałeś.
Mężczyzna potrzebował chwili, by zrozumieć sens słów potomka. Wygrał. Jeszcze nawet nie podszedł do konkursu, a już wiedział, że zdobędzie złoto. Teraz wystarczyło tylko nie pokrzyżować przyszłości.
- A co zbudowałem?
- Inator który produkował watę cukrową.
- I to wystarczyło?
- Raczej tak. Nie wiem, nie było mnie przy tym, ale na pewno było super! W końcu wiesz, to wata cukrowa! Kto jej nie lubi?
- Mój brat. - wycedził przez zęby. - Właściwie, to kontaktujesz się z Rogerem?
- Nie. Mama próbowała, ale ja uciekłem przez okno, bo pamiętałem jak mówiłeś, że wujek Roger to śmieć.
Słysząc to, Heinz uśmiechnął się z dumą.
- Widać, że moja krew.
Do pomieszczenia wszedł Norm, trzymając w dłoniach tacę babeczek. Na jego widok, Lance uśmiechnął się szerzej, rzucając się robotowi w objęcia.
- Normuś! - zapiszczał blondyn, obejmując robota. - Jesteś tak samo śliczny, jak gdy widziałem cię ostatnio!
- Dziękuję nieznana mi istoto ludzka. - odparł pogodnym tonem Norm, podczas gdy wyraz jego twarzy wciąż pozostawał ten sam.
- To mój wnuk. - odparł z dumą Heinz.
- Muszę panu przyznać, pana córka bardzo dobrze się z tym kryła. Nawet ja nic nie zauważyłem!
Naukowiec nie czuł potrzeby, by naprostować sprawę. Zajął się swoim inatorem, robiąc z niego maszynę do waty cukrowej. Nie ważne, że nie miało to sensu. Gdyby do ciebie przyszło obce dziecko, które podałoby się za twojego wnuka i powiedziało, że wygrasz złoto dzięki wacie cukrowej, nie uwierzyłbyś?
- Masz ochotę na babeczkę czekoladową? - zapytał Norm, gdy chłopiec usiadł wygodnie na jego ramieniu.
- Jasne! - mówiąc to, blondyn sięgnął po jedną, po czym wziął gryza. - Pyszne!
Robot spojrzał to na chłopca, którego uważał za swojego siostrzeńca (w końcu syn Vanessy), to na Dundersztyca.
- Jaka z nas szczęśliwa rodzinka. - stwierdził.
- Nie gadaj, tylko mi pomóż. - wycedził Heinz. - Musimy to skończyć w godzinę.

Gdzieś na przedmieściach Danville. Portal otworzył się, a wyskoczył z niego średniego wzrostu dziesięciolatek o czarnych włosach i brązowych oczach. Rozejrzał się dookoła, nie dostrzegając nic szczególnego. Z bezradności westchnął ciężko, wyjmując telefon komórkowy. Nie chciał tego robić, jednak nie miał już wyjścia.
Wybrał numer, który zawsze wybiera, gdy jest w sytuacji bez wyjścia.
- Cześć tato.
Zapadła krótka cisza, którą przerwał odgłos wybuchu po drugiej stronie.
- Mówiłem żebyś do mnie nie dzwonił, gdy prowadzę badania nad bronią chemiczną. - odezwał się mężczyzna.
- Ta, sorki. Mam mały problem. Bo widzisz, Xavier i Fred zrobili wehikuł czasu i razem z Lancem chcieliśmy go wypróbować. - na dźwięk imienia blondyna, mężczyzna po drugiej stronie westchnął ciężko. - No i błądziliśmy po daleeekich czasach i po pierwsze, dowiedziałem się, że moja córka z przyszłości zostanie prezydentem twojej planety. Po drugie, nigdy nie dostaniesz Nobla. I po trzecie, tak troszkę zgubiłem Lanca w 2001 roku.
- 2001?
- 2001.
- Więc w czym problem? Dużo się nie zmieniło, po prostu szukaj go tam, gdzie najczęściej przebywa w swoich czasach.
- Hmm. Nie głupie.
- Wiem. Coś jeszcze?
Chłopiec zastanowił się chwilkę.
- W tym roku mieszkałeś tam, gdzie w naszym? Bo jak tak, to wpadnę. Przy okazji zobaczę, czy serio masz rację dramatyzując tak o beznadziejności samochodu mamy. - w odpowiedzi usłyszał tylko długi dźwięk sygnału. Jego rozmówca rozłączył się. - Halo? Meh, zawsze to samo.
Chłopak schował telefon do kieszeni. Czasem ciężko było mu uwierzyć, że ma tylko 10 lat. Sam nie wiedział, czy to on jest nadto dojrzały, czy jego przyjaciel nadto dziecinny. Może jedno i drugie?
Nie mniej, już piąty raz w tym tygodniu musi go szukać. Nie żeby narzekał, znał Lance'a od urodzenia i nie przypominał sobie, by kiedyś nie sprawiał mu kłopotów. Blondyn miał po prostu talent to wplątywania się w kłopoty, a Scott, czyli nasz aktualny bohater, dar do ratowania go.
Brunet zaczął sięgać pamięcią do opowieści Lance'a. Było ich mnóstwo, większość niewiele znaczących, dlatego było tym bardziej ciężko wyłapać tą, w której blondyn opowiadał o swoich ulubionych miejscach.
- Najwyżej powiem wujkowi, że kolejny syn mu zginął. - mruknął do siebie. - Ta, chyba się nie załamie, czy coś.
Gdy miał już wrócić do swoich czasów, dostrzegł mijającego go, znajomego chłopaka. Był to wysoki latynos o ciemno-brązowych włosach. Może i nie miał najlepszej pamięci do fotografii, jednak wyraz twarzy mówiący "nienawidzę swojego życia, dajcie mi się zabić" pozna wszędzie.
Scott zaczął stawiać za nim kilka kroków, niezbyt wiedząc jak zagadać. W końcu uznał, że najlepiej wyjaśnić to wszystko otwarcie.
- Poczekaj!
Jeremi odwrócił się za siebie, spoglądając z niewielkim zainteresowaniem na dziecko.
- Jeżeli się zgubiłeś, to sam se szukaj matki. - odparł, po czym szedł dalej.
"Tak, to na pewno tata" ~ pomyślał Scott.
- Nie zgubiłem się. - powiedział chłopiec, dorównując kroku Jeremiemu. - Ale potrzebuję twojej pomocy.
Starszy Rarity wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę.
- Przykre, ale sam jej potrzebuję. - mówiąc to, zapalił końcówkę papierosa. - Więc z łaski swojej zejdź mi z drogi.
- Zdajesz sobie sprawę, że papierosy skracają życie?
- Wiem. Dlatego je kupuję, to inwestycja. Możesz już iść?
- Będziesz mieć przez nie mocne kaszle. I ogólnie zdrowie będzie ci podupadać.
Latynos spojrzał na dziesięciolatka ze zdziwieniem.
- To chyba nie twój problem.
"Mój, bo mnie utrzymujesz." ~ pomyślał.
Scott zauważył, że pesymizm, który od zawsze kojarzył mu się z ojcem, swoje początki miał znacznie wcześniej. Dotąd myślał, że mężczyzna po prostu nie lubił swojej pracy, jednak w chwili obecnej był nastolatkiem. Chłopiec powoli zaczynał się martwić.
- Co cię tak dołuje? - zapytał. - Mów, co ci szkodzi? Mnie i tak już jutro tu nie będzie. A podobno fajnie jest się wygadać.
- Jesteś psychologiem na stażu? - zapytał ironicznie, a dym papierosa zaczął lecieć w kierunku jego młodszego towarzysza. - Idź od prawej, to będziesz miał czym oddychać.
Słysząc to, brunet uśmiechnął się triumfalnie. Czyli jednak porozmawiają.
- Więc? - zapytał chłopiec, przechodząc na prawą stronę chodnika.
- Nie potrzebowałeś pomocy?
- Możemy pomóc sobie nawzajem.
- To przekonaj moją dziewczynę żeby sprzedała samochód. I ogólnie odwiedź mnie od samobójstwa.
Chłopiec instynktownie spojrzał na swoje dłonie. Nie znikał, czyli jego ojca od zawsze trzymał się depresyjny humor.
- Wiem co czujesz stary. - stwierdził młodszy Rarity, wzdychając ciężko. - Ja muszę opiekować się swoim przyjacielem, ponieważ mentalnie ma dziesięć lat. Znaczy, ogólnie mamy po dziesięć lat, ale to denerwujące.
- Znam. Mój też ma mentalnie dziesięć lat.
- Zgaduję, że ma na imię Scott.
Jeremi spojrzał na niego pytająco, na co ten tylko się uśmiechnął.
- Zgadywałem. - odparł chłopiec. - Mój chrzestny ma tak na imię. No i chrzestny mojej siostry, bo nasi rodzice nie są zbyt towarzyscy i mają tylko dwóch przyjaciół. Tata ma właśnie mojego ojca chrzestnego, a mama jego żonę.
- Nie chcę być niemiły, ale po cholerę mi to mówisz?
- Sam nie wiem. - mówiąc to, wyciągnął telefon komórkowy, wybierając zdjęcie przyjaciela. - To on. Widziałeś go?
Jeremi spojrzał na ekran, przyglądając się chłopcu.
- Nie.
- O. - Scott wziął swoją komórkę, patrząc na nią bezradnie. - A pomożesz mi?
- Czemu nie? Lepsze to, niż skakanie z mostu.
- Czułem, że to powiesz.
Chłopiec uśmiechnął się delikatnie, wyciągając dłoń w stronę nastolatka.
- Jestem Scott.
Słysząc to, Rarity prychnął pod nosem, odwzajemniając gest.
- Mam pecha do tego imienia.

- A to właśnie jest miejscowy kebab. - powiedział Christian, wskazując na budkę stojącą obok centrum handlowego.
Widząc to, Buford poczuł, jak jego serce bije szybciej ze szczęścia. Loren natomiast wywróciła z dezaprobatą oczami, splątując ręce na piersi. Widząc to, Adventure uśmiechnął się do niej przepraszająco.
- Wiesz, to jednak XXI wiek. W Transylvanii żyją ludzie.
- No tak, ale to jednak Transylvania. Rumunia, a Rumunii...
- Kiedyś to były Węgry.
- Nie pouczaj mnie. - wycedziła przez zęby, marszcząc brwi. - Ogólnie, to miałam nieco inne wyobrażenie.
- Twojemu chłopakowi się podoba.
Mówiąc to, wskazał na Buforda, który w najlepsze zajadał się kebabem.
- Dobre. - stwierdził. - Nie wiedziałem, że kebaby to ich specjalność.
- Bo nie jest. - dodała wyraźnie oburzona dziewczyna. - Kebaby są z Turcji.
Zapadła chwila ciszy. Buford patrzył to na nią, to na niego, aż w końcu przełknął pokarm.
- Myślałem, że ta cała wampirolandia to stolica Turcji.
Blondyn roześmiał się pod nosem, podczas gdy Loren westchnęła ciężko. Widząc jej znudzenie, chłopak wyminął Buforda, stając obok Raritówny.
- Jak chcesz, to możemy go tu zostawić. - powiedział tak, by tylko ona go słyszała. - Pokażę ci Transylvanię od jej historycznej strony. Co ty na to?
Słysząc to, popatrzyła pytająco na swojego chłopaka. Ten nie wydawał się zainteresowany sytuacją, wprost przeciwnie. Dla niego szczęściem był kebab.
- Czy ja wiem? W końcu przyjazd tutaj był niespodzianką od niego. Głupio mi tak go tu zostawić.
- Ale jemu tu będzie lepiej. Sama zobacz. - po tych słowach zwrócił się do Buforda. - Hej, ziomek! Idziesz z nami zwiedzać stare zamki, czy wolisz jeść?
- Chyba sam umiesz na to odpowiedzieć. - odparł Van-Stomm, rozkoszując się kebabem. - To najlepsze żarcie jakie jadłem, chcę tu zamieszkać!
- Sama widzisz. - Christian uśmiechnął się porozumiewawczo do Loren, po czym ruszył w stronę zabytków.
Dziewczyna spojrzała na swojego chłopaka. Na dobrą sprawę, to chciała z nim pozwiedzać jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi, ale skoro on nie miał na to ochoty...
- Skarbie. - zaczęła, jednak ten był zbyt pochłonięty jedzeniem, by ją zauważyć. - Ja idę. Chodź, kupimy ci dobre am am po drodze.
- Kocham cię. - westchnął romantycznym tonem, co sprawiło, że Loren pokryła się rumieńcem. - Mój kebabie.
Uśmiech jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Dziewczyna momentalnie odwróciła się na pięcie, doganiając swojego przewodnika.

Sophie otworzyła drzwi od swojego pokoju, wpuszczając Nazz do środka.
Pomieszczenie pomalowane było na jasny pomarańcz. Przy ścianie od prawej strony stało łóżko, którego pościel zdobiona była różnokolorowymi, kwiecistymi wzorami. Obok umieszczona była średniej wielkości, biało-brązowa szafa. Nieco dalej, gdyż przy ścianie od lewej strony, stało biurko z laptopem, a obok, półka z książkami i zdjęciami. Najczęstszymi były te zrobione Irvingowi z ukrycia (np. podczas brania prysznica pokazujące chłopaka od pasa w górę, lub jedzenia śniadania), które oprawione były w różową ramkę. Równie sporo jednak było zdjęć blondynki, których autorem był właśnie Du Bois.
Jefferson usiadła na łóżku, opierając się o ścianę. Adventure szybko usiadła obok niej.
- Mamy jeszcze trochę czasu do zlotu B.A.B.E.C.Z.K.I. - zaczęła Sophie. - Co porobimy sis?
- Nie wiem sis. A co zazwyczaj robisz, gdy nie masz co robić?
Blondynka zamyśliła się chwilę, po czym z pewnym siebie uśmiechem odparła.
- Dzwonię do mojego chłopaka!
- O, to zadzwoń! I daj na głośnik, będzie fajnie.
Sophie pośpiesznie sięgnęła po telefon komórkowy, wybierając numer do Irvinga. Chłopak odebrał już po pierwszym sygnale.
- Halo?
Nazz zacisnęła wargi, żeby się nie roześmiać. Sama nie wiedziała co ją tak rozbawiło, jednak nie mogła zaprzeczyć, że było w obecnej sytuacji coś, co poprawiało jej humor. Sophie z resztą odczuwała podobnie!
- Cześć Irvisiu! - zawołała Adventure. - Przywitaj się z moją sis!
- Ola!
- Cześć.
Chłopak brzmiał, jakby bardzo się czymś denerwował. Dziewczyny zupełnie nie rozumiały dlaczego, jednak nic sobie z tego nie robiły.
- Co robisz Irvisiu? - zapytała uroczym tonem Sophie.
Zapadła krótka chwila ciszy, jakby rudowłosy zastanawiał się, co powinien odpowiedzieć.
- Siedzę.
Słysząc to, blondynka wykrzywiła twarz tak, że przypomina lenny face.
- Opowiedz mi o tym więcej.
- Proszę, nie dzwoń do mnie. - odparł wręcz błagalnym tonem, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Nazz i Sophie wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
- Będę.
- Błagam.
- Nie.
Najwyraźniej Irving nie wpadł na to, by się rozłączyć.
Z drugiej strony słuchawki zaczęły dobiegać odgłosy płaczu. Słysząc to, Sophie momentalnie spoważniało.
- Czemu płaczesz Irvisiu? - zapytała z troską, po czym nie czekając na odpowiedź, dodała. - Nie smuć się, kocham cię!
- Dlatego płaczę!
Sophie spojrzała na kuzynkę, wzdychając ciężko.
- Widzisz jaki Irviś jest wrażliwy, sis? Nasza wzajemna miłość tak go wzrusza.
Niebieskowłosa uśmiechnęła się, łapiąc się za serce.
- Tworzycie najpiękniejszą historię miłosną jaką kiedykolwiek widziałam sis.
Adventure postanowiła dać swojemu chłopaki chwilę wytchnienia, rozłączając się. Tymczasem głowę Nazz nawiedziła genialna myśl.
- Sis, podaj komórkę! Zrobimy kawał Taylerkowi!
Nie myśląc długo, brązowooka podała jej telefon, na co Jefferson szybko wybrała wyżej wspomniany numer.
- Halo?
Dziewczyny zachichotały jednocześnie czując, że to będzie proczadzikowy żart.
- Czy pana lodówka chodzi? - zapytała Nazz, starając się powstrzymać śmiech. W odpowiedzi otrzymała głośne westchnięcie, na co kontynuowała. - WIĘC ZŁAP JĄ ŻEBY NIE UCIEKŁA!
Zanim ten zdążył odpowiedzieć, dziewczyna rozłączyła się, po czym obie wybuchnęły głośnym śmiechem. Miały racje, wyborny żart!
I wtedy telefon znów zadzwonił. Spojrzały ze zdziwieniem na wyświetlające się imię Taylera.
- Tak? - odebrała Jeffersonówna.
- Nazz, mam zapisany numer Sophii.
Zapadła nerwowa cisza.
- I poznałem twój głos. - dodał.
Kuzynki wymieniły przerażone spojrzenia. Nie mogły pozwolić, by ich żart tak po prostu został zgaszony! Trzeba działać.
- Powiedz coś sis! - krzyknęła Nazz, rzucając jej telefon.
- Eeeee.... TAYLERKU, NIE ROZŁĄCZAJ SIĘ! - krzyknęła, czując jak szybko bije jej serce. Tak mało czasu. - Eeeee.... eeeee....
- Podpowiedzieć ci? - zapytał wyraźnie znudzonym tonem.
- JA! Znaczy, tak! Ehh, czasem w stresie mówię po niemiecku.
- Tak, niemiecki zdecydowanie wystarczył. Dzięki za zniszczenie mi humoru.
Słysząc to, obie żartownisie odetchnęły z ulgą.
- Bitte schön!
Po tych słowach, chłopak szybko się rozłączył. Kuzynki przybiły triumfalną pjonę.
- Hej, zróbmy kawał Złemu Trio! - zaproponowała Nazz.
- A znasz ich numer?
- No jasne! Pierwsza zasada życia sis, zawsze znaj numer swojego wroga! Ale znam tylko Paulin, bo jej nie lubię najbardziej.
Dziewczyna szybko wpisała numer Hellerówny, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę. Czarnowłosa przez dłuższy czas nie odbierała, przez co kuzynki zaczęły martwić się o powodzenie misji, jednak na całe szczęście, lub nieszczęście, w końcu usłyszały jej głos.
- Halo?
- Witamy! - odezwała się Jefferson, lekko zmieniając barwę głosu. - Tu radio "Proczadzikowość"! Wygrała pani 10 000 dolarów! Na co przeznaczy pani tę wygraną?
- Spadaj Steph, nie dam się na to znów nabrać. I powiedz Amy, że to nie jest śmieszne.
To nie mogło pozostać bez odpowiedzi. Owe słowa sprawiły, że Nazz poczuła, jak tli się w niej gniew.
- Jak możesz nazywać mnie imieniem tej podłej żmii?!
- O, to ty Nazz. - odparła suchym tonem Paulin, jakby w ogóle jej to nie zdziwiło. - Po co do mnie dzwonisz? Przecież się nie lubimy.
- Po to dzwonię. - wycedziła przez zęby, mrużąc groźnie oczy. - Żarty telefoniczne robi się ludziom, których się nie lubi.
Zdanie to sprawiło, że Sophie musiała oddać się przemyśleniom. Na całe szczęście, tym razem udało jej się dość szybko połączyć fakty.
- Ale sis, przecież Taylerkowi też zrobiłyśmy żart. Czyli go nie lubimy?
- O, to fakt sis. - odparła z już mniejszym gniewem w głosie, wzdychając cicho. - Niezbadane są żarty telefoniczne. Aż mi się przypomniało, jak kiedyś zrobiłam żart Jolie!
- O, opowiedz sis!
- Hej, ja tu ciągle jestem. - wtrąciła Paulin, jednak połączenie szybko zostało zerwane.
Jefferson odrzuciła telefon na biurko, patrząc na Sophie z szerokim uśmiechem.
- No więc słuchaj sis! - zaczęła, siadając po turecku. - Chodziłyśmy do piątej klasy i Jolie akurat tydzień nie chodziła do szkoły. A ponieważ się nie odzywała i nie było jej w domu, to postanowiłam zrobić jej żart. Więc biorę telefon, dzwonię do niej i mówię "dzień dobry, czy pani wieża Eiffla chodzi?" a ona wtedy "Nazz, wyświetlił mi się twój numer", a ja wtedy "więc złap ją żeby nie uciekła!". I wtedy się rozłączyłam! Bo łapiesz sis, ona jest Francuzką! I dlatego wieża Eiffla!
Słysząc to, Sophie wybuchnęła głośnym śmiechem. Wtedy właśnie drzwi pokoju otworzyły się, a do środka weszła Valmira.
- Hejka! - przywitała się entuzjastycznie, wskakując na ich łóżko. - Kogo obgadujemy?
Samica popatrzyła na obie dziewczyny z zainteresowaniem, wyczekując nowych ploteczek.
- W sumie to o wszystkich. - odparła Sophie. - A co, masz jakieś fajne wieści?
- Jeszcze nie. Ale będę mieć, bo dziś poznamy nowego agenta. Mam podjarkę. - dodała, a uśmiech malujący się na jej dziobie poszerzył się. - Mam nadzieję, że będzie spoko. No i liczę, że to będzie samica, bo trzeba by było w końcu z kimś zeswatać Ridgusia.
Słysząc to, Adventurówna wyraźnie zainteresowała się rozmową.
- Rozumiem, że do akcji znów będzie musiała wkroczyć Najlepsza swatka wszechczasów? - zapytała z nadzieją.
- Jasne! Może urządzimy im randkę, czy coś.
- O, to ja chcę być kelnerką! - wtrąciła Nazz. - Jestem do tego stworzona. Gdy klienci nie patrzą, zjadam ich jedzenie.
Po tych słowach, wszystkie trzy przybiły żółwika. Wszystko było już zaplanowane, nie mogło się nie udać.
- No, chyba trzeba będzie się zbierać. - dodała Adventure, wstając z łóżka. - Sis, idziemy?
- Idziemy sis!
- Też się zwijam. - powiedziała Valmira, zeskakując na podłogę. - Czuję, że to będzie dobry dzień.

- Czuję, że to będzie zły dzień.
Tayler nie mógł pozbyć się złego samopoczucia od jakiś pięciu minut, odkąd wsiadł do samochodu razem z tatą. Westchnął ciężko, siadając na miejsce obok kierowcy.
Samochód ruszył. Tayler podparł się łokciem o drzwiczki, spoglądając za okno.
Miał beznadziejny humor. A szkoda, bo jeszcze wcześniej był w miarę radosny. Ale wtedy był w towarzystwie Proczadzikowców, a to zmienia postać rzeczy.
- Miałeś kiedyś tak, że dziewczyna, która ci się podobała, miała cię za dziewczynę? - zapytał nagle.
- Tak i to wiele razy.
Jego ojciec powiedział to tak spokojnie, że można byłoby pomyśleć, że taki stan rzeczy jest dla niego zupełnie normalny. Tayler spojrzał na niego ze zdziwieniem, na co ten prychnął nieznacznie pod nosem.
- Bo wiesz, kiedyś miałem długie włosy.
W to jeszcze ciężej było uwierzyć jego synowi.
- Ale przecież ty jesteś łysy.
- No, teraz tak, ale kiedyś miałem dłuższe od twojej matki. Każdy łysieje.
Tayler już miał to zignorować, jednak w porę zrozumiał sens tych słów. Każdy łysieje. Każdy.
On też był każdym!
Momentalnie wyprostował się na fotelu, łapiąc się rozpaczliwie za głowę.
- Ale chyba są wyjątki od tej reguły, nie?!
- Czy ja wiem? Jedyny mężczyzna z mojej rodziny, który nie wyłysiał, to mój wujek. - słysząc to, Tayler odetchnął z ulgą. - Ale on umarł, gdy miał dziesięć lat. Nie jestem pewny, czy jest dobrym przykładem.
Szatyn westchnął ciężko, godząc się powoli ze swoim smutnym życiem, gdy zadzwonił telefon. Załamał się jeszcze bardziej, gdy wyświetlił mu się numer Hermiony.
- Halo?
- Hejka Taylerku! Co tam?
- Wpadam w przepaść depresji. A tak w ogóle, to skąd masz mój numer?
- Przepisałam z telefonu Sophii, gdy nie patrzyła. - mówiąc to, przełączyła na głośnik. - Przywitaj się z Jolie!
- Salut. - powiedziała pogodnie Martinówna.
Słysząc ją, Stevenson zobaczył jej twarz w wyobraźni. Tak, mieszanka akcentu francuskiego i amerykańskiego, którym posługiwała się dziewczyna, była zdecydowanie jedną z jej najłatwiej rozpoznawalnych cech.
Hermiona natomiast mówiła typowo ukraińskim akcentem, jednak to nie budziło już takiego wrażenia. Głównie dlatego, że dla kogoś, kto słyszy takowy akcent pierwszy raz, brzmi identycznie jak rosyjski, a z kolei ten kojarzył się wszystkim ze Złym Trio, a konkretnie, z Amy.
- Co robisz poza byciem przegrywem? - zapytała Ukrainka.
- Jadę samochodem. A ty?
- Idę z Jolie do centrum. Powiedziała, że kupi mi te nowe glany, co o nich śnię po nocach!
- Moment, kiedy ja to powiedziałam? - wtrąciła Martinówna.

Hermiona uśmiechnęła się lekceważąco, sięgając po portfel, którzy wcześniej spoczywał w torbie Jolie. Francuzka zmarszczyła brwi, chcąc odzyskać swoją rzecz, jednak Ulaniuk uniosła go wysoko, wyciągając jedynie banknot.
- Masz przy sobie 200 dolców, a przyjaciółce glanów nie kupisz? - zapytała niebieskowłosa, uśmiechając się szeroko.
Jolie nie wyglądała na przekonaną. Założyła ręce na biodra, a obie zapomniały, że Tayler wszystko słyszy.
- Te glany są ci serio tak potrzebne do szczęścia?
- A widzisz te? - zapytała, unosząc stopę. - Mam je od dwóch lat. Stopa mi wolno rośnie, no ale hej! Dwa lata! Mama mi nie chce kupić nowych, bo uważa, że nie będzie wydawać pieniędzy na rzeczy, które ujmują mi dziewczęcej urody.
- Dziewczęcej urody?
- Jakby sama ją miała.
- Hej, ja tu ciągle jestem. - wtrącił Stevenson, jednak nikt go nie usłyszał.
- Proszę. - powiedziała Hermiona, wysilając się na uroczy ton. - Proszę. Bude łaska. S'il te plaît. Inne słowa oznaczające "proszę" w językach, których nie znam.
Jolie westchnęła, wywracając oczami. Wyciągnęła dłoń po swoje pieniądze, na co Hermiona niechętnie je oddała.
- Chodź. - zaczęła Francuzka. - Kupię ci te glany, ale dasz mi spisać pracę domową z matmy.
- Nie bój nic, kochana, spiszę ją z neta, a potem ci podeślę.

Tayler westchnął ciężko, rozłączając się. Chyba i tak zapomniały, że połączenie trwało.

Sophie, Nazz i Ron byli już na miejscu. Zlot członków organizacji B.A.B.E.C.Z.K.A. od zawsze budził zainteresowanie, jednak tym razem Jefferson mogła na własne oczy zobaczyć, że żadna z opinii nie była przesadzona. Miejsce to faktycznie intrygowało i cieszyło oczy. Nie chodziło o same stragany, a o atmosferę. Zło unosiło się w powietrzu, łącząc się z zapachem świeżo upieczonych babeczek.
- Tato, - zaczęła Sophie, rozglądając się dookoła - a dlaczego ty nie masz takich robotów?
Mężczyzna spojrzał w prawo. Jego córce rzuciły się w oczy większe od ludzi roboty, które posiadała większa część organizacji.
- Faktycznie, trzeba będzie sobie takiego sprawić. - stwierdził.
Cała trójka ruszyła w stronę znajomego, z którym mieli się spotkać. Już z daleka widać było Heinza w towarzystwie Norma, który najbardziej rzucał się w oczy. Obok nich stało też jakieś dziecko, którego ani Ron, ani Sophie nie znali.
- Cześć wam! - przywitał się Dundersztyc, machając do nich ręką. - O, Ron, doczekałeś się kolejnego dziecka? - tu spojrzał z uśmiechem na Nazz. - Nieźle. Nie wiedziałem, że masz jakąś dziewczynę.
- Guten Tag Heinz.
- Guten, guten. To, co tam u ciebie? Ładny inator.
Słysząc to, Adventure uśmiechnął się krzywo.
- Nie znasz jeszcze Nazz. - zauważył blondyn, wskazując na niebieskowłosą. - Poznaj moją siostrzenicę.
- To ty masz siostrę? - zapytał ze zdziwieniem, na co ten pokiwał głową. - Super! Miło poznać. - tu zwrócił się do Nazz, po czym oboje podali sobie dłonie. Następnie Dundersztyc ponownie zwrócił się do kolegi - A znasz mojego wnuka? - mówiąc to, wskazał na dziesięciolatka. - Ma na imię Lance i jest z przyszłości. Nieźle, nie?
- Cześć! - zawołał uradowany chłopiec. - Wow, - tu spojrzał na kuzynki z zaciekawieniem, jednak uśmiech wciąż pozostawał tak samo szeroki. - W moich czasach jesteście już dorosłe! Ale czad!
- Przyszłość? - zapiszczała Sophie, podskakując. - Yay! To powiedz kochanieńki, czy będę żoną Irvisia? - Lance już otwierał usta, by odpowiedzieć, jednak ta w porę mu przerwała. - Czekaj. To oczywiste, że nią będę. Powiedz lepiej z kim będzie moja sis! I z kim Jolie! I Taylerek! I Ginny! I Herma! O, a czy będę prezydentem? Czy Proczadzikowcy zdobędą władzę nad światem? CZY TAYLEREK JEST JEDNAK GEJEM? Czy Austria wygra Eurowizję? Czy Złe Trio upadnie? Czy hymn Proczadzikowców będzie hymnem zjednoczonego wszechświata?
- Nie jestem pewny, czy powinniśmy tak poznawać przyszłość. - zauważył Ron, jednak został zignorowany.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział Lance. - Waszą dwójkę, - tu spojrzał na Nazz i Sophie. - słabo znam.
Na te słowa, entuzjazm Sophii nieco opadł. Szkoda, zawsze lepiej jest być czegoś pewnym.
- Nie martw się sis. Ja znam odpowiedzi na te wszystkie pytania. - powiedziała Nazz, kładąc blondynce dłoń na ramieniu. - Więc słuchaj. Jasne, że będziesz żoną Irvisia. To wie każdy, on na pewno też. Ja z nikim nie będę, bo jestem niezależna i samowystarczalna, ale za to będę matką chrzestną waszego dziecka. No i na co komu facet, skoro do naprawiania zlewu będziemy mieć Taylerka? Jolie będzie z Taylerkiem, to przecież oczywiste. Ginny będzie z kolesiem, który zawodowo rysuje mangi, a Herma z jakimś Ukraińcem. Nie będziesz prezydentem sis, tylko cesarzową. Proczadzikolandia będzie pierwszą republiką w której jest cesarz... Czy tam drugą, nie wiem. Kogo to obchodzi? Ale będzie proczadzikowy rząd, bo my będziemy rządzić. Taylerek nie jest gejem, bo podoba mu taka jedna. On jej nie, no ale bywa. A kogo obchodzi Eurowizja? Niemiecki będzie drugim językiem urzędowym w Proczadzikolandii! Jasne, że Złe Trio upadnie. I tak, będzie.
Adventurówna otworzyła szeroko buzię, patrząc na Niebieską z podziwem.
- Sis, jesteś niesamowita. - wydusiła z siebie blondynka. - Jesteś medium?
- Co? Nie, nie pracuję w mediach. Po prostu nigdy się nie mylę.
Cała grupa ruszyła w stronę głównego zbiorowiska.

Tayler szybko wyjął dłonie z kieszeni. Na jego nieszczęście, słońce jakby specjalnie dla niego zaczęło mocniej grzać. Chłopak zdjął z siebie bluzę, obowiązując ją wokół bioder.
Razem z tatą przybył na zlot B.A.B.E.C.Z.K.I. John ciągnął za sobą przykryty prześcieradłem inator, natomiast młodszy Stevenson zaczął rozumieć, że coś jest nie tak. Znów.
- Tato. - zaczął. - Właściwie, to od kiedy jesteś jednym z nich?
- Nie jestem, ale od czegoś trzeba zacząć. Myślę, że dziś mnie przyjmą! - odparł optymistycznie.
- Ale... czy rok temu też nie próbowałeś?
- No, tak, ale do trzech razy sztuka!
- Trzy lata temu też chyba próbowałeś. Tak, pamiętam to. To były najdziwniejsze urodziny jakie kiedykolwiek przeżyłem.
- O, bo nie pamiętasz swoich pierwszych. Wtedy to było bombowo!
Tayler już miał odpowiedzieć, aż w oczy nie rzucił mu się ktoś znajomy. Widząc Sophie, momentalnie zdał sobie sprawę, że życie jeszcze nie skończyło się z niego śmiać.
- Nie mówiłeś, że ona tu będzie! - wycedził przez zęby, patrząc na ojca z wyrzutem.
Mężczyzna uniósł brwi, uśmiechając się pobłażliwie.
- A to nie oczywiste? Jej tata jest tu dość znany, więc bywa co roku. Hej! A może on mnie wkręci po znajomości, co ty na to?
John gotów był ruszyć w jego stronę, dopóki nie poczuł, jak jego syn rozpaczliwie łapie go za rękę. Zanim zdążył się zorientować, był już za krzakami.
- Masz siłę po matce. - stwierdził beznamiętnie.
- Słuchaj, nie możesz tam iść! Ani ty, ani ja!
- Dlaczego?
Taylerek nie miał pojęcia jak mu to powiedzieć. Zwykłe "bo twoje wynalazki to niewypały" mogłoby go urazić. Dlatego też co chwilę otwierał i zamykał usta, podczas gdy John zaczynał domyślać się o co chodzi.
- Już rozumiem! - odezwał się entuzjastycznie.
- Serio?
- No jasne! Ona ci się podoba i nie chcesz, żeby było jej przykro, że z nami przegra.
- O. Tak. Właśnie o to chodzi.
- Aż mi się przypomniało jak poznałem twoją matkę. To była cudowna noc w komisariacie, ale ostatecznie odebrali nas rodzice. Było warto spisać na szybko jej dane personalne, gdy policjant nie patrzył.
- Mama mówiła, że poznaliście się w bibliotece.
- Mówiła też, że jej rodzice pobłogosławili nas na nowej drodze życia, a tak na prawdę, to rzucali we mnie bigosem. Nie zrozum mnie źle, ale twoja mama nie jest wiarygodnym źródłem informacji.
Słysząc to, chłopak uśmiechnął się mimowolnie, natomiast John przyciągnął bliżej swój inator.
- Ale nie musisz się martwić, bo do tego właśnie służy mój inator!
- W sensie?
- Zmienia wygląd zewnętrzny. Tak zupełnie, nie do poznania. Nie wiem tylko jak z osobowością, na nikim go nie próbowałem. Znaczy wiesz, mam niby szczury laboratoryjne, ale szkoda mi ich było, więc zrobiłem z nich zwierzątka domowe.
- To wyjaśnia dlaczego chomiki Emilly nie wyglądają jak chomiki.
Zapadła krótka cisza. Tayler spojrzał na inator. Miał dwie opcje: zaryzykować utratą swojej osobowości, lub wciąż mieć szanse u Sophii. Na dobrą sprawę, był to trudny wybór.
Mógł też zawsze otwarcie przyznać się do tego, że bycie nieudacznikiem ma w genach. I to nie tylko po ojcu. Jego korzenie to same przegrywy życiowe i była to jedyna rzecz, którą starał się ukryć przed światem.
- Co mi tam? - westchnął, podchodząc do urządzenia. - Gorzej już chyba i tak być nie może, nie?
Po tych słowach ustał przed celownikiem, po czym nacisnął przycisk. Nie minęła nawet sekunda, gdy trafił w niego niebieski promień, rzucając nim prosto w drzewo stojące naprzeciwko.
Chłopak cicho jęknął osuwając się na ziemię. John szybko podbiegł do niego, patrząc na syna z przerażeniem.
- Nic ci się nie stało?
- Przynajmniej wiemy, że inator nie działa.
Stevenson podniósł się na równe nogi, otrzepując z siebie kurz.
- Możemy wracać? - zapytał z nadzieją. - Chyba mam wstrząs mózgu.
Mężczyzna podszedł do swojego inatora, przyglądając mu się dokładniej. Nie mógł uwierzyć, że jednak nie jest idealny. Przecież ciężko nad nim pracował, poświęcił mu masę czasu...
- A może jednak uda się go naprawić?
- No chyba sobie żartujesz?
Tayler spojrzał na niego z wyrzutem, na co ten tylko wzruszył ramionami.
- Nie. - dodał chłopak. - Nie, nie naprawisz tego. To niemożliwe i omal nie doprowadziło mnie do wstrząsu mózgu. Tak, będę powtarzać słowo "nie", aż mi nie przerwiesz. To nie działa. I nie zadziała. Nie ma szans. Prędzej ja przestanę być przegrywem.
- Nie jesteś przegrywem.
- Mhm.
- Mówię poważnie. Z resztą, w tej kwestii masz rację. - mówiąc to, wyrzucił urządzenie do rowu. - Ale wiem już co zrobimy!
- Nie możemy ukraść działającego.
Słysząc to, mężczyzna nieco posmutniał, wzdychając z zawodem.
- Takie konkursy i tak są upolitycznione i ustawione. - dodał szatyn. - Chodź, kupisz mi lody.
Oboje wyszli zza krzaków. Jak się okazało, słońce prażyło jeszcze mocniej, a Tayler zaczął tęsknić za przyjemnym cieniem. Jednak fakt, iż zje lody skutecznie mu to wynagradzał.
- Hej Taylerku!
Chłopak odwrócił się za siebie, dostrzegając machającą do niego Sophie. Szybko odwzajemnił gest, jednak dobry humor momentalnie go opuścił.
- O, to ty idź się baw, a ja dokończę inator.
Tayler westchnął ciężko. Czując całkowitą bezradność, dołączył do Nazz i Sophie.
"To będzie tragedia." ~ pomyślał.

Jolie i Hermiona przemierzały uliczki Danville. Na twarzy Ulaniuk widniał szeroki uśmiech, a w rękach trzymała czarną torbę z zakupami. Martinówna spoglądała na nią z zadowoleniem, czując, że było warto. Taką szczerą radość ciężko jest zobaczyć u Ukrainki.
- Jesteś absolutnie proczadzikowa! - mówiła niebieskowłosa. - W sumie to nie spodziewałam się, że mi serio kupisz te glany! Kochana jesteś!
- Nie ma sprawy. Lubię chodzić po sklepach, a kupowanie ubrań, czy butów jest odprężające.
Czerwonooka już miała odpowiedzieć, aż coś nie przykuło jej uwagi. Po drugiej stronie ulicy szła Ginger. Naprzeciwko Japonki wędrowały Izabela i Adyson - jej dawne przyjaciółki z zastępu Ogników. Hirano uśmiechnęła się lekko, machając im. Te jednak zupełnie ją zignorowały wymijając ją, po czym poszły w swoją stronę. Ginnny wyraźnie posmutniała.
- Auć. - powiedziała Jolie, patrząc na Japonkę ze smutkiem. - Szkoda jej.
- Szkoda. Durne mendy, mam ochotę zrobić im krzywdę.
- Później Hermuś. - mówiąc to, wykrzywiła usta w lekkim uśmiechu, po czym krzyknęła w stronę Ginger. - Ginny!
Hiranówna odwróciła się do nich nieśmiało. Wyglądała jakby nie do końca dowierzała, że ktoś się do niej odezwał. Fakt, iż należy do "oddziału Proczadzikowców" wciąż nie był dla niej do końca jasny.
- Idziesz z nami? - zapytała Francuzka.
Nie trzeba było jej długo przekonywać. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, szybko przebiegając przez ulicę. Nie zwróciła najmniejszej uwagi na trąbiące na nią samochody.
- Cześć wam. - przywitała je.
- Ale nie musisz ryzykować życia. - odparła z uśmiechem Jolie, podczas gdy Hermiona objęła Ginger ramieniem. - Idziesz z nami na kawę? Herma kazała mi stawiać, więc stawiam.
- I mam nowe glany. - dodała z zadowoleniem Hermiona, po czym cała trójka ruszyła w stronę kawiarni. - A Adyson to klapki ma na oczach, czy po prostu głupia?
Martin posłała jej spojrzenie mówiące "takich rzeczy się nie mówi", jednak ta nie wyglądała na przejętą. Ginger tylko uśmiechnęła się lekko, wzruszając ramionami.
- Po prostu głupia.

Stefie zaczęło być gorąco. Nie żeby dopiero teraz, po prostu wysoka temperatura była na tyle nieznośna, że dziewczyna zaczęła czuć się tak, jakby topiła jej się skóra. Odnosiła wrażenie, że uchodzi z niej życie.
A najgorsze było to, że ogień wcale się nie palił.
Gdy wcześniej go zapalili, zgasił go wiatr. Potem nie dało się go już wywołać.
"To słońce jest beznadziejne." ~ pomyślała Hirano.
Charlie i Fretka zaczaili się za krzakami. Rudowłosa obserwowała uważnie i przyjaciółkę i kuzyna. Tak, zakochał się. Wspaniale! Od dziś, on i Stefa stali się jej OTP. Tylko trzeba było ocalić damę serca Charliego, a to już do łatwych nie należało.
- Co proponujesz? - zapytała.
Chłopak przyjrzał się dokładniej całemu otoczeniu. Grupa kanibali bezskutecznie ocierała o siebie dwa kamienie, podczas gdy Stefa prażyła się na słońcu. Musiał przyznać, wyglądała przepięknie w blasku promieni. Zupełnie jak bogini.
Starał się jednak przekładać logikę nad rządzę. W końcu, jeżeli Stefa umrze, nie będzie miał kim się zachwycać.
- Powinniśmy wykorzystać to, że prawa nauki są po naszej stronie. - zaczął. - To prymitywne ludy. Pierwsze lepsze prawo fizyki zagwarantuje nam zwycięstwo.
- Nie znam się na tym.
- Znasz, znasz. - mówiąc to, podał jej średniej wielkości kamień. - Rzuć to.
- Gdzie?
- Gdziekolwiek byle nie za nas.
Flynnówna zmarszczyła brwi. Jej kuzyn do reszty zwariował. Nie miała jednak nic do stracenia. Nie myśląc długo, rzuciła kamień tak, że minął grupę kanibali. Zainteresowani tubylcy, słysząc świst, momentalnie pognali w stronę dźwięku.
- A nie mówiłem?
Po tych słowach, momentalnie podniósł się z miejsca, podążając w stronę Stefy. Fretka zamrugała kilka razy oczyma, nie mogąc zrozumieć o co chodzi. Szybko podskoczyła na równe nogi, zakładając ręce na biodra.
- Co to niby miało być?!
- Prawo fizyki. - odparł z uśmiechem, odwiązując węzły. - Ciało wprawione w ruch pokonuje drogę adekwatną do użytej siły.
- Nienawidzę przedmiotów ścisłych.
Stefa w końcu postawiła stopy na ziemi. To było uczucie nie do opisania. Przeżyła, opaliła się i poznała tutejszą kulturę. Same plusy!
- Dzięki. - powiedziała dziewczyna, trzymając chłopaka za rękę. - Niezły jesteś. O, fajnie się opaliłeś!
To nie była opalenizna, tylko rumieniec. Mocny, czerwony rumieniec na policzkach, który spowodowany był jej bliskością. Patrzyła na niego tak niewinnie swoimi brązowymi oczyma, a on zapomniał jak się nazywa. Nie mówiąc już o fizyce. W jego głowie rozbrzmiewał marsz weselny, a w wyobraźni widział Stefę w białej sukni. I z ich dzieckiem na ręku. Idealnie.
Z krainy fantazji wyrwała go Fretka, która prowadziła go w stronę gęstszej dziczy. Dopiero teraz zorientował się, że minęło sporo czasu od jego ostatniego kontaktu z rzeczywistością.
Jego wzrok znów padł na Stefę. Delikatny wiatr bawił się jej włosami tak uroczo, że on sam o tym zamarzył. Bardzo chciał ją dotknąć. A najbardziej włosów. Były takie piękne. I naturalne, co nie było częste wśród dziewczyn z jego otoczenia. Dziewczyny z Dallas bardzo często malowały włosy, dlatego po ich naturalnym kolorze nie było śladu. W przypadku Hiranówny chłopak był gotów uciąć sobie rękę - jej włosy nie były skażone żadną farbą.
"Co za beznadzieja" ~ pomyślała rudowłosa.
Bo Stefa miała chłopaka. I to na dobrą sprawę przekreślało wszelkie szanse jej kuzyna.
No ale, przecież Coltrane nie jest też jej mężem! No i nie układało się im. Ciągle była nadzieja.
Hirano szła na przedzie. Wydawała się niczym nie martwić, a ową sytuację traktować jak przygodę.
- Fretka. - zaczęła Japonka. - A nie próbowałaś nas przenieść do domu tym samym pilotem, który nas tu sprowadził?
Flynnówna stanęła jak wryta. Nie. Nie próbowała.
- Niech to szlag. - wycedziła przez zęby. - Czekajcie.
Puściła kuzyna, wyciągając z kieszeni przenośny teleport. W duchu wściekła na siebie, wcisnęła pierwszy lepszy przycisk, który przeniósł ich do ogródka.
- Nienawidzę swojego życia. - powiedziała.
Stefa wzięła głęboki wdech. Ona niczego nie żałowała. Było fajnie.
- Lecę do łazienki. - oświadczyła, po czym weszła do środka.
Zapadła krótka cisza, podczas której Fretka starała się dojść do porozumienia z samą sobą. Szybko się jednak ogarnęła, starając się zająć myśli czym innym.
- Mam pomysł. - zwróciła się do chłopaka, który tylko uniósł nieznacznie brew. Dziewczyna uśmiechnęła się porozumiewawczo, po czym krzyknęła w stronę okna pokoju swoich braci. - Fineasz! Ferb!
Nie trzeba było długo czekać, by ich głowy pojawiły się za szybą. Rudowłosy pomachał radośnie siostrze, jednak ta była zbyt przejęta, by to odwzajemnić.
- Już wiem co będziecie dzisiaj robić!
- To niesamowite! - wtrąciła Narcyza, wpychając się między braci. - Bo my też wiemy!
To był dopiero początek podwójnej randki, która miała być zapamiętana przez "zakochanych" do końca życia.

A może i potrójnej, bo Christianowi bardzo spodobała się ciekawość i pasja Loren.

Część 5

Część 5 A

Jolie, Ginger i Hermiona były już w kawiarni. W chwili obecnej Martinówna siedziała sama, jedząc swój czekoladowy deser lodowy. Ulaniuk poszła do łazienki, natomiast Hirano utknęła w kolejce po kolejnego shake'a. Tak, zdecydowanie się uzależniła.
Francuzka usłyszała dźwięk przychodzącego SMSa. Szybko wzięła komórkę do rąk, a po odczytaniu jego treści, uśmiechnęła się pod nosem. Fajnie, że przynajmniej jedna osoba zawsze chciała z nią popisać, niezależnie od tego, czy był to dzień, czy noc.
W tym momencie zerwał się silny wiatr, który momentalnie otworzył wszystkie okna. Wszelkie przedmioty zaczęły spadać ze stołów, a bardziej wątli ludzie mieli problemy z utrzymaniem się na krzesłach. W prawdzie Jolie również do takowych należała, jednak na nią owe zjawisko atmosferyczne jakby nie działało. Tylko złapała za swój puchar z lodami, by nie podzielił losu innych.
Już po chwili, wicher ustał. Wszystko uspokoiło się, jakby nic, a nic się nie stało. Oniemiali ludzie zaczęli powoli puszczać stoliki, obsługa również odetchnęła z ulgą.
Przed Francuzką siedziała postać w czarnym płaszczu. Jako iż kaptur miała zdjęty, widać było jej bladą, wychudzoną twarz, zapadnięte oczy i policzki. Jej włosy wydawały się być kruche i łamliwe, jednak mimo to, były zadziwiająco długie, a ich kolor przypominał smołę.
Poznajcie Śmierć we własnej osobie.
Uśmiechała się do Jolie przyjaźnie, co ta odwzajemniła.
- Dzień dobry Lilith. - powiedziała Martin, biorąc kolejną łyżeczkę lodów do ust.
- Smacznego kochanie. - odparła.
- Merci. Mam rozumieć, że tylko ja cię teraz widzę i wszyscy dookoła mają mnie za wariatkę?
- Tak. Ale nie martw się, to długo nie potrwa.

Ferb parsknął głośnym śmiechem. Pozostali nie mieli pojęcia dlaczego. Narcyza w prawdzie chciała pomacać jego twarz, by się dowiedzieć, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się.
Fletcher, jego kuzynki, Charlie, Fineasz i Fretka siedzieli w kółku na dywanie. Wcześniejsze Shiperskie Trio poszerzyło się o trzy osoby, jednak by zachować jakiś porządek, zdecydowali się nie zmieniać nazwy. Z resztą, nie wiadomo ile członków grupy na prawdę zostanie do końca życia.
- Ale dlaczego? - zapytał Flynn. - Przecież wy do siebie idealnie pasujecie!
- Aura nie kłamie. - dodała Narcyza. - Wasze dusze są bliźniacze. Urodziliście się po to, by złączyć się pod ołtarzem i być razem do końca waszych dni!
- Za dużo naoglądałaś się hiszpańskich telenowel. - stwierdził Ferb, wywracając oczami. - Nie. Powtarzam po raz setny i ostatni. Nie. Umówię. Się. Z. Jolie.
- Przepraszam, ale mówiąc szczerze, to w poważaniu mam jego perypetie miłosne z jakąś żabojadką. - wtrąciła Fretka. - Mieliśmy swatać tego tu, - mówiąc to, wskazała na Charliego. - ze Stefą. I to się może udać bardziej, bo może oboje będą chętni.
Nastolatek uśmiechnął się nieśmiało w odpowiedzi. Mówiąc szczerze, niezbyt odpowiadało mu siedzenie w kółku i planowanie randki, na którą nawet nie wiedział, czy przyjdzie zaproszona.
- Spoko Fretka, zrobimy dwie randki jednocześnie. - odparł Fineasz. - Narci, Gabi, już wiem, co będziemy dzisiaj robić!
- Powtarzam wam, JA NIE CHCĘ ŻADNEJ RANDKI! - krzyknął Fletcher.
W odpowiedzi, Narcyza podeszła do niego, obmacując po twarzy.
- Chcesz.
Chłopak zabrał jej rękę, rumieniąc się lekko. Ta tylko się roześmiała, wracając na swoje miejsce.
- To będzie udana randka. - stwierdziła.
- Jaka randka?
Drzwi niespodziewanie otworzyły się, a w progu stała uśmiechnięta od ucha do ucha Stefa. Wszyscy wpatrywali się w nią zmieszani, aż w końcu Narcyza nie powiedziała;
- Ale ona ma chłopaka.
Fretka otworzyła szeroko buzię, posyłając Charliemu spojrzenie pytające "skąd ona to do cholery wie?!" na co ten tylko wzruszył ramionami. Był już przyzwyczajony do takich wypowiedzi siostry. Bardziej przybił go fakt, że jego zauroczenie już kogoś ma.
Stefa również nieco spoważniała, mrugając kilka razy oczyma.
- Ale nie jest z nim szczęśliwa. - dodała Narcyza. - Więc może się udać.
- Zaraz... Ale o czym wy mówicie? - wyjąkała Hirano.

Turystyka w Transylvani kwitła. Praktycznie przy każdym zabytku ustawione były kolorowe stragany, które przyciągać miały wzrok turystów zakochanych w regionie. Tacy zawsze byli chętni do zakupów nawet najmniej istotnych drobiazgów. Jedną z takich klientów była Loren, która po zwiedzeniu zamku Draculi wręcz nie mogła się odciągnąć od uroczych pamiątek. Christian widząc jej radość nie mógł nie pogratulować sobie roboty. Był świetnym przewodnikiem.
- Podoba ci się? - zapytał, gdy ta wzięła w dłonie kubek z podobizną Vlada.
- Jasne, świetny jest. Picie z niego kakaa musi być super.
- To go kup. Co ci tam?
Dziewczyna spojrzała na cenę. Wprawdzie był trochę drogi, jednak... No, drugiego takiego w Danville nie znajdzie.
- Masz rację. - stwierdziła, po czym podała sprzedawcy pieniądze.
Chłopak podparł ręką policzek, wpatrując się w dziewczynę. Może i nie był zakochany, ale bardzo mu się podobała. Wydawała się wyróżniać spośród innych dziewczyn. Widział, że w przeciwieństwie do jego koleżanek, ma o wiele bardziej oryginalne zainteresowania.
- Że tak zapytam, ile masz lat? - zaczął.
- Trzynaście.
- O! Jesteś o rok młodsza ode mnie!
Słysząc to, Loren spojrzała na niego ze zdziwieniem. Christian uśmiechnął się promiennie, jak gdyby nigdy nic.
- "Bo ja mam marzenie". - zacytowała go. - Serio? Ja to ci daję max pięć lat.
Adventure roześmiał się, na co ta z uśmiechem wywróciła oczami.
- A ty jesteś zbyt dorosła. - odparł. - Weź się zabaw! Niedaleko jest plac zabaw. Idziesz ze mną?
- Nie jesteśmy dziećmi.
- Dorośli też nie jesteśmy. Carpe diem, no chodź!
Wyciągnął w jej stronę dłoń. Rarity popatrzyła na niego niepewnie, po czym podała mu rękę.

Sophie, Nazz i Tayler jedli lody włoskie, siedząc na ławce pod drzewem, które dawało zbawienny cień. Wszystko było w porządku, dopóki Sophie nagle nie poczuła ukłucia w sercu, a jej źrenice poszerzyły się. Widząc to, Jefferson wzięła jej loda, by go nie upuściła. Szkoda by było.
- Wszystko dobrze sis? - zapytała z troską.
Tayler spojrzał na blondynkę ze zdziwieniem, podczas gdy ta złapała się za serce, jakby była bliska zawału. Chłopak zaczął zastanawiać się, czy nie powinien dzwonić po pogotowie.
- Nic nie jest dobrze sis. - wydusiła Adventure, starając się złapać oddech. - Ktoś. Kogoś. Swata.
Słysząc to, Stevenson tylko wywrócił oczami, wracając do jedzenia. Niebieska z kolei była tym o wiele bardziej przejęta. Patrząc prosto na Sophie, podała Taylerowi lody, by je potrzymał, jednak niechcący walnęła go nimi w nos.
- Tego już za wiele! - oburzyła się Nazz. - Jak oni mogą swatać, kiedy jedyna swatka na świecie siedzi tu?! Bezczelność i znieważenie!
Blondynka wydawała się być nieobecna. Patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem, wyciągając rękę ku niebu.
- Pra dziadek? - zapytała słabym głosem, mrużąc oczy. - To ty? Przecież umarłeś w Auschwitz.
- Twój pra dziadek umarł w Auschwitz? - zapytał chłopak, wycierając nos.
- Tak, spadł z wieży strażniczej. - odpowiedziała, po czym wyciągnęła rękę wyżej. - A więc przyszedł mój czas.
- Nie! - krzyknęła Nazz, stając przeciwko kuzynki, czym prawdopodobnie nadepnęła na stopę domniemanego dziadkowi blondynki. - Nie umrzesz sis! - mówiąc to, złapała ją za rękę. - Idziemy znaleźć tych pseudo swatów i pokazać im, gdzie ich miejsce! Taylerku, idziesz z nami?
Było mu to na rękę. Jeżeli długo zejdzie, to oszczędzi sobie kompromitacji.
- Jasne.

Jeremi nie miał cierpliwości. To był fakt, jednak trzeba było mu przyznać, umiał hamować żądze mordu przy dziecku, a to na prawdę duży postęp. I trzeba też dodać, że nie wiedział, iż jest to jego syn, więc spokojnie uznać można, że pobyt na Ziemi mu służy. Kto wie? Może pewnego dnia będzie zupełnie normalny?
Okay, to akurat fantazje.
Scott natomiast był już zmęczony chodzeniem. Starszy Rarity stawiał o wiele większe kroki od niego, przez co ten praktycznie biegł. Nie mogąc już wytrzymać, usiadł na pierwszej lepszej ławce, łapiąc oddech. Jeremi spojrzał na niego z zażenowaniem.
- Szybko poszło. - stwierdził.
Chłopiec rzucił mu spojrzenie pełne pogardy, co jednak niezbyt ruszyło nastolatka. Chyba się już przyzwyczaił.
- Przykro mi, ale w przeciwieństwie do ciebie nie prowadziłem koczowniczego trybu życia w wieku dziesięciu lat i nie latałem z karabinem po polach. - odparł ironicznie. - Masz jakiś problem ze zrozumieniem, że nie wszyscy są tak zryci jak ty?
Słysząc to, Jeremi wytrzeszczył szeroko oczy. Scott zdał sobie sprawę, że może nie powinien tego mówić, gdyż mogło go to zdradzić, jednak mówiąc szczerze, nic, a nic go to nie obchodziło.
- Wyglądasz na takiego, co na pytanie; "mogę nie iść dzisiaj do szkoły" odpowiada; "kiedy ja byłem na wojnie, to szkoły nie było, ale wszyscy o niej marzyliśmy, więc bądź cicho, bierz plecak i idź". - dodał chłopiec. - Serio, twoja mimika twarzy zdradza wszystko.
Jeremi wciąż wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. Ten tylko wywrócił z zażenowaniem oczami, podnosząc się.
- Idziesz, czy czekasz na zaproszenie? - rzucił, zostawiając nastolatka w tyle.
Starszy Rarity musiał przyznać, dzieciak chociaż bezczelny, to jednak mu zaimponował. Gdy więc otrząsnął się z pierwszego szoku, ruszył za nim. Widząc to, młodszy uśmiechnął się triumfalnie.
Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, rozległ się dzwonek telefonu. Scott ze zdziwieniem zauważył, że wyświetla się numer jego ojca.
- Halo?
- Wiesz może dlaczego w mojej pamięci pojawiło się wspomnienie, którego wcześniej nie było?
W odpowiedzi, czarnowłosy roześmiał się nerwowo.
- I uważaj jednak na słownictwo. - dodał.
- Wiesz, mama nie bez powodu mówi, że z charakteru jesteśmy jak dwie krople wody.
- Tak, z tym się zgodzę. Niestety.

Buford jak gdyby nigdy nic, w najlepsze zajadał się kebabem. Musiał przyznać, było to najlepsze, co kiedykolwiek miał w ustach! Ten niebiański smak rozpływający się w ustach. Ah, takie kebaby ma tylko Wampirolandia. Turcja wybrała sobie dobrą stolicę.
Nagle coś sobie uświadomił. Z wrażenia aż wypluł mięso, po chwili je oczywiście zbierając, ponieważ szkoda by go było. Dał sobie jeszcze chwilę na przełknięcie, po czym popadł w panikę.
Loren zniknęła!
To mogło oznaczać tylko jedno...
Porwały ją wampiry i chcą ją zmusić do małżeństwa, by została ich królową!
Chłopak przysiągł sobie, że gdy tylko dokończy kebaba, natychmiast ruszy swej oblubienicy na pomoc. Pochwalił się przy okazji za braterskość. Może w nagrodę przed odsieczą ratunkową kupi sobie kolejną porcję? Tak, to dobry pomysł. Przecież nie może ją ratować na głodnego. To nie miałoby sensu.

Tymczasem, Sophie, Nazz i Tayler byli już prawie na miejscu. Prowadziła ich blondynka, której podpowiadało serce, a konkretnie GPS namierzający wrogów, który dostała od taty na piąte urodziny. Tak, czy inaczej, prostą drogą dotarli pod dom Flynn-Fletcherów.
- No proszę, nie sądziłam, że Ferbciak będzie swatać ludzi. - powiedziała ze zdziwieniem Nazz, zakładając rękę na biodro. - Albo to jego shipują, co nie ma w sumie sensu, bo jego nikt nie kocha. Taylerku, co powiesz?
Chłopak spojrzał na dom. Uniósł tylko prawą brew ku górze.
- Pierwsze o nim słyszę.
- Czekaj, poważnie? - zapytała ze zdziwieniem, na co ten pokiwał głową. - Nigdy nie słyszałeś o ich kolejce górskiej? Albo o tych ogromnych robotach? Ten wasz Nowy York to aż takie zadupie?!
Stevenson uśmiechnął się pod nosem na tę uwagę.
- Fakt. Danville to przy Yorku niezła metropolia. - odparł sarkastycznie.
Sophie nie uczestniczyła w rozmowie, była bowiem zbyt przejęta. Zajrzała za płot, co było wyjątkowo trudne biorąc pod uwagę jej niski wzrost. Ledwie widziała kawałek ogródka, a na domiar złego, był pusty.
- Taylerku, przydaj się na coś i podsadź mnie. - powiedziała, nie mogąc już ustać na palcach.
- Nie możemy po prostu zapukać?
- Nie! Musimy mieć dokładną pewność, że nie mają tu nigdzie lochów dla swatów, którzy są lepsi od nich!
Tayler westchnął ciężko. Nazz z kolei wzięła słowa blondynki bardziej na poważnie. Zasłoniła sobie usta ręką, wytrzeszczając szeroko oczy. Gdy jednak otrząsnęła się z pierwszego szoku, szturchnęła przyjaciela w ramię, uśmiechając się zadziornie.
- Ja na twoim miejscu bym się zgodziła, bo poza przyjacielskimi uściskami, nie będziesz miał więcej okazji, by ją dotknąć.
Na te słowa, Tayler zaczerwienił się, patrząc na Nazz z wyrzutem. Ta tylko mrugnęła porozumiewawczo.
Chłopak wziął Sophie na barana. Dziewczyna złapała go za głowę, czując wiatr we włosach. Uśmiechnęła się więc szeroko, napawając się chwilą.
- Szkoda, że mnie teraz nie widzisz Taylerku, wyglądam majestatycznie!
Chłopak nie miał zbytnio okazji, by ją teraz zobaczyć, gdyż dość mocno i boleśnie opierała na jego twarzy rękę.
- Sis, zrób fotkę! Irviś będzie zachwycony!
"Jeszcze jedno słowo o nim, a przysięgam, zrzucę cię" ~ pomyślał.
- Sophie, błagam cię, skup się. - westchnął Stevenson, gdy Nazz robiła im zdjęcia.
Blondynka przyjrzała się uważnie ogródkowi. Było pusto, jednak ona wolała nie wyprzedzać faktów. W końcu, kto wie? Może mają gdzieś ukryte przejście, które prowadzi właśnie do lochów?
- Dobra kochani, chyba musimy, - tu zrobiła dramatyczną pauzę, budując napięcie. - się włamać.
- Ja odpadam. - odparł natychmiast Tayler, instynktownie puszczając kolana Sophii, na skutek czego ta spadła na ziemię. - Nie mogę mieć problemów z prawem. Odkąd mama pobiła menela, mamy kuratora na głowie.
Jefferson podała rękę Adventure, pomagając jej wstać.
- Sorki. - dodał.
- Spoko Taylerku, to tylko wstrząs mózgu. - odparła, machając lekceważąco ręką. - Poza tym, przecież nie jestem głupia. Plan jest taki. - tu nachylili się nad nią, by nikt postronny ich nie słyszał. - Sis, ty załatwiasz kominiarki. Taylerku, ty jakąś broń. Za kwadrans spotykamy się tutaj, by dopełnić naszego przeznaczenia.
- Robi się sis! - zasalutowała Nazz, po czym zapytała. - A ty co załatwiasz?
- Ja oczywiście dostarczę nam wiele pozytywnej energii i słowa wsparcia!
Nazz uniosła kciuk ku górze, po czym ruszyła po swoją działkę. Tayler posłał Sophii ostatnie błagalne spojrzenie, na co ta uniosła jedną brew.
- Co się stało Taylerku? - zapytała z pogodnym uśmiechem, zakładając ręce na biodra.
- Musimy? Jakoś nie czuję się na siłach, by włamywać się obcym ludziom do domu.
- A co, źle się czujesz? - spytała z troską, układając dłoń na jego czole. - Meh, zawsze byłeś chorowity. Boli cię główka? Albo brzuszek? Albo nogi? Albo wszystko?
- Nie jestem chory.
- Masz okres?
- Co? Nie! Po prostu uważam, że ta akcja to niewypał.
Słysząc to, dziewczyna uśmiechnęła się z politowaniem, kręcąc nieznacznie głową.
- Oh, Taylerku, Taylerku, Taylerku. Taylerku, Taylerku, Taylerku, Taylerku, Taylerku, Taylerku, Tay...
- Sophie. - przerwał jej. - O co chodzi?
- No właśnie nie wiem. Powtarzałam twoje imię, żeby wymyślić w tym czasie jakieś słowa, które dodadzą ci otuchy i większej pewności siebie.
- Ale ja jestem pewny siebie. Wątpię tylko w tą akcję.
- Na to też nie mam pomysłu. - odparła. - No nic, ty leć po broń, a ja w tym czasie coś wymyślę.
Chłopak uznał, że nie ma sensu dłużej się z nią spierać. Ruszył więc w swoją stronę, jednak w porę uświadomił sobie pewną rzecz. Odwrócił się w jej stronę na pięcie, patrząc na nią podejrzliwie.
- Sophie, od kiedy ty wiesz co to okres?
Pytał, ponieważ doskonale pamiętał jak rok temu Adventure wyśmiała nauczycielkę biologii, po tym jak ta tłumaczyła im proces zapłodnienia. Blondynka upierała się, że dzieci biorą się z kapusty, a gdy argumenty nie trafiały do profesorki, zbulwersowana Sophie zadzwoniła do prezydenta Brazylii, by ten potwierdził jej rację. I co ciekawe, potwierdził.
- Taylerku, przecież wszyscy to wiedzą. - odpowiedziała, uśmiechając się z politowaniem. - Funkcja okresowa! Mój ulubiony dział z matmy. Poznałam ją, gdy taki jeden z podstawówki, nie było cię, bo znów byłeś chory, powiedział mi "co ty, okres masz?", a ja nie wiedziałam o co chodzi, więc wzięłam encyklopedię i wszystko stało się jasne! Następnego dnia odpowiedziałam mu, że niestety nie, ponieważ nie wiem czy mam w sobie funkcję T-okresową i czy występuje we mnie chociaż jedna dowolna niezerowa liczba wymierna.
- O.
- Ehh, matma. Moja piąta miłość! Zaraz po Irvisiu, sis, malinkach, języku niemieckim i po tobie!
Słysząc wzmiankę o sobie, Tayler uśmiechnął się lekko.
- Bo jesteś moją prawie sis! - dodała. - Prawie, bo wiesz, Nazzy jest pierwszą sis.
I uśmiech natychmiast mu zrzedł.
- Ja lecę po tą broń.

Hermiona wróciła z toalety, jednak w środku drogi do stolika zatrzymała ją Ginger. W odpowiedzi na pytające spojrzenie Ukrainki, Japonka wskazała jej głową Jolie, która rozmawiała sama ze sobą, a przynajmniej tak wyglądało to z ich perspektywy. Martinówna mówiła z podekscytowaniem, śmiejąc się przy tym głośno, chociaż nikogo przy niej nie było.
- Zwariowała. - westchnęła Hirano. - Po prostu zwariowała.
- Wiesz, nie znam Nazz tak długo jak ona, ale gdybym znała, to też pewnie bym straciła zmysły.
Tymczasem Jolie plotkowała najlepsze z samą Śmiercią, po raz pierwszy nic sobie nie robiąc z czyiś spojrzeń. Lilith również dobrze się z nią bawiła, gdyż uśmiechała się szeroko, nie przerywając rozmowy.
- Lucyfer stracił dla niej głowę, ja ci mówię! - ciągnęła Kostucha. - Zaniedbuje męczenie dusz potępionych, by zabrać ją na randkę. Nieco to dziwne biorąc pod uwagę fakt, że jej ciało jest w stanie rozkładu.
- Wiesz, jest zakochany. To w sumie słodkie.
- Tak, ale nie powinien tego przekładać na pracę. Ostatnio wysłałam do niego dusze psychopatycznego mordercy, a on co? Posadził go na jakiś fotel i kazał siedzieć i "czekać". Ten koleś do dziś czeka!
- A kiedy go tam do niego wysłałaś?
- 30. kwietnia 1945 roku.
Na te słowa, dziewczyna uniosła brwi, biorąc łyżkę lodów do ust. Śmierć tylko westchnęła, podpierając policzek swą kościstą (dosłownie, skóra sięgała jej do przedramion) ręką.
- A co tam u ciebie?
- Ujdzie. Mój frenemezis nie odpisuje na SMSy. Przyszłam z koleżankami na lody i jakoś ten czas leci.
- Chodzi o tego zielonego chłopaka, co się z nim kłócisz? - zapytała, na co przyjaciółka spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Tak, obserwuję cię regularnie. To chyba normalne, skoro jesteś...
- Nie musisz mi przypominać. Serio, pamiętam.
Lilith uśmiechnęła się przepraszająco.
- No nic, ja będę lecieć. Muszę jeszcze sporo duszyczek zabrać. Zaraz będzie zamach terrorystyczny.
- Jaki zamach?
- Jeszcze się nie wydarzył. Zostało kilka dni, ale warto sobie wszystko przygotować. Miłego dnia!
Po tych słowach, jak gdyby nigdy nic zniknęła. Do oszołomionej Jolie podeszły jej przyjaciółki, patrząc na nią niepewnie.
- Wszystko gra? - zapytała Ginger. - Chcesz telefon do dobrego psychologa?
Martin spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym uświadomiła sobie o co chodzi. No tak, przecież one nie Lilith nie widziały.
- Wszystko gra, czasem lubię pogadać sama ze sobą. - zełgała bez mrugnięcia okiem.

Heinz i Ron stali w kolejce. Dostali numerek z cyframi 1001 i 1002, a jako że swoją kandydaturę przedstawiał numer 5, mieli jeszcze sporo czasu. W międzyczasie Dundersztyc raczył swojego kolegę opowieściami ze swojego życia, których jednak słuchał tylko jego wnuk, chociaż znał je wszystkie na pamięć.
Po krótkim czasie, podeszła do nich niska blondynka, uśmiechając się przyjaźnie.
- Czołem wam!
- O, hej Crimson! - odparł Dundersztyc, po czym dodał z dumą. - Poznaj mojego wnuka!
Kobieta spojrzała z zainteresowaniem na chłopca, który jej pomachał.
- Ooo, masz wnuka! Jaki uroczy! - mówiąc to, zwróciła się do niego. - Hej! Jestem C..
- Tak, znam cię. - przerwał, podając jej rękę, machając nią żwawo. - Jestem Lance i chętnie bym ci opowiedział ze szczegółami, ale chyba nie mogę, bo jakaś tam czasoprzestrzeń czy coś. Chyba, że chcesz spojlery! Opowiedzieć ci spojlery z twojego życia?
Kobieta zmarszczyła brwi, patrząc na Heinza ze zdziwieniem.
- Jest z przyszłości. - wyjaśnił.
- Oooo! To dużo wyjaśnia! - odparła, a na jej twarz powrócił uśmiech. - A spojlerków chętnie posłucham.
Chłopiec już otwierał usta, by wszystko jej opowiedzieć, jednak w porę przerwał mu Ron.
- Nie polecam. - zwrócił się do siostry. - Czasem chyba lepiej nie znać swojej przyszłości.
- Zawsze widzisz tylko negatywy. - odparła lekceważąco, machając ręką. - A nie chciałbyś znać swojej przyszłości?
- Nieszczególnie.
Crimson stwierdziła, że dalsze przekonywanie go nie ma sensu. Zwróciła się więc ponownie do Lance'a.
- To kim będę w przyszłości? Wrócę do policji? Błagam, powiedz, że tak, bo mam dość uczenia wuefu gimbusów.
- Odeszłaś z policji? - zapytał zdziwiony Heinz.
Monogram uśmiechnęła się z zakłopotaniem, łapiąc się za kark. Adventure tylko wywrócił oczami.
- Tak, odeszłam. - odpowiedziała, wyszczerzając zęby. - Gdy dali mi wypowiedzenie, to stwierdziłam, że nie dam się tak się tak traktować i sobie poszłam.
Dundersztyc uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Nie masz czego żałować, i tak beznadziejnie płacili.
- Lepiej niż w szkole. Wiesz, kiedyś myślałam, że mój szef z komendy był psycholem. A potem poznałam dyrektorkę. Nie żeby coś, nawet ją lubię, ale mam dziwne wrażenie, że w schowku na miotły ma salę tortur. I zadziwiająco dużo wie o rewolucji francuskiej. I o Kolumbie. Jest dziwna. Ale trzeba jej przyznać, ma podejście do uczniów. Gdy wchodzi, ci boją się odezwać.
Oboje zapomnieli już o spojlerach z przyszłości. Lance skupił się więc na otoczeniu. Nie pierwszy raz znajdował się na takim zlocie, ze złem był za pan brat. Nic nie było w stanie go zaskoczyć. Mimo to, na widok ogromnej, dmuchanej zjeżdżalni, uśmiechnął się szeroko, ciągnąc Heinza za kitel.
- Dziadku, patrz! - zawołał entuzjastycznie, wskazując na atrakcję. - Chodźmy tam!
- Ooo, zjeżdżalnia! - ucieszyła się Crimson, klaszcząc w dłonie. - Ron, kup mi bilet! Proszę, proszę, proszę, proszę!
- Jesteś po dwudziestce. - przypomniał.
Na te słowa, entuzjazm kobiety nieco przygasł. Dundersztyc natomiast wyjął portfel z kieszeni, dając wnukowi banknoty. Chłopiec już miał pobiec na miejsce, jednak w ostatniej chwili, widząc smutek Monogramówny, złapał ją niespodziewanie za rękę, zmierzając w stronę zjeżdżalni.
- Nie smuć się, wmówimy im, że cykam się zjeżdżać sam. - powiedział. - Nie kapną się. Już tak robiłem kilka razy.
- O, dzięki młody! - odparła, a na jej twarz powrócił uśmiech. - Kochany jesteś!
- Potraktuj to jako odwdzięczenie się za ostatni prezent na święta.
Heinz odprowadził ich wzrokiem, na co Ron wywrócił tylko oczami.
- Gdyby nie kolejka i jej błyskawiczne poruszanie się, też bym zjechał kilka razy. - stwierdził Dundersztyc. - Tak swoją drogą, to masz fajną siostrę. Taka energiczna. Szkoda, że gdy ją poznałem, miała piętnaście lat.

Tayler otworzył drzwi od mieszkania. Jego początkowy kamienny wyraz twarzy nagle przeobraził się w zszokowany, gdy zobaczył swoją matkę przyklejającą panele taśmą klejącą.
Przy stole obok siedziała Emilly, popijająca sok. Na widok brata, uśmiechnęła się porozumiewawczo, machając do niego. Chłopak tylko wytrzeszczył szeroko oczy, posyłając jej pytające spojrzenie.
- Mamo, Taylerek przyszedł. - odezwała się.
Kobieta spojrzała na niego, co wybudziło go z czegoś w rodzaju transu.
- Nie miałeś być z ojcem? - zapytała Stevensonowa.
- Co ty robisz?
- A na co ci to wygląda? - mówiąc to, podniosła się do pozycji stojącej, zakładając ręce na biodra. - Znów jestem mężczyzną w tym domu! Podczas gdy wy się bawicie, ja dbam, żeby nasze mieszkanie jakoś wyglądało!
Chłopak dostrzegł kątem oka, że jego siostra z całej siły stara się stłumić śmiech. Tayler uznał więc, że dalsza rozmowa nie ma sensu.
- Mamy w domu jakąś broń? - zapytał. - Ale nie do zabijania, tylko do chwilowego unieszkodliwienia wroga.
Znał swoją mamę na tyle dobrze, że wiedział, że nie będzie specjalnie zaskoczona. Ona w końcu też go znała.
- Czy mamy broń? - powtórzyła ironicznie, podchodząc do lodówki. - Przy takich sąsiadach i rodzinie twojego ojca czułabym się źle gdybym jej nie miała.
Niektóre przyklejone taśmą panele odrywały się od podłogi na skutek jej kroków. Kobieta wydawała się jednak wcale tego nie zauważać.
- Trzymasz broń w lodówce?
- Jasne. Za sałatą, ponieważ nikt tam nie zagląda.
- To my mamy sałatę?
- Obok szczypiorku. - mówiąc to, otworzyła mebel, szukając wzrokiem warzywa. - Wczoraj robiłam to na obiad.
- Jakoś nie zauważyłem.
- Bo przykryła to stosem mięsa. - wtrąciła Emilly.
To by wiele wyjaśniało. Tak, czy inaczej, Tayler przyglądał się matce z uwagą, podczas gdy ta uparcie czegoś dla niego szukała.
- Ma wywołać trwały uszczerbek na zdrowiu? - zapytała po chwili.
- Nie, wystarczy, że go na trochę ogłuszy.
Na te słowa, Joasia spojrzała na niego z politowaniem.
- Ciota. - stwierdziła pod nosem, po czym wyciągnęła gaz pieprzowy. - Łap. - to mówiąc, rzuciła nim do syna. - Może ci się uda. A tak swoją drogą, to na cholerę ci to?
- Muszę się włamać. - wyjaśnił szybko. - Wrócę na obiad. Powodzenia z remontem!
Po tych słowach uśmiechnął się lekko, zamykając za sobą drzwiami. Kobieta odprowadziła go wzrokiem z kamiennym wyrazem twarzy. Emilly wydawała się być bardziej zainteresowana sytuacją.
- Nie martwisz się, że narobi sobie problemów? - zapytała po chwili milczenia dziewczynka.
Kobieta wzruszyła tylko ramionami.
- Mam swoje problemy, póki nie ściąga na nas sądów, to niech robi co chce.

Scott spojrzał na Jeremiego z ukradkiem. Uśmiechnął się dostrzegłszy, że z twarzy niewiele się zmienił przez te wszystkie lata. - Opowiedzieć ci o moim tacie?
Nastolatek spojrzał na niego ze zdziwieniem. Chłopiec uśmiechał się promiennie, jakby nie widział nic dziwnego w swoim pytaniu.
- Okay, mów co chcesz.
- Opowiem ci najlepszą historię. Słuchaj. Była taka sytuacja, że poszedłem do szkoły normalnie, nie? Ale słuchaj jak do ciebie mówię. - dodał pośpiesznie widząc, że nastolatek nie patrzy mu w oczy. - I szedłem sobie jak człowiek, aż zaczepia mnie ten śmieć z mojej klasy. Mówię ci, drugi Hitler. Chociaż nawet Hitler był milszy od tego śmiecia. - na tę uwagę, Jeremi nie mógł pozbyć się wrażenia, że ten Scott mocno przypomina mu Miltona. - No i on do mnie "ej, uważaj jak łazisz", chociaż to on nie umie chodzić ze zrozumieniem!
- Chodzić ze zrozumieniem?
- Ale mi nie przerywaj, ja ci nie przerywałem. Więc tak, ja mu mówię, żeby zamknął ryj, bo jego ryj przypomina psią kupę. Wujek mnie nauczył tej riposty. - dodał. - Tak, czy inaczej, on do mnie "no to cho na solo", a ja wtedy "okay, kiedy?" a wiesz co ten śmieć na to? "Teraz". Tego to ja się nie spodziewałem, więc powiedziałem mu, że najpierw muszę iść do łazienki. No i on na to "okay, ale się pośpiesz". No to ja poszedłem do domu i pytam się taty jak skutecznie zabić przeciwnika jednym ciosem. I on się na mnie patrzy z takim zdziwieniem i mówi "ale na co ci to?", a ja mu mówię, że pokłóciłem się z tym frajerem. A tata nie lubił się z ojcem tamtego, więc powiedział żebym walnął go w skroń jakimś mocnym kamieniem. I ja już szedłem to zrobić, ale mama powiedziała, że nie, bo tak nie można. Nadążasz? - Jeremi pokiwał powoli głową. - Super. No i ostatecznie skończyło się, że nie poszedłem do szkoły, tylko tata zabrał mnie na lody. Znaczy, powiedzieliśmy mamie, że na lody, a tak naprawdę to poszliśmy na strzelnicę. I nauczył mnie strzelać z pistoletu! To był najfajniejszy dzień mojego życia!
- Wow. - skomentował krótko nastolatek. - Właściwie, to po cholerę mi o tym mówisz?
- A tak sobie. - odparł z uśmiechem, wzruszając ramionami. - Była niezręczna cisza, więc ktoś ją musiał przerwać, a ty zbyt wygadany nie jesteś.
Nie mógł mu nie przyznać racji. Starszy Rarity nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w tym chłopcu było coś uroczego, chociaż zazwyczaj rozgadane dzieci sprawiały, że miał ochotę wyrwać sobie uszy.
- Mówisz podobnie jak mój Scott. - powiedział. - To chyba kwestia imienia.
Słysząc to, chłopiec uniósł brwi, patrząc na niego z politowaniem.
- Ciągle mówisz o nim "mój Scott"? To urocze.
- Co?
"Znów za dużo gadasz Scott" ~ zganił sam siebie w myślach.
- To opowiem ci o mojej cioci. - szybko zmienił temat. - Straszna wariatka, ale kochana.
Gdy miał już zacząć mówić, dostrzegł w oddali czubek ogromnej, dmuchanej zjeżdżalni. Na jej widok, zatrzymał się, wpatrując się w nią oniemiały.
- O nie. Nie ma mowy. - odezwał się nagle Jeremi. - Nie kupię ci biletu. Jestem przed wypłatą.
"Po wypłacie też byś mi nie kupił, sknero" ~ pomyślał.
- Nie o to chodzi! Tam na bank będzie Lance! On uwielbia wszystko co duże, kolorowe i można z tego zjechać. Mówię ci, bywa przy tym strasznie irytujący. Kiedyś ci opowiem jak musiałem go ściągać z dachu remizy. A teraz chodź, musimy się, - tu zrobił dramatyczną pauzę, by nadać chwili napięcia. - włamać.

Proczadzikowcy zebrali się już na miejscu. Sophie w prawdzie była tam przez cały czas, ale tylko po to, by zbadać sytuację. Według jej obserwacji, wszystko wskazywało na to, że lochy znajdują się pod drzewem w ogródku.
Nazz przybiegła tam najszybciej jak mogła, co było godne podziwu, gdyż szczerze gardziła sportem. Tayler natomiast przyszedł tu powolnym chodem, gdyż miał wyraźne problemy ze zrozumieniem powagi sytuacji.
- Ola! - przywitała ich Nazz, biorąc kilka wdechów. - Mam kominiarki!
Mówiąc to, uniosła w górę trzy skarpetki.
- To znaczy, nie miałam kominiarek w domu, więc wzięłam je. - dodała. - Wycięłam dziury na oczy i nos, żeby można było widzieć i oddychać. Dla sis mam żółtą, żeby pasowało jej do włosów. - tu podała Sophie jedną. - Dla siebie mam brązową, bo kojarzy się z czekoladą, a dla Taylerka mam różową, bo odzwierciedla jego osobowość.
Chłopak wziął swoją w dłonie, patrząc na nią bez wyrazu.
- Mam gaz pieprzowy. - powiedział. - Nada się?
- Jasne. - odparła Adventure. - W prawdzie nie wiem co to, ale myślę, że tak. Dobra kochani, - mówiąc to, nabrała poważniejszego tonu, mrużąc groźnie oczy. - plan jest taki. Zakładamy kominiarki, po czym niepostrzeżenie dostajemy się do środka.
- Jak? - wtrąciła Nazz.
- Drzwiami sis. A jak niby?
Stevenson westchnął ciężko, zakładając na głowę skarpetkę. Wiedział, że nie ma to najmniejszego sensu, ale najwidoczniej był zbyt mało asertywny, by odmówić. Jako iż nie miał specjalnie szerokiej głowy, jakoś uporał się ze swoim kamuflażem. Podobnie z resztą jak jego towarzyszki, które jednak czuły, że wykonują misję ich życia.
Cała zamaskowana trójka ruszyła w stronę drzwi wejściowych. Sophie, jak gdyby nigdy nic, wyjęła z kieszeni spódniczki śrubokręt, po czym włożyła go w zamek.
"A mogłem zostać w domu" ~ pomyślał chłopak.
Jednak ku jego zdziwieniu, drzwi otworzyły się. Sophie popatrzyła na swoje dzieło z dumą, po czym po cichu weszła do środka, a za nią reszta.
- Cześć dzieci.
Trio spojrzało zdziwione w stronę kuchni. Przy ladzie stała Linda, która z uśmiechem patrzyła na nich, popijając kawę.
- Nie gorąco wam w tych skarpetkach na głowach? - dodała.
Trzynastolatkowie popatrzeli na nią przez chwilę. Zapadła krótka cisza, którą przerwała Sophie.
- Wycofujemy się! - zawołała Sophie, po czym padła na ziemię, zwijając się w kłębek. - KAMUFLAŻ! UDAJEMY ŻÓŁWIE!
By nie tracić ani chwili, Nazz szybko do niej dołączyła. Myśląc, że obie są już niewidoczne dla Lindy, leżały tak bezszelestnie. Tayler patrzył na nie z niedowierzaniem, powoli ściągając skarpetę. Pani Flynn-Fletcher natomiast wciąż się uśmiechała, popijając napój.
- Co za wyobraźnia. - skomentowała.
Stevenson popatrzył na nią, po czym znów na przyjaciółki. Jak już wcześniej wiedział, że ta akcja nie ma sensu, tak teraz zaczął zastanawiać się, czy ta przyjaźń przypadkiem też nie jest bez sensu. Chociaż w sumie, poza Nazz i Sophie reszta Proczadzikowców jest raczej normalna. Albo on po prostu jeszcze za dobrze ich nie poznał. Tak, czy inaczej, obecna sytuacja była tragedią.
- Dzień dobry. - powiedział w stronę gospodyni.
- Dzień dobry. Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję.
Chłopakowi postawa Lindy również wydała się dziwna. Obce dziewczyny leżą na jej dywanie zwinięte w kłębek, a ona nie widzi w tym nic złego. Nie mówiąc już nic więcej, ruszył w stronę pokoju braci mając nadzieję, że dobrze zapamiętał ich imiona.
Odgłosy głośnej rozmowy poprowadziły go po schodach na pierwsze piętro. Znalezienie drzwi od ich pokoju nie było już dla niego żadnym problemem. Tylko z jednego pomieszczenia bowiem rozlegały się krzyki, mieszane z piskami godnymi najlepszych fangirl.
Ułożył dłoń na klamce, spodziewając się najgorszego. Tego dnia zdążył już napatrzeć się na wiele dziwactw, dlatego też prawdopodobnie nie wiele mogło go zszokować. Wziął więc głęboki wdech obiecując sobie w duchu, że zachowa się jak facet, po czym otworzył drzwi.
Jego oczom natychmiast rzucił się widok czerwnowłosego chłopaka, który z podekscytowaniem zatykał usta prześcieradłem co oznaczało, że to do niego należały "piski godne najlepszej fangirl". Obok niego, również na podłodze, siedział chłopak o zielonych włosach, którego Tayler kojarzył z 1 września, gdy na balu tańczył z Jolie. Blisko nich były rudowłose bliźniaczki, z czego jedna sypała kwiatki po podłodze, a druga wpatrywała się w Stevensona z kamiennym wyrazem twarzy, przez co przeszły go dreszcze. Nad domniemanymi Fineaszem i Ferbem stała nastolatka o tym samym kolorze włosów, co bliźniaczki, krzycząc coś o naskarżeniu mamie i jakieś rance, a obok niej jedyna osoba, którą w jakimś stopniu kojarzył, jednak głównie dzięki facebookowi. Była to starsza siostra Ginny i o ile dobrze zapamiętał, miała na imię Stefa. Japonka trzymała rudowłosą za ramię, mówiąc coś, co było skutecznie tłumione przez jej przyjaciółkę, jednak najprawdopodobniej starała się ją jakoś uspokoić. W kącie siedział natomiast również rudy nastolatek, który najwyraźniej panicznie się bał. Jednak gdy tylko zobaczył chłopaka w przejściu, natychmiast podniósł się na równe nogi, podchodząc do niego, po czym nie dając dać szatynowi do słowa, zamknął za nimi drzwi.
- Nie znam cię. - zaczął Tayler.
- Jak dobrze, że jesteś! - odparł nastolatek, oddychając z ulgą. - To jest jakiś dom wariatów! Przyzwyczaiłem się, że moje siostry są specyficzne, ale zaczynam się poważnie bać! Nie żebym miał coś do randki. Nigdy na żadnej nie byłem, a od czasów otrzymania pierwszego podręcznika od fizyki, nikt mnie nie zauroczył tak samo jak Stefa, ale jednak! Nie wiem co robić, może powinienem tam do nich wrócić? Albo po prostu wziąć swoje rzeczy i wrócić do Texasu? Nie wiem, mam mętlik w głowie. Pomóż.
Stevenson przez cały czas wpatrywał się w rudowłosego monotonnym spojrzeniem, ani przez chwilę nie udając zainteresowania.
- Nie znam cię. - powtórzył.
Ten zamrugał kilka razy, po czym uśmiechnął się przepraszająco.
- Wybacz. - mówiąc to, wyciągnął w jego stronę dłoń. - Jestem Charlie Flynn.
- Taylerek.. Znaczy, - ugryzł się w język, będąc zły sam na siebie. - Tayler. Stevenson. - mówiąc to, odwzajemnił uścisk. - W sumie to możemy pomóc sobie oboje. Zrobiłbyś coś dla mnie?
- Jasne. - odparł z przyjaznym uśmiechem.
Trzynastolatek ruszył schodami w dół, a Charlie od razu za nim. Jednak nawet nastolatek stanął jak wryty, gdy zobaczył dwie dziewczyny leżące skulone na podłodze, mające na głowach skarpetki.
- Co im się stało?
- Uderzyły się w głowy i mają problemy z logicznym myśleniem.
- Oh, to napra...
- Jakieś dziesięć lat temu, ale jeszcze im nie przeszło. - dodał, na co rudowłosy zareagował cichym śmiechem. - Nie mam pojęcia co z nimi zrobić. - mówiąc to, ukucnął przed Sophie, zwracając się do niej. - Już po akcji. Możesz wstać. - ta jednak z uporem maniaka trwała przy swoim. Tayler rzucił w stronę Charliego porozumiewawcze spojrzenie, podnosząc się. - Nie wiem co z nimi zrobić, a muszę lecieć. Obiecałem tacie, że zobaczę jego spektakularną porażkę, ale nie chcę je zostawiać. Nie jestem do końca pewny, czy po prostu nie śpią z otwartymi oczyma. Mam też hipotezę, że zapadły w śmierć kliniczną.
Flynn uchylił się nad Nazz, machając jej dłonią przed oczami. Ta, chociaż miała je szeroko otwarte, nie poruszyła nimi. Dopiero teraz chłopak zauważył, że one w ogóle nie mrugały.
- Będę tu za jakieś pół godziny. - powiedział Stevenson. - Popilnujesz ich? Jakby się obudziły, to powiedz im, że mają na mnie czekać. Tutaj. I nie pozwól im nigdzie iść, bo nie wiem czy czegoś nie brały.
- Możesz być spokojny, nie spuszczę z nich oka. - odparł Charlie, unosząc kciuk ku górze. - Co z resztą trudne nie będzie.
- Dzięki.
Tayler uśmiechnął się krótko, po czym wybiegł na zewnątrz. Flynn usiadł natomiast na wersalce, patrząc na swoich gości.
"To będzie długie pół godziny" ~ pomyślał.

Buford kupił, a właściwie to ukradł lupę, chodząc z nią przyłożoną do oka po całej Transyvani. Może i nie była zbyt przydatna w szukaniu Loren, ale przecież od przybytku głowa nie boli, czy jakoś tak. Już niezbyt pamiętał, powiedzonko usłyszał kiedyś od dziadka, który z resztą bardzo je lubił.
Z bólem serca zauważył, że region w którym się znalazł, był duży. Dlatego też zlokalizowanie wampirów więżących Loren było bardzo trudne. Nie mógł się jednak poddać. Zwłaszcza, że po dwóch kebabach miał siły za dwóch.
Dopiero po chwili doszły do niego czyjeś głosy. Co prawda, nie były one nowością, jednak angielski język mocno wyróżniał się spośród rumuńskiego. Chłopak przystanął pod ścianą, na obrzeżach miasta, nadsłuchując rozmowy.
- Mówię ci Vlad, to się musi udać.
Kątem oka, Van Stomm dostrzegł dwóch, na oko młodych mężczyzn w garniturach. Obaj czarnowłosi z ciemnymi okularami na piegowatych nosach.
- Czy ja wiem Timothy? - odparł ten drugi. - Co jeżeli spowoduje niestrawność?
- Jej zielona barwa załagodzi wszelkie oznaki niestrawności. - odpowiedział spokojnie, z tajemniczym uśmieszkiem. - Wszystko się uda.
Czyli już jest za późno. I to dodatkowo jeszcze gorzej, niż myślał. Kanibale zjedli jego dziewczynę! Nawet jeżeli z nich wyjdzie, to nie będzie już taka ładna.
Czując obowiązek pomszczenia Loren, bez namysłu rzucił się na jednego z nich, powalając go na łopatki.
- Hej, co ty robisz?! - zapytał mężczyzna, podnosząc się na łokciach do pozycji pół leżącej.
Van Stomm spojrzał na niego jak na największego wroga, którym z resztą był, ponieważ zjedzenie czyjeś dziewczyny naturalnie oznacza wojnę. By godnie zemścić się za Raritównę, szybko wyjął z kieszeni Gumę dla twardzieli, po czym włożył ją sobie do ust. Powalony mężczyzna wymienił ze swoim wspólnikiem zdziwione spojrzenie, na co ten tylko wzruszył ramionami.
Po chwili, chłopak wypluł gumę, po czym z triumfalnym uśmiechem przykleił ją do czoła mężczyzny.
- Aha. - skomentował krótko.
- Aha?! - powtórzył zbulwersowany. - Aha?! Gdybym miał więcej gum, to bym przykleił ci jeszcze do ucha!
Tak na prawdę to miał, ale szkoda mu było ją marnować.
Vlad, gdyż tak właśnie miał na imię zhańbiony i pokonany kanibal, odepchnął swojego napastnika, podnosząc się na równe nogi. Z grymasem na twarzy otrzepał się z kurzu, starając się zignorować śmiech kolegi. Buford natomiast wpatrywał się w niego z nienawiścią, zaciskając pięści.
- Dajesz na solo, frajerze! - wyzwał go trzynastolatek, ustawiając pięści w gotowości.
Ten tylko westchnął ciężko.
- Posłuchaj młody. Nie mam pojęcia o co ci chodzi, ale masz wyraźne proble....
Tu nie dokończył, gdyż poczuł przeszywający ból w okolicach pasa. Natychmiast skulił się, piszcząc z bólu, a do jego oczu napłynęły łzy.
- A masz za zjedzenie mojej dziewczyny!
Przymierzał się do kolejnego uderzenia, jednak w porę przerwał mu drugi z mężczyzn. Złapał go od tyłu za rękę, na moment unieruchamiając.
- O co ci chodzi? - zapytał wyraźnie poirytowany.
- Zjedliście moją dziewczynę!
Oboje wymienili pytające spojrzenia, chociaż Vlad wciąż stał podkurczony, trzymając się za podbrzusze. Timothy tylko syknął pod nosem, po czym zwrócił się do chłopaka.
- Dobrze się czujesz dziecko?
Van Stomm wyrwał rękę z uścisku, klnąc pod nosem. Vladowi udało się już wyprostować, biorąc przy tym kilka pełnych wdechów.
- Jak to zjedliśmy twoją dziewczynę? - zapytał zdziwiony.
- Słyszałem waszą gadkę. - odparł chłopak, wyginając palce. - Mówiłeś, że jej zielony kolor złagodzi każdą niestrawność!
- Chodzisz z zupą szczawiową?
Zapadła krótka cisza. Buford spojrzał na niego jak na idiotę, podczas gdy ci nie wiedzieli co ze sobą zrobić.
- Zrobiliście z mojej dziewczyny zupę?
- Emm... Nie. Znaczy, nie wiem. Zakochałeś się w rosnącym szczawiu?
- Szczawiu?
- No tak. - mówiąc to, lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy. - Wpadliśmy z bratem na genialny plan, by zebrać cały szczaw i zrobić z niego zupę! Będziemy go sprzedawać po całej Rumunii. Czyż to nie jest genialne?
Buford musiał przyznać, to było genialne. Sam by coś takiego zjadł, co nie zmieniało faktu, że ci dwaj tylko zmarnowali jego czas. Rzucił im ostatnie pogardliwe spojrzenie, napluł na buty, po czym z dumnie uniesioną głową odszedł, by dalej szukać Loren.
Wędrował przez Transylvanię przez pewien kawałek czasu, aż w końcu dotarł pod znany wszystkim pałac Draculi.
"Bingo!" ~ pomyślał.
Będąc pewny zwycięstwa, wszedł do środka, zwinnie omijając ochroniarza. To się nie mogło nie udać!

Loren zeskoczyła z huśtawki, obcierając kolanami o ziemię. Niczego jednak nie żałowała. Wprost przeciwnie, śmiała się jak dziecko. Dawno nie czuła wiatru we włosach, który kojarzyłby jej się z zabawą, a nie ze zwiastunem śmierci. Miała wrażenie, że z Christianem nadrabia stracone lata dzieciństwa.
- Żyjesz? - zapytał chłopak, huśtając się na stojąco.
- Żyję! - odparła, podnosząc się skocznym krokiem. - Żyję.
Wróciła na huśtawkę obok, napawając się słońcem, które oświetlało jej latynoską twarz. Dawno nie bawiła się tak dobrze.
- Nigdy nie sądziłam, że będąc w Rumunii pójdę na plac zabaw. - stwierdziła.
- Mówiłem, że jestem świetny w organizowaniu czasu wolnego.
Dziewczyna roześmiała się, zaczesując włosy. Dopiero teraz poczuła lekkie wyrzuty sumienia. Przyjechała tu w końcu z Bufordem. I chociaż on sam zdecydował o pozostaniu przy budce z kebabami, Loren pomyślała, że może już zmienił zdanie. Poza tym, chciałaby mieć go przy sobie. Doskonale wiedziała, że jej chłopak również bywa dziecinny.
Wyjęła więc komórkę z kieszeni, wybierając numer do swojego chłopaka.

Buford przemierzał ciemne uliczki zamku w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po wampirach. Niestety, jak na złość, ukryły się dobrze. Na całe szczęście, chłopak oglądał zbyt dużo Zmierzchu, by nie odnaleźć się w sytuacji.
Gdy miał już siłą pięści rozwalić ścianę, usłyszał za sobą czyjeś kroki. Natychmiast odwrócił się, będąc przygotowany do walki. Tak na prawdę, to przygotowywał się do niej całe życie, więc nic dziwnego, że teraz czuł się w swoim żywiole.
Ale tego nigdy by się nie spodziewał.
- A oto kolejny punkt naszej wycieczki. - mówił przewodnik. - Atrapa zamku Draculi!
Zachwycona grupa zaczęła robić zdjęcia. Ale Van Stomm był zbyt dobrze obeznany w temacie, by uwierzyć, że na prawdę są tylko grupą turystyczną. Każdy głupi zauważyłby, że to wampiry w przebraniu!
Gdy miał już rzucić w nich czosnkiem, który szczęśliwie nosił w kieszeni spodni, usłyszał dzwonek telefonu. Szybko wyjął go z kieszeni, klikając zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Cześć Buford!
Słysząc głos swojej dziewczyny, chłopak o mało nie padł na zawał.
- Lor? Ty żyjesz? - zapytał ze zdziwieniem.
- No żyję. Słuchaj, chodź do nas dołącz. Jesteśmy właśnie na placu zabaw i...
- Jesteś na placu zabaw?
- No tak, przecież mówię.
- TY JESTEŚ NA PLACU ZABAW?
- Buford, czy ty masz jakieś problemy ze słuchem?
Nic więcej nie musiała mówić. Chłopak rozłączył się, dokładnie już wiedząc co robić.

Tayler dobiegł na zlot B.A.B.E.C.Z.K.I. jednak okazało się że, na miejscu było pusto. Jedynie pozostałości po straganach i resztki atrakcji dla dzieci. Chłopak rozejrzał się dookoła, starając się znaleźć znajomą twarz. Dopiero po pewnym czasie zauważył zmierzającego w jego stronę ojca, trzymającego w rękach puchar.
- Jestem, jestem! - powiedział z szerokim uśmiechem.
Tayler spojrzał ze zdziwieniem na jego nagrodę.
- Wygrałeś?
- Można tak powiedzieć. Przyjechało coś, co przypominało FBI i zgarnęło wszystkich. Dobrze, że byłem akurat w łazience. Tak, czy inaczej zostawili puchar za pierwsze miejsce, więc skoro nikogo nie było, to stwierdziłem, że wygrałem, więc go sobie wziąłem. A twojej matce powiem, że po prostu wygrałem. Nie ma co zagłębiać się w szczegóły.
Słysząc to, chłopak uśmiechnął się lekko.
- Gratki. Dobra, skoro już wszystko załatwiliśmy, to ty idź do domu, a ja skoczę jeszcze po Sophie i Nazz. - powiedział, jednak po chwili przypomniał sobie o "remoncie", jaki własnie robiła jego mama. - I skocz do Obi, czy czegoś w tym stylu.
- Tobie też się tak śpieszy do tej nowej podłogi? Nie możemy zrobić tego jutro?
- Nie. Mamie się śpieszy. Przykleja panele taśmą klejącą.
Zapadła krótka cisza. Johna nawet to nie zdziwiło. Dobrze znał swoją żonę.
- Dobra, to do zobaczenia. - rzucił, odchodząc wraz ze swoim pucharem.

Buford przeskoczył płot placu zabaw. Właściwie, to prawie przeskoczył, ponieważ uderzył się w łydkę, po czym upadł na ziemię. Ale liczyło się, że zdążył na czas. I, że nikt tego nie widział.
Zauważył Loren, która w najlepsze kręciła na karuzeli Christiana.
- Ale pamiętasz, że mieliśmy się zamieniać? - zapytała.
- Tak, tak. Kręć szybciej!
Dziewczyna roześmiała się, przyśpieszając. Zdążyła jednak przebiec jedno okrążenie, gdy coś ciężkiego przewaliło ją na ziemię. Adventure spadł z karuzeli, jęcząc cicho.
- Buford? - ze zdziwieniem zauważyła, że do ziemi przygniata ją nie kto inny, jak Van Stomm. Nie tracąc czasu, zepchnęła go, po czym podeszła do blondyna. - Wszystko gra? - mówiąc to, podała mu rękę.
Blondyn odwzajemnił gest, podnosząc się. Gdy kosmitka upewniła się, że nic mu nie jest, zwróciła się do swojego chłopaka.
- Co ty wyprawiasz?!
Chłopaka zamurowało. Wpatrywał się w nią oniemiały, jedynie mrugając szybciej oczami. Gdy jednak wybudził się z pierwszego szoku, również się oburzył.
- Co ja wyprawiam?! Ratuję ci życie?!
- Przed czym?!
- Przed nim! - tu wskazał na Christiana, który kompletnie nie rozumiał o co chodzi.
Dziewczyna uniosła brwi, zakładając rękę na biodro.
- To jakiś żart? Najpierw zostawiasz mnie, bo wolisz kebaby, potem, gdy proszę cię, żebyś łaskawie do mnie wpadł, atakujesz jedyną osobę, która chciała spędzić ze mną czas! Robisz mi to specjalnie?!
- O co ci chodzi?
- O to, że zabrałeś mnie do tej pieprzonej Rumuni tylko po to, żeby zepsuć mi doszczętnie humor! O to ci chodziło?
Christian postawił kilka kroków do tyłu. Wolał się nie wtrącać.
- Serio tak stawiasz sprawę? - warknął Buford, zaciskając pięści.
- Nie. Powiem ci jak stawiam sprawę. Zrywam z tobą.
Buford poczuł, jak uginają się pod nim kolana. Tego się nie spodziewał. Widząc jednak, że ta odchodzi razem z blondynem, pociągnął ją za ramię, po czym wyciągnął z jej kieszeni zmieniacz ciał. Zanim ta zdążyła mu go wyrwać, nacisnął przycisk, zamieniając ją z powrotem w zieloną kosmitką.
Na ten widok, Adventure krzyknął krótko, po czym uciekł, nie odwracając się za siebie. Rarity spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał jej nowy kolega, po czym zwróciła się do Buforda.
- Nienawidzę cię. - oznajmiła, odbierając mu swoją własność.

Na miejsce w końcu dotarli Jeremi i Scott. Ku ich zdziwieniu, nie było już nic.
- Gdybyśmy nie zatrzymywali się w łazience, to byśmy zdążyli. - stwierdził obojętnie nastolatek. - Twój kolega chyba też się zawinął.
Scott spojrzał za siebie, jednak po blondynie nie było nawet śladu. "No nic, może będzie gdzie indziej" ~ pomyślał.
Gdy chciał już odejść, doszło go czyjeś wołanie. Nieco piskliwy i nad wyraz dziecinny głos poznał od razu.
- Scott!
Dziesięciolatek odetchnął z ulgą widząc biegnącego do niego przyjaciela. Mówiąc szczerze, nie miał już sił na dalsze chodzenie, a wątpił, by Jeremi zgodziłby się być jego transportem.
Za Lancem szła kobieta, którą Scott kojarzył jedynie z widzenia. Z każdym krokiem zwalniała tępa, patrząc na otoczenie z szokiem.
- Scotty! - zawołał uradowany chłopiec, rzucając się szatynowi na szyję. - Ale za tobą tęskniłem!
- Dobra, skoro już jesteś, to możemy wracać.
- Gdzie się wszyscy podziali? - zapytała kobieta.
Chłopcy spojrzeli na nią z lekkim zdziwieniem. Uśmiech powoli zszedł z twarzy Lanca, gdy zobaczył co się stało.
- Poszliśmy tylko na chwilę na lody. - powiedział, rozluźniają uścisk z szyi Scott'a. - Chyba nie mogli wszyscy uciec.
- Co wy tu robicie?
Grupa odwróciła się za siebie. Crimson niemal natychmiast poznała wysokiego mężczyznę w mundurze.
- Asher!
- Flynn.
- Monogram. - poprawiła go przez zęby, mrużąc groźnie oczy. - Co tu się stało? Wcześniej była tu B.A.B.E.C.Z.K.A.
- Była, ale zgarnęli ją nasi ludzie. A potem przekazaliśmy innym organizacjom.
- Jakim?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Nikomu się nie przedstawiali, ani nawet nie pokazywali na oczy. Nadleciał tylko helikopter. Dziwni goście, ale rozkaz, to rozkaz. Łażę tu teraz i patroluję, czy wszystko gra. A co u ciebie?
Ostatniego pytania jakby nie dosłyszała. Właśnie dowiedziała się, że agenci jej brata zgarnęli jej drugiego brata. I jak zwykle to ona będzie ich godzić. Powoli miała już tego dość.
Scott'a to jednak w ogóle nie obchodziło. Jeremiego z resztą też.
- Szkoda sąsiada. - stwierdził obojętnie nastolatek, mając na myśli Dundersztyca. - Będę lecieć. Naraz...
Tu urwał, gdy poczuł uścisk wokół nogi. Ze zdziwieniem zauważył, że to Lance go oplótł, nie pozwalając odejść.
- Nie możesz teraz wszystkiego olać! Musisz pomóc mi odbić dziadka!
Zawziętość połączona z dziecinnym wyglądem i sposobem mówienia chłopca sprawiła, że Jeremi nie mógł pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypomina.
- Sorki młody, ale akurat twojego dziadka to mam w głębokim poważaniu. - odparł, starając go strącić, jednak ten trzymał się mocno.
To zupełnie jak... Ale nie, to niemożliwe. Co nie zmienia faktu, że Rarity doskonale pamięta ostatnie zdarzenie.
- Nie możesz mnie zostawić! - Milton był zdecydowany. Zastawił mu przejście, posyłając groźne spojrzenie.
Jeremi westchnął ciężko. Patrzył na Scott'a z politowaniem, nie mając pojęcia co z nim teraz zrobić.
- Niet! - dodał szybko blondyn, gdy jego przyjaciel otwierał usta. - Nie pozwalam ci zostawić mnie z tym Hitlerem!
- Scott, ja chcę iść tylko do łazienki. Wrócę za 5 minut. Wątpię żeby przez ten czas Monogram zdążył cię zabić.
- Ale to wcale nie o to chodzi! Co jeżeli jego głupota przejdzie na mnie i będę tak samo brzydki i głupi jak on?!
Rarity zamrugał kilka razy oczami. Na początku pomyślał, że się przesłyszał, ale po chwili zauważył, że Scott mówi całkowicie poważnie.
- Dobra, po prostu mnie przepuść. - powiedział zdecydowanie.
Gdy już miał go odepchnąć, Milton w ostatniej chwili oplótł się dookoła jego nogi, nie pozwalając mu się ruszyć.
- Co ty robisz? - zapytał ze zdziwieniem Jeremi.
- No mówiłem, że nie pozwolę ci odejść! A co jak nie wrócisz i o mnie zapomnisz i sobie pójdziesz?!
- Mam dobrą pamięć.
- Lepiej dmuchać na zimne.
Lance odciągnął w końcu Scott'a, jednak ten był nieugięty. Crimson z resztą też, jednak ona stawiała na indywidualizm. Asher zdążył już pójść, wcześniej opowiadając jej o swoich niepowodzeniach w pracy, których ta wcale nie słuchała.
- Dobra. Ja się będę się zbierać. - oznajmiła, po czym, gdy była już dostatecznie daleko, powiedziała do siebie. - Dwójka idiotów, od dzieciństwa muszę ich godzić. Niech ich szlag. - mówiąc to, miała na myśli swoich braci oczywiście.
Pozostali odprowadzili ją wzrokiem. Lance oparł się o Scott'a, na co ten tylko westchnął ciężko.
- Wracamy. - powiedział zdecydowanie młodszy Rarity. - I nie, nie mam zamiaru słuchać twoich sprzeciwów. - dodał, gdy zobaczył, że jego przyjaciel otwiera usta, by coś powiedzieć. - Nie mam zamiaru mieszać w czasoprzestrzeni i mieć przez ciebie problemy. Wystarczy, że przez ciebie musiałem angażować tego tu. - mówiąc to, wskazał na Jeremiego, który był zbyt zajęty komórką, by to usłyszeć.
- Ale... Ja zawsze chciałem się włamać w słusznej sprawie.
- Przykro mi.
Wcale nie było. Po prostu chciał uciąć temat.
- Czekaj! - zawołał Lance, gdy Scott wyciągnął z kieszeni pilota do podróżowania w czasie. - Zanim wyruszymy, muszę coś załatwić!
Po tych słowach, pociągnął Jeremiego za rękę, zwracając tym na siebie jego uwagę.
- Dasz mi zadzwonić do Valmiry?
Nastolatek uniósł brew, jednak nie wyglądał na specjalnie zdziwionego pytaniem.
- Czy ja ci wyglądam na budkę telefoniczną?
- Tak.
Chłopak wywrócił oczami, po czym rzucił mu telefon. Chłopiec szybkimi ruchami palców wybrał numer do swojej znajomej.
- Cześć Val! - przywitał ją radośnie. - Masz może ochotę na małe włamanko?
Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Zawiał chłodniejszy wiatr, a już po chwili stała przed nim uśmiechnięte od ucha do ucha samica.
- Jeszcze pytasz?! - zapytała, niemalże podskakując. - Kim ty jesteś?
- Przybywam z przyszłości. - wyjaśnił tonem, jakby tłumaczył coś oczywistego. - W moich czasach razem włamujemy się do O.B.F.S.
Valmirze nie trzeba było dwa razy tłumaczyć. Szybko przyjęła ten fakt do wiadomości.
- To dokąd się włamujemy mały, uroczy, przypominający byłego woźnego blondasku?
Scott spojrzał z przerażeniem na Jeremiego. "Podobny do byłego woźnego". Oby tylko nie domyślił się, że chodzi tu o jego Scott'a. Miltona.
- Okay, to lecę. - rzucił nastolatek.
Młodszy Rarity odprowadził go wzrokiem, nie wierząc w to co widzi. On na prawdę miał wszystko w głębokim poważaniu.
Odwrócił się za siebie. Nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Chłopiec postanowił to wykorzystać. Nie mogąc dać ot tak odejść swojemu młodszemu o parę lat ojcu, ruszył za nim.
- Czekaj!
- Czego znowu?
Nastolatek nigdy nie spodziewałby się takiej odpowiedzi. Chłopiec nie mówiąc nic więcej, przytulił się do niego.
Jeremiego zamurowało. Serce zabiło mu szybciej, a ręce zawisły nad plecami bruneta. Scott uśmiechnął się za to promiennie, całkowicie zapominając o tym, że ten nie ma pojęcia kim on jest.
- Kocham cię. - powiedział dziesięciolatek. - Chociaż jesteś kretynem i nie ma dnia, żebyś nie wyprowadzał mnie z równowagi. Kocham cię.
Starszy Rarity nie miał pojęcia co się dzieje. Dopiero go przecież poznał. To niemożliwe żeby w tak krótkim czasie zapałał do niego taką miłością. Poza tym, co miało znaczyć to "nie ma dnia, żebyś nie wyprowadzał mnie z równowagi"? To zabrzmiało jakby znał go od dłuższego czasu.
Mimo to, nastolatek nie mógł zaprzeczyć, że mimo sytuacja była dziwna, zrobiło mu się zwyczajnie miło.
Scott szybko zrozumiał, że milczenie jego taty spowodowane jest szokiem. Roześmiał się krótko pod nosem, rozluźniając uścisk.
- Nie martw się, nie będzie aż tak źle. - dodał, po czym wrócił do reszty.
Jeremi jeszcze chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał dziesięciolatek.
Może faktycznie nie będzie tak źle?

- Wiem co zrobimy!
Lance zebrał już swoją grupę uderzeniową. On, Scott i Valmira mieli zaatakować O.B.F.S. i wyciągnąć "swoich ludzi". Dziobaczycy niezbyt przeszkadzał fakt, że była agentką w tejże organizacji.
Scott natomiast nie miał pojęcia jak dał się w to wrobić. Powinni wracać już do swoich czasów i raz na zawsze zakończyć tę dziwną przygodę. Niestety, jak zwykle uległ urokowi, czy czemukolwiek, co posiadał Lance. Szlag by to trafił.
- Wejdziemy przez kanały wentylacyjne. - ciągnął dziesięciolatek. - Jeżeli ktoś się zaklinuje, to wtedy Valmira ma swój plan B.
- Odetniemy mu ciało od pasa w dół. - oznajmiła, po czym dodała z nutką podniecenia. - Zawsze chciałam to zrobić!
Scott przełknął nerwowo ślinę, powoli zaczynając obawiać się o swoje życie. Nie zważając na to, Lance ciągnął dalej.
- Gdy już będziemy w środku, znajdziemy więzienie. Val podkradnie klucze, a potem masowa ucieczka. To się nie może nie udać!
- Mam cichą nadzieję, że zginiemy. - wtrącił Rarity.
- Wiem. - odparł blondyn. - Przystępujemy do fazy pierwszej, "wentylacja"!

Heinz oparł się o białą ścianę pomieszczenia. Siedział na ławce wmurowaną w jasny mur, nucąc sobie niemieckie piosenki pod nosem. Czasem rzucał swojemu współwięźniowi krótkie spojrzenia, jednak ten wydawał się go ignorować.
On i Adventure siedzieli w wydziale zamkniętym. Najczęściej sprowadzano tam najgroźniejszych przestępców, jednak dla nich albo zrobili wyjątek, albo uznano ich za elementy szczególnie zagrażające społeczeństwu.
Pomieszczenie było dość duże, więc ruchów jako takich nie mieli ograniczonych. Problemem były jedynie kajdanki.
- W sumie to miłe, że umieścili nas w jednej celi. - powiedział Dundersztyc. - Przynajmniej nie będziemy się nudzić.
- Po prostu chciał mi dołożyć tortur.
Heinz roześmiał się, biorąc to za żart. Ron natomiast powoli tracił cierpliwość. Gdy tylko drzwi otworzyły się, a w progu stanął Carl, mężczyzna podszedł do niego, a z jego oczu emanowała złość.
- To jakiś żart? - zapytał na wstępie, nie pozwalając stażyście zacząć. - Spotkania naszej organizacji są legalne. Mieliśmy pozwolenie. Poza tym, obiecałem Samathie, że posprzątam garaż.
- Dlatego najlepiej być singlem! - rzucił Dundersztyc, rozkładając się wygodnie na ławce.
Nikt jednak nie zwrócił na niego większej uwagi.
- Ja przyszedłem tu tylko przekazać wieści od Majora. - powiedział nieśmiało Carl. - Przekazuje panu "miłego". Nie mam pojęcia co to znaczy, ale... No, to na tyle.
Adventure zamrugał kilka razy oczami. Czyli Francis tak chce się bawić?
Nie myśląc długo, odepchnął chłopaka, po czym jak gdyby nigdy nic wyszedł z celi. Nie interesował go fakt, że nie powinien i tylko pogarsza swoją sytuację. Przed nim na pewno nie będzie się płaszczyć.
Na drodze stanęła mu grupka zwierzęcych agentów.
- Serio? - zapytał z niedowierzaniem. - Ja nawet nie złamałem prawa!
Heinz wychylił głowę zza progu, a widząc swojego nemezis, uśmiechnął się promiennie.
- Dzień dobry Pepe Panie Dziobaku!
Dziobak pomachał mu, nie odrywając wzroku od Adventure.
- Chcę się widzieć z Francisem. - oświadczył zdecydowanie blondyn, ani myśląc o tytułowaniu Monograma.
Nie miał zamiaru ustąpić i Pepe doskonale o tym wiedział. Mógłby oczywiście stoczyć z nim walkę, jednak nie miał na to ochoty. Głównie dlatego, że jako honorowy agent nie walczył z przeciwnikiem, gdy ten był skuty kajdankami. Skinął więc krótko głową, po czym poszedł po szefa.

Część 5 B

Francis Monogram właśnie wychodził z agencji. Nie kończył jeszcze pracy. Na dobrą sprawę, bycie dowódcą zwierzęcych agentów jest zajęciem całodobowym. Potrzebował jednak krótkiej przerwy. Wbrew pozorom, siedzenie cały dzień w jednym pomieszczeniu było dość męczące, dlatego od czasu do czasu potrzebował zaczerpnąć świeżego powietrza.
Zdążył jedynie oprzeć się o ścianę, gdy poczuł, jak ktoś ciągnie go za marynarkę. Obok zauważył swojego najlepszego agenta - Pepe.
- Coś nie tak Agencie P?
W odpowiedzi dziobak wskazał głową budynek agencji. Major westchnął ciężko.
- I tyle z mojej przerwy. - mruknął, wracając do środka.
Podążał za dziobakiem, a z każdym krokiem zaczynał coraz bardziej rozumieć o co chodzi. Gdy doszedł już do schodów prowadzących w dół, wiedział już wszystko.
Gdy znalazł się w białym korytarzu, od razu rzucił mu się w oczy Ron otoczony grupką agentów. Widząc jego złość, Monogram uśmiechnął się mimowolnie. Gdy tylko podszedł bliżej, odskoczył, gdyż blondyn wysunął skute kajdankami ręce tuż przed jego oczy.
- Na co ci to wygląda? - wycedził blondyn.
- Kajdanki. - odparł spokojnie.
Adventure uśmiechnął się ironicznie, dostając przy okazji tiku nerwowego. Carl przyległ do ściany, nie mogąc postawić kroku do tyłu. Spodziewał się raczej dyskusji obcych sobie ludzi.
- Tak Sherlocku. Kajdanki. - Ron starał się jak mógł, by zachować spokój, jednak widać było, że zaraz wybuchnie. - Zdejmij mi te cholerstwo.
- Przykro mi, ale nie mogę. Zgubiłem klucz.
- Zabawne.
- Nigdy nie miałeś poczucia humoru, ale to już nie jest mój problem. - mówiąc to, odwrócił się na pięcie. - Chodźmy Agencie P. Sprawa została wyjaśniona.
Ron ze zdziwieniem obserwował, jak ten odchodzi. Nie mógł jednak stać bezczynnie. Gdy Pupu Pan Panda chciał odprowadzić go do celi, Adventure niemalże instynktownie podbiegł za Majorem, po czym otoczył łańcuchem kajdanek o jego szyję.
Monogram uniósł rękę ku górze, dając tym znak agentom, by nie atakowali. Mężczyzna spokojnie złapał za łańcuch, po czym uwolnił się z uścisku. Następnie pociągnął za niego, dzięki czemu Ron stał przed nim.
- Wciąż niższy. - zauważył białowłosy.
- A ty wciąż masz imię jak jakiś wieśniak.
Carl zmarszczył lekko brwi, wymieniając zdziwione spojrzenia z Heinzem. Dundersztyc wyczuł, że sytuacja robi się napięta, więc na wszelki wypadek ustał obok swojego nemezis. Nigdy wprawdzie nie wiadomo kiedy ta dwójka zacznie się bić.
- A twoje riposty nic nie zmieniły się od podstawówki. - odparł Major, gdy uśmiech mu zrzedł.
Rudowłosy wciąż przypatrywał im się z uwagą. Słysząc ich wymianę zdań, uśmiechnął się lekko.
- Jesteście braćmi?
Na to pytanie, obaj odwrócili się w kierunku stażysty.
- Mówicie do siebie jak typowe rodzeństwo. - wyjaśnił. - Łatwo się domyśleć.
Mężczyźni popatrzeli na niego ze zdziwieniem, po czym wrócili do dyskusji.
- O co ci chodzi? - zapytał Ron, patrząc na brata z pogardą. - To cholerne spotkanie B.A.B.E.C.Z.K.A. było legalne!
- O zasady. Zawsze miałeś problem w pojęciu, że coś takiego może istnieć.
- Nie sil się na mądre riposty, bo słabo ci to wychodzi.
Monogram zacisnął uścisk na łańcuchu, powstrzymując się przed uderzeniem go. Nikt nie działał mu na nerwy tak bardzo, jak Ron.
- Ale macie różne nazwiska. - zauważył Carl. - Któryś z was jest adoptowany?
- Zamknij się! - krzyknął Adventure, niemalże czerwieniejąc ze złości.
Carl zgarbił się, woląc już nic więcej nie mówić. Ale przynajmniej już zna odpowiedź na swoje pytanie.
- Nie wyżywaj się na biednym chłopaku. - westchnął Francis. - Na mnie z resztą też.
- Rozkujesz mnie w końcu, czy mam ci wysłać list oficjalny?
- Chyba nie za bardzo teraz możesz pisać.
- Dobra, mam dość. Rozkuj mnie i załatwimy sprawy jak w gimnazjum.
- Chyba jak ty byłeś w gimnazjum.
- Wiesz o co mi chodzi.
Major westchnął ciężko, przyglądając się bratu z politowaniem. Nie przyznawał się, ale lubił patrzeć, jak blondynowi pulsuje żyła na czole.
- Trochę to niedojrzałe. - stwierdził Francis. - Ale daje frajdę.
- Ej!
Na dźwięk kobiecego głosu, mężczyźni spojrzeli w stronę wyjścia. Zmierzała ku nim wyraźnie niezadowolona Crimson.
- Co wy robicie?
Widząc ją, Francis uśmiechnął się ironicznie.
- O, dobrze, że jesteś! - odezwał się. - Skoro zawsze go bronisz, to jestem ciekaw twojej reakcji na to.
Mówiąc to, sięgnął do kieszeni kitla blondyna, po czym wyjął z niego prostokątne urządzenie. Następnie rzucił je siostrze.
Kobieta przyjrzała się mu uważnie, po czym zwróciła się do Rona.
- Zakosiłeś mu pilot do telewizora?
- To nie jest pilot! - zdenerwował się Major. - To portal do czwartego wymiaru! I nie wiem jak go, jak to nazwałaś, zakosił. Nie ma wstępu do agencji. Z resztą, ty też nie masz. Do jasnej ciasnej, nikt nie ma!
Jakby w odpowiedzi, kanał wentylacyjny zatrząsł się nad nimi. Po chwili załamał się, a wypadło z niego dwóch chłopców i dziobak.
- Agentka V?! - zdziwił się Francis.
- Jaka agentka? - zapytał Ron. - To Valmira.
- Nie. Jestem pewny, że to agentka V.
- Gdyby była agentką, miałaby fedorę.
- Wyobraź sobie, że fedory nie są wczeopione w skórę.
- Co wy gadacie? - wtrąciła Crimson. - To nauczycielka wuefu w szkole gdzie pracuję.
Samica złapała się z zakłopotaniem za kark, uśmiechając głupio. Chłopcy natomiast podnieśli się na równe nogi.
- A wy to kto? - zapytał najstarszy, patrząc na dziesięciolatków.
Scott i Lance wymienili spojrzenia, nie wiedząc co zrobić. Na ich szczęście, sytuację przejęła Valmira.
- Nic tu nie widzieliście. - powiedziała, siląc się na hipnotyzujący ton. Machała łapkami niczym prawdziwa iluzjonerka. - To tylko sen. To tylko sen.... W NOGI!
Po tych słowach cała trójka zgodnie ruszyła ku ucieczce. Rarity wyciągnął z kieszeni swój przenośny wehikuł czasu, po czym nacisnął przypadkowe guziki. On, Milton i Dziobak zniknęli.
Pozostali wpatrywali się w korytarz ze zdumieniem.
- To było dziwne. - wydusiła Monogramówna. - Czy nie miało być dzisiaj jakieś imprezki powitalnej z okazji przyjęcia nowych agentów?
Słysząc to, Monogram złapał się za głowę. Faktycznie. Miała być.
- Dzięki, że przypominasz. Ale nie jesteś zaproszona. Ty też. - tu zwrócił się do brata. - To dla członków agencji.
Crimson prychnęła z pogardą.
- Ja i Ron zorganizujemy sobie lepszą imprezkę. Pójdziemy na pizze, najemy się i będziemy cię obgadywać. Heinza też weźmiemy.
Na wzmiankę o sobie, Dundersztyc zapiszczał z radości.
- Ale oni są więźniami. - zauważył Francis.
- Nikogo to nie obchodzi.
Mówiąc to, blondynka pociągnęła za łańcuch, który ciągle skuwał ręce jej brata, prowadząc go w stronę wyjścia. Za nimi podążał Heinz.
- A możesz załatwić mi kluczyki do tych kajdanek? - zapytał z nadzieją Adventure.
- Później. Teraz pizza!

Tayler wrócił pod dom Flynn-Fletcherów. Drzwi wciąż były otwarte, a w środku nic się nie zmieniło. Linda jak stała, tak stała. Nawet zawartość kubka wydawała się być taka sama. Charlie natomiast widząc trzynastolatka uśmiechnął się przyjaźnie, podnosząc do pozycji stojącej.
- Fajnie, że wróciłeś. - powiedział Flynn. - Pobrałem krew twoich koleżanek by sprawdzić obecność narkotyku. Testy były negatywne. Ale trzeba im przyznać, są serio wytrwałe. Nie ruszyły się, gdy wbijałem im igłę w skórę. Niesamowite.
Stevenson roześmiał się mimowolnie pod nosem.
- Dzięki. - odpowiedział Tayler, po czym ukucnął naprzeciw Sophii. - Możesz już wstać. Po akcji. - ta jednak leżała niewzruszona. Chłopak westchnął ciężko. - No weź. Nawet ci z B.A.B.E.C.Z.K.A. sobie poszli.
Słysząc to, Adventure podniosła się w ułamku sekundy. Minę miała poważną, co nie jest dla niej codziennością. Tayler aż odskoczył.
- Jak to sobie poszli? Tata obiecał mi, że pójdziemy na pizze.
- Może nie tyle, co sobie poszli. Podobno zgarnęły ich służby bezpieczeństwa, czy coś.
Tym razem to Nazz poderwała się niczym oparzona.
- No nie mówcie mi, że znów drą koty o głupoty!
Blondynka spojrzała za nią ze zdziwieniem.
- Wow, sis. Zrymowałaś.
- O, faktycznie sis. Może powinnam zostać poetką.
- Zdecydowanie sis. Będziesz pisać wiersze?
- Mam już nawet tytuł pierwszego tomiku poezji! "Sisowatość proczadzikowa". Co ty na to sis?
Blondynka na moment zaniemówiła, przyglądając się kuzynce z niedowierzaniem.
- To najpiękniejsze co kiedykolwiek słyszałam sis! - odparła szczerze wzruszona, a z jej oka uleciała łza. - Czuję, że twoja poezja poruszy największe problemy ludzkości! Będzie w kanonie lektur szkolnych! Sis, czy jak już dostaniesz literackiego nobla, to wspomnisz o mnie podczas swojego przemówienia?
- Co za pytanie sis?! Ty będziesz tam ze mną na scenie! Myślisz, że kto będzie moją muzą?! Świat pozna nas obie!
- Jesteś najlepszą sis na świecie sis!
- To ty jesteś najlepszą sis na świecie sis!
Nie myśląc długo, kuzynki rzuciły się sobie w objęcia, całkowicie zapominając o wcześniejszej rozmowie. Tayler i Charlie wymienili zdziwione spojrzenia, nie mając pojęcia co ze sobą zrobić.
- Co za wyobraźnia. - skomentowała Linda.
- Już nie wiem gdzie dziwniej. - zaczął Flynn. - Tam, - tu miał na myśli pokój Fineasza i Ferba. - czy tu.
- Ja to mam na co dzień. - westchnął Tayler, po czym zwrócił się do dziewczyn. - Nie miałyście jakieś sprawy?
Sophie i Nazz, wciąż trwające w uścisku, spojrzały na niego, a ich entuzjazm nieco opadł.
- O, faktycznie! - odezwała się blondynka, gdy kuzynki rozluźniły uścisk. - Kto kogo shipa?!
Charlie uniósł nieśmiało rękę.
- Znaczy... Nie ja shipam. Mnie shipają.
Dziewczyny przyjrzały mu się dokładnie, mrużąc groźnie oczy. Chłopak miał wrażenie, że zaraz zapadnie się pod ziemię. One go przerażały.
- W sumie, to jesteś całkiem uroczy. - mówiąc to, Sophie złagodniała. Uśmiechnęła się przyjaźnie, dzięki czemu nastolatek odetchnął z ulgą. - Nic dziwnego, że cię shipają. Ale to i tak niedopuszczalne. Oni nie mają żadnego doświadczenia! Sis, co ty na to, abyśmy to my go zeswatały?
- Świetny pomysł sis!<be> Rozległ się tupot stóp na schodach. Już po chwili na dole był uśmiechnięty od ucha do ucha Fineasz.
- Cześć wam! - przywitał ich radośnie. - Miło mi was tu gościć! O, ciebie nie znam. - tu zwrócił się do Taylera, łapiąc go za rękę. - Jestem Fineasz i bardzo miło mi cię poznać!
- A ja Tayler.
Flynn odkąd skazany został na samotność na przerwach, próbował zaprzyjaźnić się z każdą napotkaną osobą. Niestety, z jakiś powodów nie wszyscy byli chętni do zawierania z nim znajomości. Ostatnio chłopak zagadał do grupki bezdomnych. Zaproponował im, że kupi im chipsy, a ci w zamian spędzą z nim dzień. Zgodzili się, ale gdy tylko chłopak wrócił, ci zabrali mu paczkę, dodatkowo kradnąc też portfel trzynastolatkowi, po czym uciekli.
A policjanci też nie chcieli się zaprzyjaźnić. Co za szkoda.
Taylerowi natomiast jego entuzjazm wydał się niezdrowy.
- Fin, co to ma być za swatanie?! - oburzyła się Sophie. - Przecież wiesz, że to ja mam ustawianie ludzi na wyłączność!
- Na prawdę? Przepraszam, nie miałem pojęcia. - mówiąc to, nieco spoważniał, a w jego oczach widać było strach. - Nie chciałem cię urazić! Ale możemy zeswatać ich razem.
- Ich? - wtrąciła Nazz. - Ile ty par swatasz?
- Dwie.
Słysząc to, Adventure otworzyła szeroko usta ze zdziwienia, łapiąc się za głowę.
- Dwie pary?! Sis, czy ty to słyszysz?! Przecież on jest kompletnym amatorem! Zepsułby jeszcze bardziej ich relacje!
Fineasz wydawał się zupełnie nie przejmować oskarżeniami z ust koleżanki. Wprost przeciwnie, wydawały się go tylko nakręcać. Uśmiechnął się promiennie, czując szansę dla siebie.
- Liczyłem, że mi pomożesz.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- To znaczy, ty będziesz główną swatką, a ja pomogę tobie. - poprawił się. - Będę twoim wiernym uczniem. Twoim podparciem. Taboretem. Najmniejszym palcem twojej stopy. Podłogą, po której stąpasz. Workiem treningowym, którego używasz, by poprawić formę. Proszę, spędź ze mną czas.
Zgromadzeni spojrzeli na niego ze współczuciem. Niżej już chyba upaść nie mógł. Szczególnie żal zrobiło się Nazz i Sophie, które przecież kiedyś się z nim przyjaźniły. Poniekąd poczuły się winne.
- Okay. - wydusiła blondynka. - W sumie, to chętnie.
Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, na co ten odetchnął z ulgą.
- A kogo swatamy? - dopytała.
- Charliego - tu wskazał głową na nastolatka - ze Stefą. I Ferba z Jolie.
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Nazz zaczęła niemalże krztusić się powietrzem, skupiając na siebie uwagę wszystkich.
- Czyś ty na głowę upadł?! Przecież Jolie idealnie pasuje do Taylerka!
- Słucham?
Stevenson uniósł brew, splątując ręce na piersi. Jefferson spojrzała na niego, dopiero teraz orientując się, że on ciągle tu jest. Nie mniej, nie zrobiło to na niej większego wrażenia.
- To, że w chwili obecnej jej nie kochasz nie znaczy, że nie będziesz kochał. - wyjaśniła tonem godnym naukowca. - Poza tym, na pewno ją kochasz, ale o tym nie wiesz. I ona ciebie też. To takie oczywiste!
- No nie wiem sis. - wtrąciła Sophie. - Ja to shipowałam Taylerka z tobą. Wiesz, poszliście razem na szkolny bal. Ale w sumie, to ani razu razem nie tańczyliście, co pozwala mi wywnioskować, że Taylerek jest gejem.
Chłopak o mało się nie przewrócił. Nie, to już jest szczyt przegrywu. W tej chwili prześcignął nawet Fineasza. Dziewczyna, która mu się podoba uważa go za homoseksualistę. Gorzej być już nie mogło.
- Nie jestem gejem.
- Nie jest. - dodała Nazz. - Podoba mu się któraś.
Tayler niezbyt lubił mówić o sobie. Tym bardziej czuł się więc skrępowany, gdy swobodnie ktoś mówił o jego osobie przy nim.
- Ja i tak swoje wiem. - Sophie nie dawała za wygraną. - Ej! Ale jakby urządzić mu też...
- NIE! - przerwał jej Stevenson. - Zmień temat.
Dziewczyna uśmiechnęła się z przekąsem.
- Okay. Ale jeszcze do tego wrócimy Taylerku. Tak, czy inaczej, zrobimy epicką randkę Charliemu i Stefie! A co do Jolie i Ferba. Sis, zgódź się. Jeżeli im się nie uda, to będziesz miała dowód na to, że są niewypałem.
- A jak się uda?
- Sama powiedziałaś, że Jolie kocha Taylerka.
- W sumie. Okay, niech będzie. Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam.

Loren wróciła do domu, trzaskając za sobą drzwiami. Usiadła obok Jully przed telewizorem. Żadna z nich jednak nie słuchała słów prezentera wiadomości. W chwili obecnej i tak najważniejszym wątkiem wszechświata była Raritówna.
- Jak było? - zapytała podekscytowana brunetka. - Właściwie, to gdzie byłaś?
- W Transylvani. Mam kubek.
Mówiąc to, wyjęła swoją pamiątkę z podobizną Vlada. Jully wzięła go w dłonie, uważnie mu się przyglądając.
- Fajne.
- I drogie, ale chyba było warto.
- Warto, warto. A wydarzyło się coś jeszcze ciekawego?
Loren oparła się o wersalkę, starając przypomnieć sobie ważniejsze szczegóły.
- Zerwałam z Bufordem.
Słysząc to, Jully wytrzeszczyła szeroko oczy, przyglądając się trzynastolatce z niedowierzaniem.
- Poważnie? - zapytała, na co młodsza pokiwała głową. - Dlaczego?
- Nie wiem. Jak teraz tak nad tym myślę, to nie wiem. Chyba przez całokształt. Bo wiesz, trochę się dzisiaj posprzeczaliśmy. I ogólnie, to jesteśmy, a właściwie byliśmy niezgrani. Jak myślisz?
Jully wzruszyła ramionami.
- Nie ja z nim chodziłam, ale skoro ty tak uważasz, to pewnie masz rację.
W tym momencie drzwi otworzyły się. Do środka wszedł Jeremi, siadając obok siostry na kanapie. Wyglądał na przybitego, jednak nie było to specjalną nowością.
- Miałyście kiedyś tak, że zaczepił was obcy dzieciak, a wy nie umiałyście mu odmówić?
Na to pytanie, nastolatki wymieniły zdziwione spojrzenia. Rarity mówił poważnie.
- Skarbie, dobrze się czujesz? - zapytała zmartwiona Jully, na co ten pokiwał głową. - Bo nie wyglądasz.
- Zmieńmy temat. Jak było? - tu zwrócił się do Loren.
- Zerwałam z Bufordem.
Na te słowa, chłopak uśmiechnął się z ulgą.
- Dzięki bogom. Już myślałem, że przy kolejnej jego wizycie strzelę sobie w łeb.

Przyjęcie z okazji powitania nowych pracowników agencji jeszcze się nie zaczęło. Agenci dekorowali sale tak, jak zalecał im Monty. Chłopak został wybrany do tego zadania przez Majora, co wyjątkowo go cieszyło. Chciał w końcu poczuć władzę w agencji. I przy okazji dopiec Cassidy.
Czternastolatka siedziała przy jednym ze stołów, obserwując starszego brata z zazdrością. Ona zrobiłaby to wszystko inaczej. Nie wiedziała, czy lepiej, ale inaczej, a to już sprawiało, że chciała przejąć stery.
Z rozmyślań wyrwał ją Carl, kładąc na stoliku przed nią plastikową podkładkę i kartkę.
- Hej Cass. - przywitał ją, uśmiechając się przyjaźnie. - Co taka nie w humorze? - w odpowiedzi, skinęła głową w stronę Monty'ego. - A. No cóż, ale muszę przyznać, że idzie mu dobrze. Swoją drogą, widziałaś agento-woźnych?
- Agento-woźnych?
- Awansowali. Nie żebym uważał, że to skrajnie niesprawiedliwe, bo ja pracuję tu od lat, a jeszcze muszę za to płacić. I nie żebym ich nie lubił.
- Ależ oczywiście. Ale nie, nie widziałam ich. Chyba jeszcze nie przyszli.
Chłopak przytaknął, po czym wzdychając ciężko, usiadł naprzeciw niej.
- A ty co taki przybity?
- Skończył mi się hajs na płacenie za pracę i będę musiał wziąć pożyczkę.
Słysząc to, czternastolatka roześmiała się.
- Pogadam z tatą, jeszcze się nie zapożyczaj. - mówiąc to, nie przestawała się śmiać. - Jejku, ciężko cię przebić w przegrywie. Bym ci współczuła, ale jestem zbyt zajęta myśleniem jak dobić tego zasranego pedała.
- Masz na myśli Monty'ego?
- A kogo?
- Powinienem wygłosić poważną mowę która przekonałaby cię, że nie powinnaś się tak wyrażać o bracie. Ale z drugiej strony, też powoli zaczynam mieć dość swojego.
- To ty masz brata? - pokiwał twierdząco głową. - O, nie wiedziałam. Chcesz się zamienić braćmi? O, albo twojemu damy mojego, a my zamieszkamy razem. - chłopak w odpowiedzi uniósł kciuk w górę. - Super! Tak swoją, wiem już jak się zemszczę. Potrzebuję tylko egzorcysty, który przywołałby demona.
- Powodzenia. - odparł nieco sarkastycznie, jednak ta najwyraźniej nie zwróciła na to uwagi.
- Dzięki. - po tych słowach wybiegła jak oparzona, zostawiając Carla samego ze swoimi myślami.
Stażysta spojrzał na przygotowaną przez Monty'ego listę nowych agentów. Coś mu w tym nie pasowało. I już wiedział co. Tytuł kłamał, bowiem był tam zapisany tylko jeden agent.
Rudowłosy podszedł do siedemnastolatka, który w pełni pochłonięty był swoim zajęciem.
- Monty, tu jest błąd.
Monogram jakby wybudził się z transu. Spojrzał na szesnastolatka ze zdziwieniem, na co ten pokazał mu listę.
- Nie rozumiem.
- Tu jest tylko jeden agent. - wyjaśnił Carl.
Monogram wziął listę w dłonie, uśmiechając się przy tym lekko.
- Wszystko jest w porządku, dołącza do nas ta jedna osoba.
- I to dla niego robimy całe te przyjęcie? Myślałem, że to zorganizowana grupa komandosów. Dla dwójki nowych nic nie zrobiliśmy.
- Tacie spodobało się jego imię.
Karl zabrał listę, a gdy tylko przeczytał jej treść, uniósł brwi ze zdziwienia.
- Agent L.
- Lenin.
No cóż, teraz przynajmniej dobór czerwonych balonów miał sens.
- Mam w klasie jednego Stalina, - wyjaśnił Monty. - I dzisiaj też tu będzie. Chciałem zrobić mu niespodziankę.
- Chodzi o Scott'a? - zapytał, na co ten pokiwał twierdząco głową. - Czyli robisz to przyjęcie dla niego?
- Nie mogę pozwolić żeby mój przyjaciel czuł się osamotniony w swoim czerwonym pochodzeniu. Urodziłem się po to, by przypominać mu o tym na każdym kroku.
Carl w odpowiedzi westchnął cicho, pozwalając mu dalej robić swoje. No cóż, przynajmniej będzie ciekawie.
Do pomieszczenia wszedł Major. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, marszcząc monobrew na widok wszechobecnej czerwieni. Podszedł więc do syna.
- Monty, motyla noga! Prosiłem cię o udekorowanie sali, a nie przypominanie mi o moim ostatnim krwotoku!
- Ale tato, to specjalnie dla nowego agenta.
- Agent L miał krwotok?
Nastolatek spojrzał na ojca z niemałym zdziwieniem.
- Tato, agent L ma na imię Lenin.
- Co ma jedno z drugim wspólnego?
- Czekaj, ale ty na serio? Nie wiesz kim był Lenin? - Major pokręcił przecząco głową. - Eh. Wystarczy, że zapamiętasz, że utożsamiał się z kolorem czerwonym. Nasz agent też z pewnością go bardzo lubi.
Francis nie czuł się na siłach, by dalej z nim dyskutować. Poza tym, przecież nie spłodził głupiego potomka. No i zaraz wszystko miało się zacząć.
Ridguś w najlepsze zajął się grą w karty z Pepe i Penny. Im dłużej przebywał w tych czasach, tym coraz bliżej był uzależnienia. Zazwyczaj pilnowała go Valmira, jednak tym razem jej nie było. Penny umiała to zgrabnie wykorzystać.
Kotu marnie szło, a postawił na prawdę sporą sumkę. I zapewne przegrałby natychmiast, gdyby pomiędzy nimi nie otworzył się portal. Wyskoczyła na z niego Valmira, która niechcący zmieszała ze sobą ułożone na podłodze karty.
- Czołem! Spóźniłam się?
Na głowie miała nieco przy duży kapelusz kowbojski, a dłoni trzymała pióropusz Indian.
- Dzięki. - mruknęła Penny, zbierając karty. No cóż, trzeba będzie zacząć od nowa. - Gdzie byłaś?
- Tu i tam. A konkretnie to tutaj, ale kilkaset lat wcześniej! Ale była zabawa!
Pepe uśmiechnął się lekko, gdy Penny, zdegustowana, zaczęła rozdawać karty. Miał cichą nadzieję, że to tym razem on będzie miał więcej asów. Valmira natomiast spojrzała na kota z niezadowoleniem, zakładając ręce na biodra.
- Co? - zapytał zdziwiony.
- Czy ty chcesz się uzależnić?! - krzyknęła, na co samiec aż podskoczył.
- Ale...
- Żadnych ale! Nie myśl, że będę ci pożyczać pieniądze na spłatę długów! - po tych słowach złapała go za kark, po czym nie zważając na jego zdanie, pociągnęła w swoją stronę. - Jeszcze mi za to podziękujesz.
Pepe roześmiał się w miarę cicho. Penny natomiast spojrzała na tę scenę z niedowierzaniem.
- Ona zabiera mi mojego frajera. - jęknęła. - A miałam się wzbogacić.
Do środka weszli Scott i Jeremi. Na ich widok, Monty niemalże podskoczył z podekscytowania. Utkwił wzrok w blondynie, wyczekując jego reakcji.
Milton rozejrzał się dookoła, a na widok czerwonych balonów zaniemówił.
- I jak? - zapytał Monogram, przygryzając wargę. Podszedł do swojego wroga, podczas gdy ten nie mógł oderwać wzroku od dekoracji. - Sam to udekorowałem. Dla ciebie.
Blondyn uniósł brwi, otwierając lekko usta. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
Wbrew oczekiwaniom, Scott uśmiechnął się promiennie.
- Skąd wiedziałeś, że czerwony to mój ulubiony kolor?
Gdyby nie to, że wciąż pozostawali we wrogości, Rosjanin zapewne rzuciłby mu się na szyję. Nie tego Monty się spodziewał. Miał cichą nadzieję, że ten będzie zdenerwowany, dzięki czemu mógłby zobaczyć furię nie z tej planety.
Nie mówiąc nic, odszedł, obdarzając go jedynie pełnym zdziwienia i jednocześnie pogardy wzrokiem.
- Hitler chce się chyba pogodzić. - powiedział blondyn.
- Ja bym mu nie wierzył, pewnie coś kombinuje. - odparł Jeremi. - Poza tym, ten wszechobecny czerwień przypomina mi tylko o ostatnim krwotoku szefa.
- Do śmierci będziesz mi wypominał tą wpadkę z grzejnikiem?
Wszechobecne rozmowy przerwał odgłos klaskania. Twarze wszystkich zebranych zwróciły się ku Majorowi, który stał dumnie na środku sali.
- Skoro jesteśmy już wszyscy... - zaczął, jednak w słowo wszedł mu Carl.
- Nie ma jeszcze Tatiany.
- Obecność stażystów nie jest aż tak wymagana.
Monogram znów chciał kontynuować, jednak rudowłosy ponownie mu przerwał.
- Cassidy też nie ma.
- Nagramy jej to. Nie możemy przeciągać tego w nieskończoność. Agent L siedzi w schowku na miotły od rana i czeka, aż go zapowiem.
- Jaki znowu Agent L? - wtrąciła Penny, chowając swoje karty.
- Do tego właśnie zmierzam. Tak więc, agenci, stażyści i... i wy - tu spojrzał wymownie na Jeremiego i Scott'a. - zostaliście zebrani w tym ważnym dla naszej agencji dniu, by wspólnie radować się z powodu pojawienia się wśród nas nowego agenta.
- Gdy ja i Ridguś dołączyliśmy, to nikt nam nie zrobił imprezki. - dodała Valmira.
- Jeżeli jeszcze raz ktoś mi przerwie, to przysięgam, pojadę wszystkim po pensji!
- I tak pracujemy za głodowe stawki.
- Słusznie prawi! - wtórowała Penny. - Robotnicy na budowie zarabiają więcej od nas! Co to za sprawiedliwość?!
W ułamku sekundy wszyscy zwierzęci agenci zaczęli głośno kłócić się o swoje prawa. Ci, którzy nie potrafili porozumiewać się w mowie ludzkiej, czyli wszyscy poza Penny i Valmirą, krzyczeli po swojemu. Monty poczuł jak przechodzą go dreszcze, natomiast jego ojciec zaczął coraz poważniej myśleć nad zmienieniem imienia i nazwiska oraz ucieczką do Meksyku.
Wśród zgiełku nikt nie zauważył jak otworzyły się drzwi, a do środka weszła Tatiana. Dziewczyna z niemałym zdziwieniem spojrzała na zaistniałą sytuację. No cóż, tego się nie spodziewała.
- O, jednak przyszłaś. - zauważył Scott. - Każdego innego dnia powiedziałbym ci coś niemiłego na dzień dobry, ale dziś otacza mnie piękno czerwieni, które sprawia, że nie potrafię myśleć negatywnie!
Blondynka dopiero w tej chwili zauważyła wystrój.
- Kto to tak udekorował?
- Hitler.
- W sensie Monty?
- Da.
- Mówił coś o tym?
- Że zrobił to specjalnie dla mnie. Ja uważam, że to miłe, ale Jeremi twierdzi, że coś kombinuje. W sumie, to może mieć rację, ale wiesz. Poza tym, czy tylko dla mnie te barwy jakoś tak sprzyjają rewolucji?
- Nie. Nie tylko dla ciebie.
Dziewczyna zacisnęła pięści, odwracając się w kierunku Monty'ego. Miała coraz bardziej dość naśmiewania się z jej kraju przy pomocy czerwonych akcentów.
- O, hej. - powiedział, gdy ta stała już obok niego. - Co taka nie w humorze?
Tatiana stała ze splątanymi na piersiach rękami, marszcząc groźnie brwi.
- Czerwony wystrój, hę?
- Mój autorski pomysł. - odparł z dumą. - Miałem nadzieję, że ten przygłup się wkurzy, ale nie załapał. Nie wierzę, że jesteście spokrewnieni.
- Mówiąc "przygłup" masz na myśli Scott'a, tak? - zapytała, na co chłopak pokiwał głową. - Rozumiem.
Po tych słowach złapała go za włosy, prowadząc w stronę wyjścia. Chłopak jęknął z bólu, nie mając pojęcia o co jej chodzi.
- Ej, ale co ty wyprawiasz?!
- Musimy pogadać jak Rosjanka z Niemcem.
- Ale ja nie jestem Niemcem.
- Zaraz się poczujesz jakbyś był.
Wypchnęła go na zewnątrz, po czym zamknęła za nimi drzwi.
- Dobrze, podniosę wam pensję! - krzyknął Major, dzięki czemu agenci uspokoili się. Mężczyzna odetchnął z ulgą. - Dziękuję. Tak więc, pragnę przedstawić nowego członka naszej agencji, Agenta L!
Nastała cisza. Klamka od drzwi składziku poruszyła się, jednak nic poza tym.
- Drzwi znów się zacięły. - jęknął Francis. - Carl, kazałem ci je naprawić!
- Ale Majorze, ja nie jestem mechanikiem.
- Wszystko jedno.
Po chwili drzwi wyleciały z zawiasów. Na światło dzienne wyszedł biały kot z czarną łatką na karku i fedorą na głowie. Zmierzył wszystkich swoimi zielonymi ślepiami, podczas gdy ci wpatrywali się w niego z zaciekawieniem. Dopiero gdy agent spojrzał na Miltona, zatrząsł się lekko.
Scott wytrzeszczył szeroko oczy, łapiąc się za ramię przyjaciela, jakby miał się zaraz przewrócić.
- Jejku... On wygląda jak mój kotek!
- Może to on?
- Nie. Przecież zauważyłbym fedorę na jego główce.
Kot odetchnął z ulgą.
Pepe i Penny wymienili porozumiewawcze spojrzenia. No cóż, przynajmniej wiedzą już jakiego zwierzaka ma Scott.
- No, to wszystko. - powiedział w końcu Major. - Można jeść.
Zielone oczy blondyna zabłysnęły radośnie. Już chciał się rzucić się ku obfitemu bufetowi, jednak w porę zatrzymał go Monogram.
- Ale nie wy. - na te słowa, Scott jęknął ze smutkiem. - Wy idziecie za mną.
Cała trójka poszła do oddzielnego pomieszczenia. Był szary, a ściany dawały wrażenie, jakby były z metalu. Milton dotknął ich z ciekawości i jego przypuszczenia potwierdziły się.
Poza niewielkim podłużnym stoliczkiem, który przylegał do podłogi, nie było tam nic. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Francis zaczął mówić.
- Cieszę się, że się zgodziliście.
- Nie mam w zwyczaju odmawiać, gdy pieniądz woła. - odparł Jeremi.
- Warto zapamiętać. Tak, czy inaczej, zapewne zastanawiacie się, dlaczego nie poprosiłem o to moich agentów. Odpowiedź jest prosta. Oni są zbyt cenni i jak zginą, to będzie szkoda.
Scott zmarszczył lekko brwi, instynktownie przybliżając się bliżej przyjaciela.
- Czyli jesteśmy mniej cenni od tamtych? - zapytał Rarity, na co jego szef pokiwał głową. - Warto zapamiętać.
- Wierzycie w życie pozaziemskie?
Nastała krótka cisza. Blondyn poczuł, jak oblewa go zimny pot. Wciąż czuł niczym niewytłumaczalny lęk przed zielonoskórymi istotami. Latynos natomiast zamrugał kilka razy, po czym zwyczajnie wybuchł śmiechem.
- Czyli nie? - zapytał Major.
- Przeciwnie szefie. Nigdy nie byłem w życiu niczego bardziej pewien.
- Ta, ja też. - dodał Scott.
Słysząc to, mężczyzna uśmiechnął się z dumą.
- I takie podejście lubię! Nie znoszę ignorantów, którzy twierdzą, że życie pozaziemskie jest głupotą!
- Ja też. - dodał Jeremi, nieco poważniejąc, jednak uśmiech wciąż trzymał się jego twarzy.
- Tak, czy inaczej, tym razem mamy chyba niezbite dowody. Znikają Ziemianki. I wiem, co myślicie, zwykłe zaginięcia, nic nowego. Wykryto jednak w atmosferze ziemskiej niezidentyfikowane obiekty.
- Kosmici. - powiedział bardziej do siebie, niż do niego Jeremi.
- Otóż to. Oczywiście, w organizacji tylko ja w to wierzę, jednak dostaliśmy pozwolenie na działanie. No, ale najpierw formalności. W przypadku waszej śmierci miałem wypłacić waszym rodzinom odszkodowania. Wiecie, ceny pogrzebów poszły w górę. Ale niestety, jak się okazuje, będę musiał przeznaczyć ten budżet dla agentów.
"Będę dręczył ojca zza grobów karząc mu kupić najdroższą trumnę - pomyślał Scott. - Tak, to dobry plan. Jestem geniuszem."
- Pójdziecie na przyjęcie. - ciągnął Monogram. - Siedemnastowieczny klimat. Scott, załatwiłeś sobie sukienkę i makijaż, prawda? - chłopak w odpowiedzi pokiwał twierdząco. - Fantastycznie. Z naszych danych wynika, że właśnie tam dojdzie do kolejnego zaginięcia. Waszym celem jest złapać kosmitów i udowodnić tym wyżej, że mam rację.
- A jeżeli to nie kosmici? - zapytał Jeremi.
- To macie pecha, bo tylko za kosmitów zapłacę.
Jeremi wzruszył jedynie ramionami. No cóż, skoro szef chce kosmitów, to ich dostanie niezależnie od tego, czy to oni są winni.
Monogram rzucił agentom kluczyki, po czym wyszedł.
- Wierzysz w zielonoskórych kosmitów? - zapytał łamiącym się głosem Scott. Rarity spojrzał na niego z zażenowaniem. - Bo ja uważam, że nie powinno się im ufać. Obiecasz mi, że jak zobaczysz któregoś z nich, to zastrzelisz od razu?
- Twoja fobia to jakiś żart. Czemu akurat zielonych się boisz? Gdyby stanął przed tobą niebieski kosmita, to nie popadłbyś w panikę?
Scott przechylił lekko głowę w prawo, uśmiechając się z politowaniem.
- Wszyscy wiedzą, że tylko zieleni kosmici są zdolni mordować bez powodu. To wiedza podstawowa.
Jeremi westchnął ciężko. Dla niego natomiast wiedzą podstawową było to, że zielona nacja nigdy nie pchała się do wojen, a uczestniczyła w niej dopiero, gdy została do tego zmuszona. Ale co on tam mógł wiedzieć? Hollywodzkie filmy będą edukować Ziemian za niego.
- Rób jak chcesz. Ja idę po hajs.
Po tych słowach wyszedł, zostawiając Scott'a samego ze swoimi przemyśleniami. Chłopak zastanowił się nad swoimi dalszymi poczynaniami. Warto umierać za pieniądze?
"O czym ja myślę? Oczywiście, że warto!" ~ pomyślał, po czym pobiegł za przyjacielem.

Jolie zdążyła dopiero wrócić do domu. Usiadła przy swoim biurku, włączając laptopa. Uśmiechnęła się mimowolnie, gdy zobaczyła nowe zdjęcie na facebooku jakie wrzuciła Hirano. Przedstawiało ją, Ginger i Hermione robiące sobie selfie w lodziarni. Była oczywiście oznaczona w poście, tak samo jak Ulaniuk. A opis był równie ciekawy. Emoji flag Francji, Ukrainy i Japoni, a pomiędzy nimi serduszka. Tak, to było urocze.
Gdy miała już napisać komentarz, usłyszała refren piosenki "Cheri cheri lady", która była jej dzwonkiem telefonu. Westchnęła ciężko zauważając wyświetlającą się fotografię Nazz.
- Halo?
- Hejka Jolie! Co porabiasz? - zapytała, jednak w ogóle nie czekała na jej odpowiedź. - To super! Przyjdź do Fineasza i Ferba.
Francuzka zmarszczyła brwi. Nie miała pojęcia jaki jest w tym wszystkim cel, jednak zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, niebieskowłosa już się rozłączyła. Martin wiedziała, że nie ma większego wyboru, więc wyłączyła laptopa, zbierając się do wyjścia.

Nazz schowała komórkę do kieszeni uśmiechając się triumfalnie. Doskonale wiedziała, że z randki jej przyjaciółki i Ferba nic nie wyjdzie, a gdy już tego dowiedzie, będzie mogła wypominać to reszcie do końca życia.
Sophie była do tego zupełnie inaczej nastawiona. Zaczynała widzieć coraz większy potencjał w Felie. Kto wie, może będzie z nich w przyszłości dobre małżeństwo?
Ferb z kolei siedział w swoim pokoju, a za towarzystwo robili Tayler i Charlie. Rudowłosy patrzył na swoje odbicie w lustrze, nie dowierzając faktowi, według którego miał na sobie garnitur. I dodatkowo czekał na randkę. I to swoją. Z dziewczyną, która na prawdę mu się podobała. Odnosił wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi.
Fletcher natomiast był zły. Nie chciał siedzieć z Jolie przy jednym stole. Przecież nie miał o czym z nią rozmawiać. Ba, nawet jej nie lubił. Ta randka była nieporozumieniem, jednak nikt nawet nie brał jego zdania pod uwagę.
Tayler natomiast siedział obok łóżka na podłodze zastanawiając się w ogóle co tu robi. Całe szczęście, szybko sobie przypomniał. Sophie kazała mu pełnić funkcję wsparcia duchowego. Nie chciał tego robić, bowiem zdawał sobie sprawę, że psychologiem byłby beznadziejnym. Nie mniej, jeżeli prosi dziewczyna, która ci się podoba, nie odmówisz.
- Chcesz się umówić z Jolie zamiast mnie? - zapytał Ferb, opierając się o ścianę przy której stało jego łóżko. Spojrzał na Stevensona, który siedział pod nim z nadzieją. - Wy się lubicie. Prędzej ty będziesz jej facetem, niż ja.
Tayler wypuścił powietrze, uśmiechając się lekko.
- Jolie mi się nie podoba, więc pary z nas nie będzie.
- Wszystko jedno. Nie chcę z nią randkować. Ugh. Co to w ogóle za pomysł?! Ja jej nie kocham do jasnej!
- Nawet ci współczuję.
- Że randkuję z Jolie?
- Ogólnie, że swatają cię z kimś, z kim nie chcesz. Trochę jak ustawiane małżeństwa. Ale pocieszę cię. Ciebie przynajmniej nie chcą swatać z innym facetem.
Charlie i Ferb spojrzeli na chłopaka z zainteresowaniem. Flynn nawet zapomniał na moment, że jest zestresowany. Stevenson nie wydawał się jednak w ogóle przejęty. Zupełnie jakby nie robiło to na nim większego wrażenia.
- Jesteś gejem? - zapytał Fletcher.
Tayler uśmiechnął się mimowolnie.
- Sophie uważa, że tak. Ja natomiast uważam, że jestem hetero.
- Niech zgadnę, - wtrącił Charlie. - twoje zdanie się nie liczy?
Stevenson pokiwał głową, na co pozostali wybuchnęli śmiechem.
- Jesteś spoko. - stwierdził Ferb. - Nie rozumiem dlaczego niektórzy w mojej klasie nazywają cię św. gejem, stróżem pedalstwa.
- Serio tak na mnie mówią? - zapytał Tayler, na co zielonowłosy pokiwał głową. - Ale przecież ja mieszkam w Danville trzy dni.
- Danville to wieś. Plotki szybko się roznoszą.
- No cóż, - szatyn zamyślił się chwilę, po czym wzruszył ramionami. - przekaż im przy okazji, że mało kreatywni są. Miewałem gorsze ksywki.
Anglik ponownie roześmiał się, układając się na łóżku tak, że jego głowa była tuż obok głowy Taylera. Tyle, że do góry nogami.
- Ludzie to debile. - stwierdził z uśmiechem. - Jak mieszkałem jeszcze w Anglii to mówili na mnie trawa. Bo łapiesz, zielone włosy. Charlie, a ty masz jakąś ciekawą ksywkę od swych zacnych przyjaciół?
- Poza klasykami typu "kujon", to chyba nie.
- Nudziarze. - stwierdził Tayler. - W podstawówce mówili na mnie Roszpunka.
- Uroczo. - odparł Ferb. - Byłeś księżniczką. Taką majestatyczną. Aż zazdroszczę.
- Dzięki. Całe życie zaklepuję najlepsze ksywki. Tak w ogóle, to nie powinieneś przebrać się w garnitur? Nazz cię zabije jak zobaczy, żeś nie gotowy.
Na te słowa, Fletcher westchnął ciężko.
- Nawet ci współczuję. - powiedział, ignorując wcześniejszą uwagę o ubiorze. - Jak ty wytrzymujesz z samymi babami w klasie?
- Jesteś jedynym facetem w klasie? - zdziwił się Charlie. - Jejku. Szacun.
W tym momencie Tayler poczuł się niczym bohater narodowy. Flynn usiadł obok nich po turecku, całkowicie oddając się rozmowie. Co tam Stefa? Ma obok męczennika XXI wieku!
- Idzie przywyknąć. - stwierdził Stevenson.
- Ja bym to wykorzystał. - powiedział Fletcher. - Jakim cudem nie wyrwałeś żadnej dziewczyny?!
"Bo mam nie taką twarz jaką trzeba" ~ pomyślał Tayler.
- Jakoś tak. - odparł. - Zrządzenie losu. Dobrze ci radzę stary, idź się przebierz. Nie chcę tłumaczyć się Nazz dlaczego zająłem cię moim życiem. Będzie uważać, że sabotuję randkę.

Tymczasem w pokoju Fretki. Stefa siedziała przed różową toaletką przyjaciółki, podczas gdy rudowłosa nakładała jej makijaż. Japonka nie widziała swojego odbicia, a jedynie jego skrawek, gdyż zasłaniała jej Flynnówna. Mimo to, udało jej się zauważyć, że wygląda świetnie. Fretka na prawdę się postarała. Nie zmieniało to faktu, że nie była przekonana co do całego przedsięwzięcia.
- Fretka, ale czy to oby na pewno fair w stosunku do Coltrane'a? - zapytała, podczas gdy przyjaciółka nakładała na jej powieki miętowego koloru. - Przecież to on jest moim chłopakiem. Taka randka to praktycznie zdrada.
- A czy on jest fair wobec ciebie, gdy ogląda się za innymi dziewczynami? - Stefa musiała przyznać, był to całkiem dobry argument. Westchnęła ciężko, spuszczając wzrok. - Zerwij z nim. Tak, przez telefon. Koleś nie zasłużył sobie na rzucenie z sercem. Na miłość boską Stefa, on na rocznicę dał ci znaczek pocztowy!
- Liczy się gest.
- Oderwany od listu jego ojca!
- No wiesz...
- Po prostu zapomniał i pokazał ci, że ma to całkowicie w poważaniu! Dla takiego chama nie powinnaś mieć ani grama ciepłych uczuć!
Fretka wyprostowała się, odkładając kosmetyki na toaletkę. Hirano spuściła wzrok. Jej przyjaciółka miała rację. I kłamstwem byłoby, gdyby Japonka powiedziała, że myślała nad rozstaniem. Nawet zbierała się już do tego. Wiele razy widząc Coltrane'a chciała powiedzieć mu "to koniec", jednak zawsze coś ją przed tym powstrzymywało.
Widząc jej smutek Fretka westchnęła ciężko.
- Wiesz, nie rozwalałabym twojego związku, ale jeżeli Narcyza mówi, że nie jesteś z nim szczęśliwa, to nie jesteś. I zaufaj mi, ona wie, co mówi. To wariatka, ale z ciekawym talentem. Pamiętam, że jako jedyna wiedziała, że mój tata ma kochankę. A miała trzy lata! Nie, nie żartuję. - dodała, gdy Stefa roześmiała się. - Gdyby Narcyza powiedziała mi, że Jeremiasz mnie zdradza, to bym z miejsca z nim zerwała. Poza tym, do Charliego pasujesz bardziej. On się za dziewczynami nie ogląda. Głównie dlatego, że one go nie chcą, a on poślubił fizykę.
- Mam konkurować z fizyką?
- Masz spore szanse. - mówiąc to, dziewczyna rzuciła Hirano komórkę. - Rób co trzeba. Przecież widzę, że chcesz.
Stefa wzięła głęboki wdech, zbierając w sobie odwagę. Przecież prędzej, czy później i tak by to zrobiła.
Wybrała więc numer do swojego, niedługo byłego już, chłopaka.
- Halo? - odebrał.
Flynn uniosła kciuki w górę, na co Hirano westchnęła cicho.
- Cześć Coltrane.
- Stefa? - no tak, dziewczyna całkowicie zapomniała, że dzwoni z telefonu przyjaciółki. - Hej. Co tam?
- Ja... emm.. Zrywam.
- Ale co?
- Z nami.
Zapadła krótka cisza. Serce Stefy zabiło niebezpiecznie szybko, a jej żołądek wydawał się powędrować do gardła.
- A, okay. Na razie. - powiedział, po czym rozłączył się.
Hirano uniosła brwi, oddając rudowłosej telefon.
- I jak?
- Przyjął to raczej spokojnie.
Słysząc to, Fretka przyklasnęła.
- I świetnie! Teraz możesz z czystym sumieniem randkować z moim kuzynem! A jak ci nie wyjdzie z Charliem, to też się nie martw. Mam innych kuzynów.

Nie od dziś wiadome było, że nie ma rzeczy nie możliwych dla tych, którzy noszą nazwisko Monogram, Adventure i Jefferson. Crimson nie pierwsza, jednak na pewno też i nie ostatnia udowodniła to, przecinając kajdanki swoich towarzyszy za pomocą plastikowego noża. Nie dało się ich jednak całkowicie zdjąć, więc Monogramówna uznała, że od dziś mają wieczne bransoletki.
- Możecie je też uważać za bransoletki przyjaźni. - zaproponowała, zajadając pizze.
Ron wywrócił oczami, nakładając sobie kawałek na talerz. Heinz natomiast cały ubrudzony był od sosów.
Cała trójka znajdowała się w pobliskiej włoskiej pizzeri, urządzonej w typowo śródziemnomorskim stylu. Jasno-brązowe ściany idealnie pasujące do domowego wystroju sprawiały, że w lokalu aż chciało się siedzieć. Na ścianach wisiało kilka obrazów przedstawiających widoki prosto z Włoch. Sama restauracja należała do jednego z przedstawicieli owego narodu, a konkretnie do Leona Accardi.
- W sumie, to te kajdanki są całkiem stylowe. - stwierdził Dundersztyc. - Powinienem to wykorzystać w moim nowym szatańskim planie.
- A nie rzuciłeś zła dla uczenia fizyki w szkole? - zapytał Adventure.
Heinz połknął swoje jedzenie, a jego twarz była już cała w sosach.
- Nie, muszę odbębnić godziny społeczne.
- Musimy częściej robić sobie takie wypady w trójkę. - stwierdziła Crimson. - Fajnie tak. Czemu wcześniej tego nie robiliśmy?
- Bo ja mieszkałem w Nowym Yorku? - odpowiedział pytająco blondyn. Spojrzawszy w prawo, zauważył znajomą postać. - O, patrzcie kto przyszedł.
Pozostali odwrócili się w tym samym kierunku. Ku ich zdziwieniu, do ich stolika zmierzał nikt inny, jak Major Francis Monogram. Na jego widok Ron wywrócił oczami. Nie miał najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Crimson natomiast uśmiechnęła się promiennie, co trochę ośmieliło najstarszego brata. Z kolei Heinz wciąż jadł pizze, nic sobie nie robiąc z przybycia swojego wroga.
Mężczyzna usiadł obok trójki. Starał się ignorować złość malującą się na twarzy blondyna. Nie przyszedł tu przecież bez okazji.
- Cieszę się, że jesteśmy w końcu razem. - powiedziała blondynka, obejmując obu braci. - Franiu, akurat pizza się skończyła, ale możemy zamówić drugą.
Adventure parsknął pod nosem. Co jak co, ale pseudonim "Frania" nigdy nie przestanie go śmieszyć.
- Nie jestem głodny. - odpowiedział szybko Major. - Przyszedłem tu tylko na chwilę. - już miał wszystko wyjaśnić, jednak zwrócił się do Heinza. - Dundersztyc, nie musisz iść do łazienki?
Crimson i Ron wymienili zdziwione spojrzenia. Szatyn wytarł serwetką twarz, kręcąc przecząco głową.
- A ja uważam, że powinieneś. - Francis nie dawał za wygraną.
- W sumie racja, dawno nie byłem, a wypiłem dużą colę. - zgodził się Heinz, uśmiechając się przyjaźnie. - Dzięki. Nie wiedziałem, że się tak o mnie martwisz.
- Tak, tak. Po prostu idź.
Doktor podniósł się z miejsca, zmierzając w stronę toalety. Monogram odprowadził go wzrokiem, po czym sięgnął do kieszeni. Ku zaskoczeniu pozostałych, wyciągnął z niej przenośny teleport. Ten sam, który wcześniej ukradł Ron. Na ten widok blondyn zaniemówił.
- To ten pilot od telewizora o który wam poszło? - zapytała kobieta.
Bracia w tym samym czasie uderzyli się ręką w czoło.
- To może nas przenieść do czwartego wymiaru. - wyjaśnił Francis. - Podobno można tam spotkać samą Śmierć.
- Czekaj. - wtrącił Adventure. - Co ty chcesz?
- To samo co ty, bałwanie. Nie uwierzę, że ukradłeś to, żeby sobie pozwiedzać wymiary. I mi i tobie i tobie, - tu popatrzył na siostrę - zależy na powrocie pewnej osoby.
Blondynka przełknęła ślinę. Zaczynała powoli rozumieć o co chodzi.
- Czytałam taki blog. - zaczęła. - Prowadzi go taka jedna o pseudonimie SiostraDepresji. Pisała tam coś o wskrzeszaniu poprzez umowy, ale nie sądziłam, że to prawda.
- Ktoś zrobił o tym bloga? - zdziwił się najstarszy. - Z resztą, nie ważne. Wchodzicie w to?
Ron i Crimson wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wystarczyło im spojrzeć w oczy tego drugiego, aby wiedzieć o co chodzi.
Nie mogli odpowiedzieć nic innego, niż tak.

Część 5 C

Te randki powinny być idealne.
I będą. Bo wszystko, co swata Sophie jest idealne. A przynajmniej takie jest założenie.
W ogródku stały dwa stoliki, a przy każdym dwa krzesła. Białe obrusy, na których stały świeczki, czerwone wino, które tak na prawdę było sokiem wiśniowym oraz pizza zamówiona z pobliskiej włoskiej pizzeri. Jako iż ten, który zazwyczaj pełnił rolę kucharza, sam czekał na swą "drugą połówkę" organizatorzy zmuszeni byli zamówić jedzenie.
Zrezygnowany Django właśnie wracał z poszukiwań dziewczyny. Niestety, żadna go nie chciała. Oczywiście, poza jedną. Już prawie zabrał ją na pizze, ale okazało się, że ma sześć lat. Na swoją obronę Brown mógł powiedzieć, że wyglądała co najmniej na jedenaście! Ehh, ciężko jest w tych czasach komukolwiek zaufać.
I wtedy, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, minął ogródek Flynn-Fletcherów. Zapach świeżej pizzy sprawił, że zajrzał zza płot, a to co zobaczył sprawiło, że nie mógł tego tak po prostu zostawić.
Przeskoczył ogrodzenie, lądując twarzą na ziemi. Szybko jednak podniósł się, wypluwając brudną ziemię z ust.
- Au. - usłyszał obok głos Fineasza. - Nie zazdroszczę. Pepe się tu załatwiał.
- A, to wyjaśnia posmak karmy dla dziobaków.
- Skąd wiesz jak smakuje karma dla dziobaków?
Na te słowa, brązowowłosy z uśmiechem machnął ręką.
- Stare dzieje. Romek do dziś panicznie boi się ciasnych pomieszczeń.
Flynn odwzajemnił uśmiech.
- Fajnie, że przyszedłeś. - powiedział gospodarz.
- Też się cieszę. A właściwie, to co wy tu robicie?
- Podwójną randkę. Ferb i Jolie oraz Charlie i Stefa. Charlie to mój kuzyn. - dodał, zdając sobie sprawę, że Brown może go nie znać.
Chłopak uniósł lekko brwi, uśmiechając się znacząco, niczym zawodowa plotkara.
- Nie wiedziałem, że Jolie i Ferb ze sobą ten teges.
- Oni też nie wiedzieli. Całe szczęście mamy kuzynkę medium. Może chcesz z nami zostać? Będziesz kelnerem. Gabi i Narci też nimi są.
Django popatrzył na stoliki raz jeszcze. Wyglądało to całkiem ciekawie i zapowiadało się na dobrą zabawę. Wprawdzie nigdy nie był kelnerem, jednak kto wie co może z tego wyjść? Gdyby tak podawać zapalone jedzenie na cienkiej linie, która unosi się pięć metrów nad ziemią.. Tak, to byłoby genialne!
Poza tym, do głowy wpadł mu też kolejny pomysł.
- Chętnie. A możemy zamienić to na potrójną randkę? Mam kolegę przegrywa.
- Obiecałem Sophii, że w sprawach swatkowych wszystko będę uzgadniał z nią. - odpowiedział poważnie Fineasz, jednak widać było, że zrobi wszystko, by jak najwięcej osób uczestniczyło w jego planach. Lub po prostu przebywało na jego podwórku. - Ale na pewno się zgodzi. W końcu jest prawdziwą shiperką.
- Że shipuje wszystko co się rusza?
- Poza rodzeństwem. - powiedział, po czym krzyknął. - Sophie! Możesz tu na chwilę?
Już po chwili pojawiła się blondynka, której oczywiście towarzyszyła Nazz. Obie uśmiechały się przyjaźnie, jednak na widok Djanga, Jefferson uniosła ze zdziwieniem brwi.
- Ola. - przywitała go niebieskowłosa. - Co tu robisz?
- Poczułem pizze i nie mogłem się oprzeć. - w odpowiedzi Nazz roześmiała się, wzrokiem mówiąc mu "rozumiem cię". Następnie chłopak zwrócił się do Adventure. - To prawda, że ty tutaj dowodzisz?
- "Dowodzisz" to złe słowo. Jestem naczelną swatką. - wyjaśniła. - Dowodzę razem z moją sis. Czyli w sumie dowodzę. Tak, dowodzę.
- Dałoby się zamienić tę podwójną randkę na potrójną?
Kuzynki wymieniły się porozumiewawczymi spojrzeniami, po czym ponownie spojrzały na Djanga. Fineasz obserwował całą tę sprawę, trzymając kciuki za to, by się zgodziły.
- A co wiesz o tej parce? - zapytała blondynka. - Wszystko jest ważne. Razem z sis ocenimy, czy do siebie pasują.
Brown zastanowił się chwilę. Co o nich wie? O niej nie wiele, ale o nim mógłby napisać książkę.
- Oboje są Włochami. Nawet podobni z wyglądu. On trochę wyższy, ale niewiele. Niezbyt ją znam, ale muszą się lubić, bo czekał na nią na lotnisku. - słysząc to, Sophie wydała z siebie głośne "Ooo". - No i to na tyle.
To wystarczyło. Adventure złapała Jefferson za ręce, podskakując radośnie.
- Słyszałaś sis? Czekał na nią na lotnisku!
- Przytulili się też na powitanie. - dodał.
Blondynka zapiszczała z radości.
- Sis, oni są razem tacy idealni!
- Też tak myślę sis! - odparła równie podekscytowana Nazz. - I jeszcze z jednego kraju! Ostatnimi czasy pary o takim samym pochodzeniu są rzadkością.
- Czyli się zgadzacie? - zapytał z nadzieją chłopak.
- Zgadzamy. - odpowiedziała Nazz.
Chłopak uniósł triumfalnie rękę, uśmiechając się radośnie.
- To ja po nich polecę. - powiedział, po czym zniknął im z oczu.

Scott zatrzymał się doganiając przyjaciela. Początkowo nie miał pojęcia dlaczego ten stoi oparty o ścianę, jednak gdy tylko zauważył srebrny, dwuosobowy samochód, sam znieruchomiał.
- Czyje to? - zapytał lekko oszołomiony blondyn. - Wygląda jak mieszanka szczęścia i wody święconej. Ale takiej ładnie pachnącej wody święconej.
Rarity stał ze splątanymi na piersi rękoma, uśmiechając się pewnie.
- Nasze. - odparł, kręcąc kluczykami na palcu.
Blondyn potrzebował chwili, by zrozumieć sens jego słów. Uniósł ze zdziwienia brwi, patrząc na przyjaciela z niedowierzaniem. Ten tylko wyszczerzył triumfalnie zęby.
- Mówiłem ci, że to dobry pomysł. - dodał. - Ja mam zawsze rację. Zrozum to wreszcie.
Milton w końcu uśmiechnął się promiennie, podbiegając do pojazdu.
- Nazwijmy go Betty! - zaproponował entuzjastycznie, przytulając samochód, kładąc się na masce. - Zawsze chciałem mieć samochód, który nazwałbym Betty! A mogę prowadzić?
- Nie. - odparł, wsiadając do środka.
Entuzjazm Scott'a nieco opadł. Wyprostował się, zakładając ręce na biodra.
- Niby dlaczego? - zapytał, siląc się na groźny ton.
Niestety, z jakiegoś powodu Jeremi się nie przestraszył. Jedynie przekręcił kluczyki w stacyjce, uruchamiając silnik.
- A umiesz?
- Emmm...
- Ejj, prosta piłka. - kąciki ust Raritiego jakby uniosły się w drwiącym uśmiechu. - Umiesz, czy nie umiesz?
- A ty?
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Umiesz, czy nie?
- No... No nie.
- Spoko, ja też nie. Ale prowadziłem kiedyś podobne, więc będę liczyć na farta. Co może być trudne, bo zazwyczaj go nie mam. Wsiadasz, czy nie?
Na te słowa, Scott jakby wybudził się z transu. Szybko usiadł obok niego, obserwując dalsze poczynania swojego kierowcy.
W środku, samochód prawie niczym nie przypominał klasycznego. Miał dużo więcej przycisków, a jedyne co było podobne, to kierownica i stacyjka.
- Dobra, nic nie ogarniam. - stwierdził Jeremi, po czym ruszył. - O, lata. - zauważył, gdy samochód uniósł się w powietrze. Niestety, już po chwili uderzyli zderzakiem w biurowiec obok. Budynek zaczął się walić, a ludzie ewakuować. - Dobre wieści, ogarniam jak się cofa. - Scott, którego przycisnęło do fotela uniósł z przerażeniem kciuk w górę, starając się wymusić uśmiech. - Chyba przeżyjemy.
- Chyba?
- Nie chcę nic obiecywać.
Po tych słowach samochód ruszył w przeciwną stronę.

Jolie dotarła na miejsce. Rozejrzała się dookoła, a widok uroczyście nakrytych stolików sprawił, że zatrzymała się w połowie drogi do drzwi wejściowych. Złapała się z zakłopotaniem za kark zaczynając bać się tego, w co Nazz ją wplątała.
Gdy tylko usłyszała swoje imię, odwróciła się na pięcie w stronę dźwięku. Podążały do niej jak zawsze radosne Sophie i Nazz.
- Ola! - przywitały ją jednocześnie, po czym odezwała się sama Niebieska. - O, sis, czyżbyś zaczęła witać się tak samo jak ja?
- Chciałam zobaczyć jak to jest. Fajne uczucie. - odparła, po czym już z mniejszym zadowoleniem zwróciła się do Martinówny. - Jolie, gdzie twoja sukienka?
Szatynka uniosła jedną brew.
- Po co mi?
Sophie spojrzała wymownie na kuzynkę, która tylko wzruszyła ramionami.
- Nie mogłam jej powiedzieć, że to randka, bo inaczej by nie przyszła.
Słysząc to, Francuzka aż odskoczyła. Spojrzała ze zdumieniem na kuzynki, kręcąc lekko głową.
- Randka?! - krzyknęła, po czym zaczęła się jąkać. - Nazz, ja cię bardzo lubię, ale to by nam nie wyszło. Bo wiesz, ja jestem hetero. Ale jestem pewna, że kiedyś znajdziesz sobie odpowiednią dziewczynę.
Jolie starała się ubrać słowa tak, by jej nie urazić, ani nie zranić jej uczuć. Tymczasem dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Martin zmarszczyła brwi, splątując ręce na piersi. Nie tego się spodziewała.
- Sis, ona myślała, że ja chcę randkować z nią! - śmiała się Nazz, po czym wciąż z szerokim uśmiechem zwróciła się do szatynki. - No coś ty! Sorki Jolie, ale nie jesteś w moim typie. Daleko ci do mojego ideału.
- Załapałam. - wycedziła przez zęby. - Więc o kogo chodzi?
- Ty masz randkę. - oznajmiła, podczas gdy Sophie wciąż zanosiła się śmiechem. - Z Ferbciakiem.
Tym razem to Jolie wybuchnęła śmiechem.
- Dobre, dobre. - wydusiła, opierając dłonie o kolana. - Prawie się nabrałam.
- Ale to nie żart. - odpowiedziały równocześnie.
Francuzka spojrzała na nie z nadzieją, wyczekując oznak wkrętu. Niestety, nie doczekała się. Momentalnie spoważniała, a jej twarz pokrył strach.
- Jak to nie żart? Przecież ja go nawet nie lubię!
- Za późno, wszystko jest już gotowe. - oznajmiła Sophie. - Nic nie tracisz Jolie. Będzie fajnie!
Gdy ta miała już kategorycznie odmówić, w słowo weszła jej Nazz.
- Ale w sumie, to i tak nie masz już wyjścia.

Django siedział uśmiechnięty na łóżku Romano po turecku. Opierając się o ścianę, patrzył na przyjaciela, który zajmował miejsce na prawo od niego. Latynos był o wiele mniej entuzjastyczny. Ręce splątane miał na piersi, a na przyjaciela patrzył z niezadowoleniem.
- Ciebie do reszty powaliło?
Ostry ton wcale nie zniechęcił Browna. Wprost przeciwnie, jakby w ogóle go nie zauważał, lub przyzwyczaił do niego.
- Potrzebujesz dziewczyny lieve. - powiedział, uśmiechając się jeszcze szerzej, słysząc włoskie przekleństwa, które spowodowane były użyciem przez niego niderlandzkiego słówka. - Jak popierałem twój związek z Izką, tak wiem, że ona nawet nie ma pojęcia jak masz na imię. - na ten argument, Accardi wywrócił oczami. - Prawda w oczy kole. Ale nie martw się, może nie umrzesz samotnie.
- Jasne, że nie. - odparł z zadziwiającą pewnością siebie. - Zapisałem sobie ślub w grafiku i ani myślę go przekładać.
- Masz zapisane kto ma być tą panną młodą?
- Nie.
Django nieco spoważniał. Uznał, że koniecznie musi znaleźć mu jakąś dziewczynę, bowiem w przeciwnym wypadku to on zmuszony będzie stanąć z nim przed ołtarzem, by w grafiku wszystko się zgadzało.
- Z kim ma być ta randka?
Kąciki ust Browna uniosły się lekko. Romano jednak zainteresował się tematem.
- To niespodzianka. - odparł. - Ale spodoba ci się. Jest ładna, urocza, mądra i mówi po włosku.
Accardi dokładnie mu się przyjrzał. Nie, kto jak kto, ale Django by go nie okłamał i nie wystawił na publiczne pośmiewisko. Chociaż z drugiej strony, kto wie co mogło mu wpaść do głowy, w której zrodziło się już dość niedorzecznych pomysłów?
Widząc niepewność w jego brązowych oczach, Belg uśmiechnął się pokrzepiająco, czochrając go po głowie.
- Mi nie ufasz Romuś?
Romano zabrał jego rękę ze swojej głowy, a jego twarz przybrała typowy dla niego grymas. Django roześmiał się.
- Wiem, że gadanie z dziewczynami wychodzi ci dość marnie. - ciągnął, rozprostowując nogi. - Nie każdy rodzi się z takim darem, jak mój.
- Darem? -przerwał mu Accardi, unosząc ze zdziwieniem brew.
- No wiesz, mam cztery dziewczyny. Złe trio i Loren.
Zapadła krótka cisza. Accardi westchnął cicho, patrząc na niego z politowaniem.
- To nie Złe trio spłukało ci głowę w sedesie? - zapytał, na co ten zwyczajnie pokiwał głową. - Z resztą, nie mam pytań.
- Zaufaj mi Romek. Czy ja cię kiedyś zawiodłem?
- Tak. - odparł bez zastanowienia. - I to nie raz.
- Po prostu masz złe nastawienie. - stwierdził, a gdy jego przyjaciel otwierał usta, by odpowiedzieć, przerwał mu. - Ja wszystko załatwię, a ty... Ty naucz się zachowywać jak człowiek.
- Ty mi to mówisz?
- No tak.
Mówiąc to, mrugnął do niego, po czym niepostrzeżenie schował jego komórkę do swojej kieszeni. Mając pewność, że Romano tego nie zauważył, podniósł się z miejsca, po czym wyszedł.
Będąc na korytarzu, znalazł szybko numer do Rosy. Następnie przepisał go na swój telefon, po czym nie zastanawiając się ani chwili, zadzwonił.
- Halo?
Miała przyjemny głos, który sprawił, że Brown mimowolnie uśmiechnął się szerzej.
- Cześć! Pamiętasz mnie?
- To chyba pomyłka.
Chłopak wyczuł, że Włoszka chce się rozłączyć, więc szybko wszedł jej w słowo.
- Nie! Czekaj! Widzieliśmy się dzisiaj na lotnisku.
- To ty byłeś tym kolesiem, który kręcił się przy Romano?
"Poznała mnie! Sukces!" ~ pomyślał z zadowoleniem.
- Tak, to ja.
- Skąd masz mój numer? Nie dzwoń do mnie, bo poszczuję cię mafią.
Nie żeby konfrontacja z mafią nie była kusząca, jednak Django uznał, że lepiej zostawić to na inny termin. W końcu ma teraz inne rzeczy na głowie.
- Miałabyś ochotę na randkę?
- Grabisz sobie.
- Ale nie ze mną.
- Kuszące. Ale nie.
- A może jednak?
- Nie.
- A jak dam ci dolara?
- Za kogo ty mnie masz?
- Dwa dolary?
Po tych słowach rozłączyła się. Django spojrzał ze zdziwieniem na swoją tapetę, która swoją drogą przedstawiała Romano celującego patelnią w obiektyw. Westchnął ciężko. Nie mógł się jednak poddać. Lubił Romka, jednak wychodzić za niego nie zamierzał. Dlatego znalezienie mu dziewczyny było priorytetem.
Oddzwonił.
- Czego ty ode mnie chcesz psycholu?!
Odebrała. Sukces! Tego się nie spodziewał.
- Błagam, umów się z moim kumplem! - zaczął rozpaczliwie. - Boję się, że jak sobie nikogo nie znajdzie, to każe mi za siebie wyjść!
Zapadła krótka cisza. Chłopak błagał w myślach, by ta się zgodziła.
- Jesteś żałosny. - opowiedziała w końcu.
- Czy to znaczy tak?
W Djangu obudziła się nadzieja. Jego oczy zalśniły, a serce zabiło szybciej.
- Nie.
Świat znów stał się szary.
- Dlaczego?
- Nie umawiam się z obcymi.
- Nie jest obcy. Znasz go.
Znów zapadła cisza. Brown słyszał jak jej oddech lekko przyśpieszył. Chyba zrozumiała już o kogo chodzi.
- Znam?
- Znasz. Przyjechał tu prosto z Włoch.

Rosa mimowolnie podparła się o stojący za nią blat. Na moment zaniemówiła, a jej twarz zastygła w zdziwieniu. Nie miała pojęcia jakim cudem ten chłopak z którym właśnie rozmawiała sprowadził do Danville Patrizio, jednak jedno było pewne, musiała go zobaczyć.
Patrizio co prawda nie był jej chłopakiem. Przyjaźnili się. Mimo to, Włoszka nie umiałaby przegapić okazji na spotkanie z nim.
- Gdzie ta randka? - zapytała w końcu, przerywając ciszę.
Miała wrażenie, że oczekiwanie na odpowiedź trwało wieczność, chociaż w rzeczywistości czekała jedynie sekundę.
- Maple Drive 2308. Na obrzeżach, na pewno trafisz.
Uśmiechnęła się promiennie, rozłączając się. Już nie żałowała przyjazdu do Stanów.

Django podskoczył kilka razy, aż podłoga się pod nim zatrzęsła. Był z siebie dumny. Udało się!
Teraz najtrudniejsze - ogarnąć Romano.
Otworzył drzwi, chcąc przekazać przyjacielowi dobrą wiadomość, jednak zastał go w dość dziwnej sytuacji. Accardi wpatrywał się w swój grafik niczym kochanek w swą oblubienicę.
- Nie bądź zazdrosny. To ty jesteś moją życiową miłością, grafiku.
"Może dam im chwilę prywatności" ~ pomyślał Brown, po czym wrócił na korytarz.

Nie ważne ile makijażu użyjesz, jak wiele wydasz na ubrania, do jakiej kosmetyczki nie pójdziesz i jak pewna siebie będziesz.
Nigdy nie będziesz wyglądać w sukience tak dobrze, jak Scott.
Milton miał na sobie mocny makijaż składający się z czerwonej szminki, tuszu do rzęs i jasno-fioletowego cieniu do powiek. Ubrany był w długą, czerwoną, obcisłą suknię bez rękawów oraz szpilki tego samego koloru, jednak były niewidoczne przez długość ubrania. Dzięki blond peruce sięgającej mu do pasa, ciasnemu gorsetowi i przekonującego push-upowi wyglądał jak prawdziwa kobieta.
A nawet lepiej.
Przekroczył próg wraz z Jeremim, który trzymał go za rękę. Rarity ubrany był w klasyczny garnitur. Oboje prezentowali się jak typowa, niczym nie wyróżniająca się para.
Jeżeli na takich misjach mieli ryzykować życie, to Scott chciał robić to codziennie.
- Przepraszam.
Podszedł do nich wysoki, dobrze zbudowany brunet o błękitnych oczach. Patrzył na blondyna z zachwytem, uśmiechając się uwodzicielsko.
- Zatańczy pani ze mną?
Jeremi już chciał wejść im w słowo obawiając się, że męski głos Scott'a ich wyda. Milton jednak w porę przejął inicjatywę.
- Mam już partnera.
Rarity spojrzał na niego z niedowierzaniem. Zielonooki brzmiał jak prawdziwa kobieta, a on nie miał pojęcia jakim cudem.
Scott niezbyt przejmował się zawodem malującym się na twarzy nieznajomego. Zacisnął uścisk na ręce blondyna, a gdy do jego uszu dotarła rosyjska piosenka, bez namysłu powędrował na parkiet, wtapiając się wśród tańczących par.
- Scott, mieliśmy łapać kosmitów i się zwijać. - przypomniał Jeremi, gdy ten ułożył dłoń na jego ramieniu.
- Twoja dłoń na mojej tali, a drugą trzymasz mnie za rękę. - powiedział wysokim głosem, jakby w ogóle nie usłyszał wcześniejszej uwagi. - Musimy wyglądać jak oni, kochanie. A i teraz mów mi Sarah. Jesteś na prawdę beznadziejny w ukrywaniu się. - mówiąc to, uśmiechnął się promiennie, przybliżając bliżej niego twarz. - Uśmiechnij się, wyglądasz wtedy o wiele ładniej. Zrelaksuj się. Nie ma kosmitów.
- Nie bądź taki pewien. - odparł, unosząc brew ku górze, układając przy tym dłonie tak, jak kazał mu przyjaciel.
- Pewna. - poprawił go. - Jasne. Szef ma obsesję. My tylko zrobimy co trzeba, a potem odbierzemy hajs. Nie wiem jak, ale ty coś wymyślisz. Zawsze masz rozwiązanie. - Scott przybliżył twarz już na tyle, że stykali się nosami. - Ładnie pachniesz.
Jeremi nie wydawał się być ani trochę skrępowany, czy zażenowany tą bliskością. Już się przyzwyczaił.
- Dzięki. To mydło.
Scott natomiast czuł się jak w Niebie.
- Nie, czuję coś więcej. Taki typowy zapach, który pociąga.
- Swoją dziewczynę też wyrwałeś takim tekstem?
- Wyrwałaś.
- Wszystko jedno.
Muzyka wciąż grała. Milton w końcu czuł się w pełni szczęśliwy. Nie miał pojęcia jakim cudem, ale dawno nie czuł takiego spokoju. Już przestał bać się kosmitów. Wszystko było w jak najlepszym porządku.
- Znasz słowa piosenki? - zapytał blondyn.
- Nie znam rosyjskiego.
- Przetłumaczę ci. - akurat zaczął grać refren, gdy Scott otworzył usta, mówiąc wraz z piosenką. - Zrób krok na spotkanie ze mną. Jesteś mą miłością, kiedy wokoło szumią zimne deszcze. Zrób krok i obiecaj, że na zawsze, ja i ty, ja i ty, ja i ty. - ostatnią nutę zaśpiewał, przez co Rarity poczuł, że pękają mu bębenk, jednak nie dał tego po sobie poznać.

Zapadła krótka cisza, przerywana melodią.
- Ładne nawet. - powiedział w końcu Jeremi. - Fajny język i w ogóle.
- Zawsześ taki rozgadany? - uśmiechnął się z przekąsem Scott. - Lubię takie misje. Mógłbym chodzić na nie nawet za darmo. Pocałuj mnie. Bardzo ładne otoczenie.
- Co?
- Nie słyszałeś? Powiedziałem, że jest misja jest bardzo fajna, otoczenie gustowne, a ty masz mnie pocałować.
Rarity zamrugał parę razy oczami, zaczynając powoli zastanawiać się, czy nie przekroczyli już granicy przyjaźni.
Chociaż w sumie, kogo to obchodzi?
- Obiecałem sobie, że nie będę zdradzać Jully. Nawet jeżeli wyglądasz bardziej pociągająco od niej.
Scott mimowolnie roześmiał się na ten komplement.
- Spasiba. Ale to tylko jeden pocałunek. To nie zdrada. Przecież nic nas nie łączy. Prawda? Musimy wyglądać jak oni wszyscy. - ciągnął.
- Ale oni się nie całują.
- Nie jesteśmy jak inni.
- Zdecyduj się.
- Oh, nie denerwuj mnie! Po prostu chcę cię pocałować!
Po tych słowach, jak gdyby nigdy nic, wtopił wargi w usta przyjaciela, łącząc je w pocałunku. Nie był to typowy namiętny pocałunek. Bliżej było mu do dłuższego muśnięcia, jednak Scott'owi to wystarczyło. Jeremi z początku był zaskoczony, jednak nie odepchnął go. Pozwolił mu po prostu robić swoje. Scott już zbyt mocno opanował umiejętność grania mu na uczuciach.
"Uwielbiam te misje" ~ pomyślał z zadowoleniem blondyn.
- Słyszysz to dudnienie? - zapytał Jeremi, gdy w końcu odkleili się od siebie.
- To tylko moje serce, nie zwracaj uwagi. - widząc zakłopotanie w jego oczach, szybko dodał. - Nikt nigdy się nie dowie. To nie zdrada. Zaufaj mi. Poza tym, nawet nie oddałeś pocałunku. Szkoda, ale cóż. Mamy przed sobą całą noc.
- Dobra, skupmy się. - powiedział w końcu Jeremi, starając się otrząsnąć. - Widzisz coś podejrzanego? - Scott chciał odpowiedzieć, jednak ten mu przerwał. - Jeżeli to ma być podryw, to sobie daruj.
- Nie wiesz co tracisz, to był bardzo dobry tekst.
- Z pewnością. - odparł ironicznie, szukając czegokolwiek wzrokiem. - To bez sensu. Szef nie dał nam żadnych szczegółów. Ba, nawet sprzętu nam nie dał. Idiota.
- A masz swój?
- Bez mojej broni nie wyszedłbym z domu.
- Też bym chciał.
- Chciała.
"Szlag!" ~ zganił sam siebie blondyn, wykrzywiając usta w grymasie.

Django spędził czas z mamą swojego przyjaciela - Franchcescą. Siedzieli przy jednym stoliku popijając kakao z bitą śmietaną.
Pani Accardi była wysoką, opaloną kobietą o brązowych włosach, takich samych, jak jej syna, a poza długością, wyróżniał je jedynie fakt, że były lekko kręcone. Miała jasno-brązowe oczy i pełno piegów na policzkach. Djanga bardzo dobrze znała, gdyż dość często przebywał w jej domu. W żadnym stopniu jej to nie przeszkadzało, wprost przeciwnie. Cieszyła się, że Romano znalazł sobie jakiegoś kolegę. Nawet jeżeli ten nie był normalny.
- Właściwie to od kiedy on ma ten grafik? - zapytał Brown.
Kobieta podparła podbródek ręką, starając przypomnieć sobie ten moment.
- Chyba w przedszkolu. Przejął się, gdy wychowawczyni powiedziała mu, że jest słabo zorganizowany. Dodała dla żartu, żeby założył sobie grafik. No i założył.
- Ciekawe czy wiedziała jakie nam szkodzi wyrządzi?
- Do dziś się zastanawiam, czy nie wytoczyć jej sprawy do sądu.
Brown uniósł w odpowiedzi kciuk w górę. Następnie spojrzał w stronę schodów, kończąc swój napój.
- Myślę, że już skończył. Dziękuję za kakao. - po tych słowach, podniósł się z miejsca, jednak zanim odszedł, dodał, - Jeżeli będzie pani potrzebować prawników, to mój wujek jest jednym z nich. Co prawda przegrywa każdą sprawę, ale dla pani załatwię zniżkę.
Słysząc to, Włoszka roześmiała się pod nosem.
- Grazie.
Chłopak wszedł szybko po schodach, po czym bez pukania otworzył drzwi. Ku jego uldze, grafik leżał już na etażerce obok, a Accardi zajęty był przeglądaniem wiadomości z gazety.
- Politycy to debile. - stwierdził z pogardą, nawet nie patrząc na Browna.
Ten tylko wzruszył ramionami. Skłamałby mówiąc, że chociaż w najmniejszym stopniu rozumie politykę.
Skoczył na miejsce obok, z uśmiechem opierając się o ścianę.
- Odstaw wiadomości bro, masz dziewczynę! Nastała krótka chwila ciszy. Romano bardzo powoli odsuwał od siebie gazetę, stopniowo przenosząc wzrok na szeroko uśmiechniętego przyjaciela. Przechylił lekko głowę, przybierając groźny wyraz twarzy.
- Nie ma mowy.
- Ale przecież się zgodziłeś.
- Bo nie sądziłem, że tamta laska się zgodzi!
Django już miał odpowiedzieć, jednak ostatecznie zamilkł. Zamiast tego, podszedł do szafy. Gdy otworzył jej drzwiczki, zaczął wyrzucać z niej ubrania. Na ten widok Accardi nie mógł pozostać obojętny.
- Ej, porąbało cię, kretynie?!
Momentalnie odciągnął go od swojego mebla, jednak Brown wydawał się zupełnie nie przejmować jego złością. Uśmiechnął się jedynie z rozbawieniem, sięgając po garnitur.
- Znalazłem. - powiedział. - Teraz masz już w czym iść.
Romano popatrzył na niego przez chwilę, po czym westchnął ciężko.
- Ty nie odpuścisz? - w odpowiedzi pokręcił przecząco głową. - Nienawidzę cię.
- Pewnego dnia mi za to podziękujesz Romuś.

Przygotowania nie trwały długo. Ku pozytywnemu zdziwieniu Djanga, Romano wystarczyło lepiej uczesać, wypryskać wodą kolońską, ubrać w garnitur, pomalować paznokcie u stóp (Brown uznał, że to doda mu pewności siebie) i wyglądał na prawdę lepiej!
Chociaż sam Włoch w to nie wierzył.
Belg cofnął się, dokładnie mierząc przyjaciela wzrokiem. Ten natomiast czuł się jak manekin, co nie poprawiało mu humoru. Wprost przeciwnie.
- Wyglądasz świetnie! - stwierdził w końcu Django, unosząc kciuki do góry.
- Wyglądam jak debil. - odparł bez entuzjazmu.
Szatyn machnął ręką.
- Gdyby ludzkość myślała tak samo jak ty, to ciągle łupalibyśmy kamienie.
- Nienawidzę cię.
- Gdybyś był dziewczyną, to... Nie, czekaj. Nie byłbym z tobą, nawet ja nie jestem takim masochistą. Co nie zmienia faktu, że wyglądasz świetnie!
- Kłamiesz.
Nastała krótka chwila ciszy. Brown zacisnął wargi, starając się nie wyglądać podejrzenie. W końcu jednak westchnął cicho.
- Dobra, kłamię. Ale nie da się zrobić z tobą nic lepszego.
- Nienawidzę cię.
- Powtarzasz się. A teraz chodź poznać swoją przyszłą żonę Romeo!
Mówiąc to, złapał go za nadgarstek, po czym wybiegł z nim na zewnątrz. Romano nie był tym zachwycony, jednak z drugiej strony, nawet chciał spróbować, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał.
Droga nie była długa. Poza kilkoma potknięciami, dotarli na miejsce bez szwanku.

- A więc to ty nas obsługujesz?
Charlie i Stefa siedzieli przy jednym stoliku. Grała im muzyka klasyczna skrzypiec, która swoje źródło miała w radiu stojącym pod drzewem.
Japonka ubrana była w fioletową sukienkę, a czarne włosy spięte miała w kok. On z kolei miał na sobie klasyczny garnitur z czerwoną koszulą pod spodem. Posadzeni byli naprzeciwko siebie.
Obok stała Gabriella ubrana w strój kelnerski. Patrzyła na brata bez wyrazu, podając mu menu.
- Dzięki. - odparł, biorąc przedmiot w dłonie.
- A macie tu sushi? - zapytała Stefa, patrząc na trzynastolatkę z uśmiechem.
- O, lubujesz się w martwych rybach. - odparła beznamiętnie, na co Hirano nieco się zgarbiła. - Rozumiem. W sumie, to zazdroszczę tym rybom. Nie muszą już męczyć się na tym padole.
- Gabi. - Charlie starał się jakoś ją uspokoić, jednak ta wciąż ciągnęła tym samym monotonnym tonem.
- Mogłabym spać. W trumnie. Może w końcu bym się wyspała. Ahh.
Flynn spojrzał na swoją towarzyszkę, która wyglądała na przerażoną. Jak widać, nikt nie niszczył randki tak dobrze, jak siostra-depresja.
- Ciekawe czy zmarli budzą się na kawę? - ciągnęła. - Mam nadzieję, że nie. Nie chciałabym wstawać. Po co?
- Narcyza, chodź tutaj! - zawołał rozpaczliwie.
Młodsza bliźniaczka pogrążona była w rozmowie z Fineaszem. Jednak gdy usłyszała brata, odwróciła się w ich stronę. Szybko zrozumiała o co chodzi.
- Zaraz wrócę. - powiedziała do kuzyna.
Stefa o mało nie spadła z krzesła, gdy zobaczyła, jak Narcyza podeszła do nich nie ruszając stopami. Na reszcie jednak nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Gabi, chodź ze mną. - zaczęła z uśmiechem i klasycznym dla niej, jak i z resztą dla jej siostry, przymkniętymi powiekami. - Poopowiadasz Fretce o swoich poglądach na temat śmierci.
Gabriella choć niechętnie, zgodziła się. Obie odeszły, podobnie jak wcześniej, nie poruszając stopami.
- Też nie mam pojęcia jak one to robią. - powiedział, gdy bliźniaczki oddaliły się na bezpieczną odległość. - Ale idzie przywyknąć.
Dziewczyna roześmiała się pod nosem.
- Świetnie cię rozumiem. Też mam młodszą siostrę. Szurnięta yaoistka.
Nie mówiła tego złośliwie, raczej ten fakt wydawał się wywoływać u niej śmiech. Rudowłosy uśmiechnął się szerzej na ten widok.
- Nie lubisz yaoi?
- Wolę yuri. - mówiąc to, wzięła kawałek pizzy. - A ty? Czytasz mangi?
Na jego szczęście, Fretka podsłuchiwała ich rozmowę, czając się za doniczką. Zanim ten zdążył udzielić odpowiedzi, Flynnówna wyskoczyła, do nich, na co oboje lekko podskoczyli.
- Przepraszam na moment. - uśmiechnęła się niewinnie do przyjaciółki, po czym złapała kuzyna za rękaw, prowadząc go za dom. - Lubisz mangi!
Chłopak popatrzył na nią z niemałym zdziwieniem. Zamrugał kilka razy, jednak wciąż to do niego nie dochodziło.
- Nie wiem co to.
- Takie japońskie komiksy.
- A. Skąd mam wiedzieć, czy lubię?
- To nie jest istotne! Liczy się fakt, że Stefa będzie myśleć, że je lubisz. O i pamiętaj, kochasz yuri. - widząc, że Charlie niewiele z tego rozumie, dodała - Lesbijskie romanse.
- Oł.
- Też nie mój typ, ale Stefa uwielbia, więc ty też musisz. A teraz idź i oczaruj ją!
Mówiąc to, pchnęła go w stronę "miłości jego życia". Chłopak wziął głęboki wdech, poprawił kołnierzyk, po czym wrócił do Stefy.
- Sorki za to. - uśmiechnął się przepraszająco, na co ta machnęła ręką. - A co do mang, tak, lubię.
Hirano zdążyła już polubić Flynna. Dlatego też fakt, że mają podobne zainteresowania, mocno ją ucieszył.
- Na prawdę?
Widząc jej szeroki uśmiech, poczuł, że Fretka miała rację. Nie mniej, jak tylko wróci do domu, zrobi sobie maraton.
- Jasne! A szczególnie uwielbiam yuri!
Ku jego zdziwieniu, ta nie rozpromieniła się bardziej. Zamrugała tylko kilka razy, a uśmiech na jej twarzy jakby zastygł. Nie był jednak tak samo prawdziwy, jak sekundę temu.
- Yuri? - zdziwiła się.
"Kurcze, jest nieprzekonana - pomyślał zestresowany. - Muszę być bardziej przekonujący." - Jasne! - odpowiedział, siląc się na entuzjazm. - Uwielbiam yuri! Lesbijki są moją pasją! - dziewczyna wytrzeszczyła szeroko oczy, szybko poważniejąc. Chłopak wziął to za podziw, więc kontynuował swoje kłamstwa. - Lubię oglądać lesbijki w internecie. Robię to codziennie! Gdy widzę lesbijki, robię zdjęcia i wieszam je sobie nad łóżkiem. Moja ciotka jest lesbijką i zawsze, jak ją widzę, to...
- Dosyć!
Ku jego zaskoczeniu, Japonka podniosła się, obdarzając go zimnym spojrzeniem, po czym z dumnie uniesioną głową, odeszła.
- Czekaj! - zawołał za nią. - Nie kłamałem! - mówiąc to, chciał pobiec za nią, jednak potknął się o nogę krzesła, przez co uderzył twarzą o ziemię. - Moja ciocia naprawdę jest lesbijką!
- Wszyscy faceci są tacy sami. - burknęła do siebie, wychodząc z ogródka.
Fretka wychyliła się zza ściany, a widząc Charliego, który nieporadnie próbuje się próbuje się podnieść, a wciąż potykał się o własne nogi. Mimowolnie roześmiała się, jednak podeszła bliżej, po czym pomogła mu wstać.
- Coś ty jej powiedział? - zapytała z uśmiechem, gdy ten w końcu złapał równowagę.
- To co kazałaś. Że fascynują mnie lesbijki.
Rudowłosa popatrzyła na niego z niedowierzaniem, po czym wybuchnęła śmiechem.
- Jesteś słodki. - stwierdziła, widząc zdziwienie malujące się na jego twarzy. - Nie, zdecydowanie nie pasujesz do Stefy. Odkochaj się. Widzę cię nawet z Jenny. Urocza byłaby z was parka!
- O nie! Nie ma mowy! - zaprotestował. - Mam dość randek! Stefa udowodniła mi, że moją największą miłością jest księżniczka Lea.
- Jejku. Ty na prawdę jesteś przegrywem. - nastała krótka cisza, podczas której dziewczyna spojrzała na stygnącą pizze. - Szkoda żeby się zmarnowała. Czuj się zaproszony na randkę.
- Do Lei ci daleko, ale czemu nie?

Ferb i Jolie również spędzali razem czas. Zajadając pizze, komunikowali się poprzez facebooka. Nie wydawali się w żaden sposób przejęci. Bardziej, niż jako randkę, traktowali to spotkanie jak pretekst do zjedzenia fast-fooda. Nie mieli nawet na sobie galowych ubrań, gdyż Fletcher kategorycznie odmówił założenia garnituru. Martin natomiast stwierdziła, że dla kogoś takiego jak Ferb nie będzie się fatygować po sukienkę.
- Chyba ty. - wycedziła przez zęby, czytając nową wiadomość od niego.
- Przepraszam bardzo, ale nie mów do mnie kiedy jem, gdyż pragnę skonsumować w spokoju. Dziękuję.
Francuzka ugryzła kolejny kawałek pizzy, po czym z wyraźnym zdenerwowaniem odpisała mu. Następnie wpatrywała się w ekran, wyczekując odpowiedzi.
- Co? Zgasiłam cię? - zapytała po chwili.
- Hę? A, nie. Olałem cię i zacząłem pisać z Lor.
Martinówna prawie zakrztusiła się jedzeniem. Ten nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
- Przypominam, że czysto teoretycznie jesteśmy na randce.
Fletcher zaśmiał się krótko, nawet na nią nie patrząc. Jolie nie miała nic przeciwko rzucaniu wyzwisk na spotkaniu. Miała coś przeciwko ignorowaniu jej osoby.
- Sorki, ale wolę zajmować się dziewczynami, które coś reprezentują swoją twarzą. Wiesz, czymś, co nie jest rażącą w oczy sztucznością.
Tego było już za wiele. Szatynka mogła znieść wiele, ale z pewnością nie stwierdzenie, że mogłaby być brzydsza od Loren. Nic jednak nie odpowiedziała. Poszła za to do miejsca, gdzie przebywali kelnerzy - do kuchni.

Ci natomiast bawili się świetnie, prawdopodobnie lepiej niż same pary. Jako iż ich zadanie ograniczało się do samego bycia i ewentualnego oddychania, ambitni pracownicy zajmowali się jedzeniem i rozmową. O dziwo, Taylerowi udało się dogadać z obiema bliźniaczkami.
- Serio masz bloga o prawdziwych istotach nadnaturalnych? - zapytał, zjadając pączka, którego Fretka zostawiła na jutro. - I ktoś to czyta?
- Jasne. - odparła Narcyza, siadając na stole tak, że mogli spojrzeć sobie w oczy. - Działam pod pseudonimem Siostra Depresji. Ostatnio napisałam artykuł o czwartym wymiarze. Wiedziałeś, że można spotkać się tam z samą Śmiercią i poprosić o wskrzeszenie?
Chłopak uśmiechnął się ironicznie. Myślał, że ta zaraz powie, że to żart. Jednak nic z tego.
- Mówię poważnie. - dodała.
- Nie chce mi się w to wierzyć. - odparł, opierając się o blat. - Niby skąd miałabyś mieć takie informacje?
- Moja źródła są tajemnicą. Ale mogę udowodnić ci, że mam fajny talent.
- Dajesz.
Dziewczyna bez wahania ułożyła dłonie na jego twarzy. Chłopak szybko przełknął pączka, patrząc na Narcyzę, jak na wariatkę. Przez cały ten czas Gabriella przyglądała im się bez większych, czy nawet mniejszych emocji. W sumie, to nic się nie działo. Jej siostra znów macała obcą osobę. Norma.
- Utknąłeś w beznadziejnym friendzonie. - zaczęła. - Twój obiekt westchnień uważa cię za geja. Ooo, widzę przykre wspomnienia. Wciąż boisz się koni. Ale za to masz dziwną obsesję na punkcie włosów. Myjesz je dwa razy dziennie, nieźle. Powiem ci szczerze, że nie widać. I zanim zaczęłam czytać twoją aurę, wymyślałeś wyzwiska, które będziesz mógł wykorzystać podczas kłótni z przyjaciółką.
Szatyn szybko zabrał jej ręce, wytrzeszczając szeroko oczy. Nie miał pojęcia jak to robi, ale z pewnością zrobiłaby karierę jako wróżbitka.
Ta tylko wzruszyła ramionami, wciąż się uśmiechając.
- Czy to ma znaczenie, skoro wszyscy umrzemy? - wtrąciła Gabriella, skupiając na sobie uwagę pozostałych.
- Ale co konkretnie? - zapytał chłopak.
- Wszystko.
Na jego szczęście, rozmowa nie była dalej kontynuowana, gdyż do środka weszła Jolie. Stevenson szybko zauważył jej zdenerwowanie, co nieco go zdziwiło.
- Idziesz ze mną. - powiedziała zdecydowanie.
Zanim ten zdążył zareagować, dziewczyna złapała go za rękę, wyprowadzając na zewnątrz. Nie protestował. Głównie dlatego, że był ciekawy o co chodzi.
- Jak myślisz, zginą po drodze? - zapytała Gabi.
- Nie. Wiedziałabym o tym.

Jolie zaprowadziła go prosto do stolika, przy którym wciąż siedział Ferb. Nie myśląc ani chwili, złapała za krzesło Fletchera, który nawet nie zauważył jej przyjścia, po czym, korzystając z jego nieuwagi, złapała za oparcie, przechylając je, przez co ten spadł na ziemię.
- Ej, co ty... - zaczął zielonowłosy, rozmasowując głowę.
Nie minęła sekunda, gdy Francuzka pchnęła na krzesło Taylera. Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia, natomiast ona, jak gdyby nigdy nic, zajęła swoje miejsce.
- Sorki Ferb, ale wolę rozmawiać z facetem, którego twarz nie wygląda jak World Trade Center.
Fletcher spojrzał na nią spode łba, podnosząc się. Stevenson jedynie wzruszył ramionami, sięgając po kawałek pizzy.
- Sorki stary, chyba odbiłem ci dziewczynę. - powiedział Tayler, przeżuwając pokarm.
Anglik ułożył mu dłoń na ramieniu, patrząc na niego z powagą.
- I bardzo ci za to dziękuję.

Sophie i Nazz przez cały ten czas okrążały dom, by, jak same twierdziły, nadać swojej pracy większego profesjonalizmu. Jak to działało? Na to pytanie nikt nie zna odpowiedzi.
Wychodząc zza ściany zauważyły pewną zmianę przy stoliku Ferba i Jolie. Zielonowłosego nigdzie nie było, za to jego miejsce zajął Tayler. Sophie gotowa była interweniować. W końcu niszczyli jej plany. Jednak Nazz widząc to, zapiszczała cicho, by para jej nie usłyszała, po czym z szerokim uśmiechem zwróciła się do kuzynki.
- Widzisz to sis? Jolie i Taylerek są na randce! Teraz są canonem!
Adventure nie była na tyle przekonana. Spojrzała na nich raz jeszcze. Nie czuć było między nimi chemii. No i ona ich nie shipowała, a to wystarczało.
- Widocznie Taylerek już odkochał się w tamtej lasce! - ucieszyła się Niebieska. - Idealnie!
- W jakiej znowu lasce?
Jefferson w porę ugryzła się w język.
- W nikim konkretnym sis. Najważniejsze, że zdał sobie sprawę ze swojej miłości do Jolie!
- Czy ja wiem sis? Ja dalej uważam, że on jest gejem.
- Jak myślisz, jak nazwą dzieci? O, a połączenie ich imion?! Co powiesz na Taylie?
Blondynka nie wiedziała co robić. Z jednej strony uczciwym byłoby pozwolić Taylerowi i Jolie dokończyć spotkanie. Z drugiej jednak, jeżeli ta dwójka miałaby się zejść, Adventure zerwałaby z nimi kontakt. Przecież nawet nie wyglądali razem proczadzikowo!
- Mówię ci sis, to się uda! - Nazz nie dawała za wygraną. - No popatrz na nich! Chociaż ich nie słyszę, to wiem, że własnie wyznają sobie miłość!

- A więc się wygadałaś.
Tayler splątał ręce na piersi, patrząc na nią z niezadowoleniem. Miał na myśli fakt, że Nazz jakimś cudem wiedziała o jego zauroczeniu Sohie. Miał też poniekąd pretensje do siebie. Gdyby nie miał wtedy gorączki, nigdy by się nie przyznał.
Francuzka zaczęła szybko układać sobie w głowie wymówkę. Nie miała dużo czasu. Zaledwie pięć sekund.
- Podsłuchiwała. - powiedziała szybko, a zarazem pewnie. - Nie mam w zwyczaju opowiadania o czyiś zadurzeniach.
- Jak niby miała podsłuchiwać, skoro zeszła po termometr?
Martin uniosła brew, dając wrażenie, jakby brak wiary w jej słowa ją obrażały.
- Miałeś wysoką temperaturę, niezbyt ogarniałeś czas.
- Serio? - w odpowiedzi pokiwała głową. - A. To sorki.
Jolie odetchnęła w duchu. Jednak nie straciła talentu do kłamania. Byłoby kiepsko, bo to był jedyny, jaki miała.

- Tak, z całą pewnością wyznają sobie miłość! - ucieszyła się Nazz.

Jeremi siedział pod ścianą, na grubej poręczy od schodów. Wypalał papierosa, klnąc w duchu na swój los. Obok, na drugim najwyższym schodku siedział Scott, tępo wpatrując się w przestrzeń. Jego największym zmartwieniem było to, że gorset robił się za ciasny. Ale i tak było warto i nikt mu nie wmówi, że nie.
- I co zrobimy? - zapytał blondyn. - Szef powiedział, że tylko za kosmitów zapłaci.
Rarity wyrzucił peta na ziemię.
Było już późno. Na niebie świeciły gwiazdy oraz księżyc w pełni.
- Nie musimy być szczerzy. - stwierdził Jeremi. - Mam znajomego, którego skóra przypomina zielony. Wykorzystajmy to.
Blondyn spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Serio? - w odpowiedzi pokiwał twierdząco głową. - Od kiedy go znasz?
- Można powiedzieć, że od urodzenia. - przez cały czas miał na myśli siebie. - Spoko ziomek, ale strasznie nerwowy.
Milton podniósł się szybko, po czym usiadł naprzeciwko przyjaciela. Wyglądała na wyraźnie pobudzonego i podekscytowanego.
- Poświęcamy go dla hajsu? - zapytał Scott. - Jejku. Nareszcie ktoś przebił mnie w byciu materialistą! Przybij! - tu wystawił dłoń, by ten przybił z nim piątkę.
- Nie. Oddamy go, a potem ty jakoś go wyciągniesz.
- Jak to ja? A co z tobą?
- Będę zajęty.
Zanim Scott zdążył wyrazić swoje oburzenie, rozległ się przeraźliwy krzyk kobiety. Rosjanin podskoczył z przerażenia, przez co upadł na ziemię.
- Słyszysz?! - spojrzał ze strachem na Jeremiego, łapiąc się za o poręcz.
- Tak. Jakiś koleś morduje jakąś laskę.
Był dziwnie spokojny. Podczas gdy blondyn cały się trząsł, on szukał czegoś po kieszeniach. Krzyk zaczynał powoli cichnąć.
- Widziałeś może moją zapalniczkę? - zapytał jak gdyby nigdy nic Rarity.
Scott wytrzeszczył szeroko oczy.
- Ktoś właśnie kogoś morduje!
- A obiecali ci hajs za zapobieganie morderstwom? - Zielonooki nieśmiało pokręcił głową. - No właśnie. O ile nie rżną jej kosmici, to mam to gdzieś. Mam większe problemy. Chyba serio popadłem w nałóg.
Po chwili podbiegła do nich pewna kobieta. Ubrana była w błękitną suknię, która była już lekko poszarpana. Jej ciemno-brązowe włosy, które najprawdopodobniej spięte były w kok, teraz tworzyły fryzurę ciężką do zdefiniowania. Ponad to, miała rozmazany makijaż i oddychała ciężko. Gdy zauważyła ludzi, wyraźnie odetchnęła z ulgą, jednak wciąż była przerażona.
- Ratujcie!
W jej oczach błyszczały łzy, natomiast Jeremi wyraźnie się nudził. Spojrzał na nią bez wyrazu, a jedynym co go w tym momencie obchodziło, była lokalizacja jego zapalniczki.
Scott okazał się mieć więcej empatii. Podbiegł do niej, łapiąc ją za ramiona. Chociaż bardziej bał się o siebie, aniżeli o nią, tak gest sam w sobie był miły.
- Co się stało? - zapytał, znów podwyższając głos na bardziej kobiecy.
Kobieta zaczynała opowiadać, jednak mówiła na tyle szybko, że mieszała słowa, przez co nie dało się nic zrozumieć. Blondyn spojrzał błagalnie na Jeremiego, który wciąż nie zwracał na nich większej uwagi.
- Tak, chyba ją zgubiłem. - powiedział do siebie, oglądając się za zapalniczką. - Meh, trzeba będzie kupić nową. Zmarnowane pięćdziesiąt centów.
- Mógłbyś chociaż raz zacząć ogarniać co się dzieje?!
Rarity spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem. Jasne, Scott'owi czasem zdarzyło się zdenerwować, ale nigdy na niego. W odpowiedzi uśmiechnął się lekceważąco.
- Nie wiedziałem, że masz tyle szlachetnych cech Ronaldzie.
- Kto?
Na to pytanie, chłopak odetchnął z ulgą.
- Już się bałem, że ktoś cię podmienił na normalnego człowieka. - czując na sobie jego wzrok, wywrócił oczami, jednak by mieć ich obu z głowy, podszedł do nich. - Dobra, to o co chodzi? Są może kosmici?
Ku ich zdziwieniu, pokiwała twierdząco głową.
- Tak, tak! Zieloni ludzie! Cała banda! Nie wiem co chcieli, uciekłam. Ale mieli jakiś taki gaz, po którym opryskani padali jak muchy!
- Zieloni ludzie? - zapytał trzęsącym się głosem Milton, na co ta znów pokiwała. - Aha. Okay.
Po tych słowach uśmiechnął się krótko, po czym zemdlał. Jeremi nawet tego nie zauważył, zbyt zajęty był wyobrażaniem sobie wypłaty. Uśmiechnął się chytrze, na co jego rozmówczyni cofnęła się o krok.
- Wstawaj wybranko mego serca. - powiedział w końcu, patrząc na leżącego pod nim blondyna. - Będziemy bogaci. - ten wciąż leżał nieruchomo. - Przestań udawać martwego. Widzę jak oddychasz.
- Złudzenie. - mruknął pod nosem.
- Nawet mnie to rozśmieszyło, wiesz? - odparł, po czym złapał go pod boki, stawiając na równe nogi. - Ogarnij się, czy kiedykolwiek ze mną coś ci się stało?
- Niet.
- Więc tym razem też nie będzie inaczej. Zachowuj się jak na człowieka przystało, bo coraz bardziej mi ciebie szkoda. Chcesz hajsu, czy nie?
- No da, ale...
- Nie ma "ale". Bogactwo, albo bankructwo. W sumie, gdybym był tobą i nikt mi nie marudził nad głową o jakieś durne rachunki, to też bym nic nie robił. Nie za bardzo chce mi się latać za kosmitami, ale z czegoś trzeba żyć.
- Rodzice każą ci płacić rachunki? Porąbani jacyś?
Dopiero teraz Jeremi przypomniał sobie, że nie opowiadał o sobie praktycznie nic.
- Powiedzmy. Są martwi.
- O.
Scott na moment zaniemówił. Nie miał o tym pojęcia, przez co zrobiło mu się głupio. Jednak zupełnie niepotrzebnie, gdyż na jego towarzyszu to pytanie nie zrobiło większego wrażenia.
- Mniejsza. - powiedział w końcu Rarity, po czym zwrócił się do kobiety. - To gdzie widziała pani tych kosmi...
Dopiero teraz nastolatkowie zauważyli, że jej już tam nie było. Zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu. Wymienili zdziwione spojrzenia, niezbyt wiedząc, co dalej.
- Myślisz, że jeszcze tu w ogóle są? - zapytał blondyn.
- A ja wiem? Warto mieć nadzieję.
- Będziemy tak łazić i szukać kosmitów?
- A masz coś lepszego do roboty?
Milton zastanowił się. W sumie, to nie. Nic, poza nowym serialem, który zapewne i tak okazałaby się kiczem.
- Dobra, plan jest taki. - ciągnął latynos. - Idziemy w tamtą stronę, - tu wskazał głową kierunek, z którego przybiegła do nich kobieta. - a potem liczymy na szczęście.
Blondyn w odpowiedzi uśmiechnął się przepraszająco, na co Jeremi westchnął ciężko. Tak, Scott zdecydowanie był najtrudniejszym partnerem w każdej dziedzinie.
- Muszę do łazienki. - powiedział. - Poczekasz tu na mnie?
- Żartujesz sobie?
- Czy to moja wina, że pęcherz nie sługa?
Jeremi uśmiechnął się, ukrywając tym samym chęci wrzaśnięcia na niego. Nie, nie da się wyprowadzić z równowagi. Nie chciałby żeby ten się rozpłakał. To by zepsuło wieczór.
- Idź. Ja będę powoli szedł w tamtą stronę, a ty mnie dogonisz. Może być?
- A.. A co jak dopadną mnie zieloni kosmici?
- To ich pobijesz. - odparł sarkastycznie. - Nie dopadną cię, to nie ta dzielnica. A jak coś, to krzycz. Masz charakterystyczny głos, usłyszę cię.
Scott uśmiechnął się z ulgą, natomiast jego przyjaciel w odpowiedzi na gest niedbale zasalutował, po czym z ironicznym uśmiechem, poszedł w swoją stronę.
"Jest taki pociągający - pomyślał Milton. - Ale wciąż jestem hetero."

Django otworzył furtkę ogródka Fineasza i Ferba. Wszystko na pierwszy rzut oka wydawało się być w porządku. Co prawda przy jednym stoliku randkowali kuzyni, ale kto by się tym przejmował?
Romano był o wiele mniej optymistycznie nastawiony. Nienawidził randek. Nie odnosiło się to ani do samego stylu tego spotkania, ani towarzyszek. Nienawidził swojej nieśmiałości, przez którą każda takowa bardziej romantyczna rozmowa kończyła się porażką. Nie mniej, ślub został zapisany w grafiku i musiał sobie kogoś znaleźć.
Chociaż gdyby tak oświadczyć się Django...
- I gdzie ona jest? - zapytał Brown, rozglądając się dookoła. - Myślałem, że już na nas czeka. Gdybym wiedział, że się spóźni, to bym tak nie biegł i nie otarłbym sobie kolan. Teraz nie będę mógł wygodnie klęczeć przed Złym Trio. - dodał ze smutkiem.
Po chwili, niczym właścicielki restauracji, podeszły do nich Sophie i Nazz, uśmiechając się przyjaźnie.
- Wy razem? - zapytała Jefferson.
Na te słowa, obaj momentalnie spoważnieli.
- Nie! - krzyknęli równocześnie, na co te uniosły brwi, dziwiąc się tej nagłej reakcji. - Znaczy, ja go ustawiłem z dziewczyną. - sprostował Django, uśmiechając się przepraszająco. - Widzieliście może taką opaloną Włoszkę?
- Niestety nie. - odparła Sophie. - Ale chyba zaraz będzie. Meh, te randki się sypią. Charlie zamiast ze Stefą, to kręci ze swoją kuzynką, a Jolie nie zakochała się w Ferbie, tylko w Taylerku. Beznadzieja.
- Wyłączając kazirodztwo, to wieczór nie jest taki zły. - stwierdziła Nazz. - Sis, może zaproś swojego chłopaka? Od razu zrobi ci się lepiej.
- Nie mogę sis. Właśnie wspina się na Mount Everest.
Jefferson spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Serio. - dodała. - Napisał mi tak, gdy chciałam z nim pogadać. Nie będę mu przeszkadzać. Jeszcze spadnie i sobie coś zrobi, a ja nie chcę mieć go na sumieniu.
- W sumie racja sis. Składanie go potem byłoby zbyt czasochłonne.
Po chwili furtka otworzyła się, a do środka weszła Rosa. Romano zdziwił się, widząc ją ubraną w ciemno-różową sukienkę, z makijażem i z kolczykami.
Ona natomiast zdziwiła się na sam jego widok.
- Ciao Roma. - przywitała go, nieco wytrącona z tropu. - Co tu robisz?
- Przyszedłem na ran... Na spotkanie. - odparł, nie umiejąc wymówić słowa na r. - Skąd taki galowy strój?
- Twój kolega - tu spojrzała na Djanga, który pomachał jej z szerokim uśmiechem. - powiedział, że będzie tu na mnie czekał mój znajomy.
- Dla znajomego się tak wystroiłaś?
- Nie oceniaj.
Widząc ich wymianę zdań, Django czuł, że są dla siebie stworzeni. Tacy nieuświadomieni, tacy cudowni!
- To was spiknąłem! - wtrącił, oczekując wdzięczności i głośnych braw. - Fajnie, nie?
Niestety, z jakiegoś powodu nikt nie rzucił mu się na szyję, dziękując za wskazanie tej słusznej drogi życia. Zamiast tego, niemalże skulił się pod ich wściekłymi spojrzeniami.
- To mój kuzyn, kretynie! - warknęła Włoszka.
Zapadła cisza. Romano był zły, bo stracił szansę na spełnienie punktu w grafiku. Rosa, bo nie spotka Patrizio i zamiast tego została zeswatana z własnym krewnym. No i siski, bo zmarnowały stolik.
- CO JEST Z TOBĄ NIE TAK?! - wrzasnęła cała czwórka, przez co Django zaczerwienił się po uszy.
Belg roześmiał się nerwowo. Odnosił wrażenie, że jego życie zaraz się skończy. Nie, żeby było w tym coś złego. Ta sytuacja w jakimś stopniu go podniecała.
- Wiesz co sis? Walić ich wszystkich! - powiedziała Nazz, starając się ochłonąć. - Zapraszam cię na sisowatą randkę! Taką nie jak on chciał ich ustawić, tylko taką proczadzikową, która nie łamie naszych świętych zasad. Żeby uczcić naszą miłość!
Na tą propozycję, blondynka przyklasnęła, uśmiechając się promiennie.
- Z tobą zawsze sis!
Kuzynki złapały się za ręce, po czym poszły do stolika, przygotowanego dla Rosy i Romano.
Włosi i Belg zostali sami, stojąc obok wejścia. Lucchesce zaczynała poważnie zastanawiać się nad morderstwem. Bardzo chciała zobaczyć . Patrizio. Zdążyła się już nastawić, a jak się okazało, nic z tego nie wyszło.
Całe szczęście, Accardiemu już przeszło.
- Chodźmy na pizze. - zaproponował. - Tata zawsze daje mi za darmo. Opłaca się mieć własną restaurację.
Rosa wzięła głęboki wdech.
- Niech będzie.
Po tych słowach, kuzyni opuścili ogródek. Django stał przez chwilę sam, po czym usłyszał głos dziewczyny.
- Ejj, kretynie! Idziesz z nami?
Na te słowa uśmiechnął się promiennie, po czym podbiegł do nich, obejmując ich oboma ramionami.
- Z wami zawsze! - odparł radośnie.

W toalecie męskiej również działy się ciekawe rzeczy. Pewien mężczyzna opuszczał kabinę, po czym prawie padł na zawał, gdy zobaczył kobietę załatwiającą się do pisuaru.
Scott natomiast nie widział w tym nic dziwnego. Przecież gdzieś musiał się załatwić, a do damskiej by nie wszedł. Zbyt dużo plotek nasłuchał się o tym miejscu. Damskie łazienki były jego drugą fobią, zaraz po zielonych kosmitach.
Gdy załatwił już swoją potrzebę, ignorując zdziwione spojrzenie mężczyzny, wyszedł. Szybko minął tańczące pary, po czym podwędził z bufetu pączka.
Wychodząc na zewnątrz, nie spodziewał się niczego dziwnego, poza pysznością jedzenia, które było o wiele lepsze, niż to w sklepie spożywczym. Tak, zdecydowanie nie żałował tej misji. Pocałował swojego oblubieńca i jeszcze się najadł!
Jednak wystarczył moment, by zepsuć mu humor.
Jakby znikąd rozprzestrzenił się gaz o zielonej barwie. Chłopak nie zdążył nawet zrozumieć co się dzieje i zawołać Jeremiego. W jednej sekundzie padł na ziemię, upuszczając pączka.

Część 5 D

Ferb siedział w swoim pokoju na parapecie, spoglądając przez okno. Nie miał pojęcia, że tego wieczoru będzie się aż tak nudził. Z zazdrością spoglądał na stolik Taylera i Jolie. Martinówna nie odpisywała na jego teksty, jakby zupełnie o nim zapomniała. Wydawała się całkowicie pochłonąć rozmowie z przyjacielem. I najgorsze było w tym to, że wyglądała na naprawdę szczęśliwą w jego towarzystwie. Przy Ferbie nigdy się tak głośno nie śmiała. Fletcher nie miał pojęcia dlaczego, przecież również opowiadał świetne żarty!
Chociaż, to pewnie dlatego, że zazwyczaj śmiał się z niej.
Obracał w dłoni telefon, bijąc się z myślami. Zadzwonić? Nawet gdyby to zrobił, nie przyniosłoby to żadnych rezultatów. Chociaż z drugiej strony, miał coś lepszego do zrobienia?
Wybrał numer do Jolie, przez cały czas obserwując ją zza okna. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni spódniczki komórkę, jednak szybko odrzuciła połączenie.
Krótki dźwięk i znów obraz przełączył na tapetę. Zielonowłosy westchnął ciężko. Nigdy nie spodziewałby się, że będzie brakowało mu jej uwagi.
Nie myśląc więc długo, wybrał numer do Loren. Na jego szczęście, odebrała niemal od razu.
- Czołem Lor! Możesz mi pomóc?.... Jak to w depresji? Weź mi tego nie rób, potrzebuję cię siostro!
Zamilknął, wsłuchując się w to, co przyjaciółka ma mu do powiedzenia. Z każdym jej słowem, kąciki jego ust opadały coraz bardziej, aż jego twarzy nie pokrył smutek.
Po chwili jednak zastąpiła go złość.
- Buford to palant! - odparł. - Jutro pójdę z nim na solo po śniadaniu.... Nie, no coś ty. Wszystko dla twej chwały. Ale dla tego kubka z Vladem było warto, nie? - słysząc jej odpowiedź, roześmiał się. - Za to cię kocham Lor.... Serio? Jesteś najlepsza, dzięki!
Po tych słowach rozłączył się, po czym z uśmiechem spojrzał zza okno. Może ten wieczór jednak nie będzie taki zły?

Scott otworzył zaspane oczy. Nie było go już na Ziemi. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia co się z nim dzieje. Przez pewien czas obraz przed jego oczami był zamazany, a on sam czuł odrętwienie na całym ciele.
Po chwili zorientował się, że nie czuje już ucisku gorsetu.
Wciąż otępiały złapał się za tors. Nie było też sukienki, a w jej miejsce weszły luźne, materiałowe spodnie.
Chciał się podnieść, jednak nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Poślizgnął się, uderzając głową o metalową posadzkę.
- Patrz, obudził się.
Czyjeś głos odbijały się echem. Po kilku sekundach odzyskał wzrok, jednak to co zobaczył sprawiło, że wydał z siebie krótki krzyk, przylegając ciałem do dużego okna.
Zielona twarz spoglądała na niego z uśmiechem.
- Niezłą nam niespodziankę zrobiłeś. - odezwał się mężczyzna stojący przy nim. - Myśleliśmy, że jesteś kobietą. Skąd taki pomysł na przebieranki?
Milton nic nie odpowiedział. Jedynie skulił głowę, trzęsąc się niemiłosiernie. Jego największy koszmar właśnie się spełnił.
- Mark, on strasznie nieśmiały jest.
- A co ja mogę? Daj mu ciastko, albo pogłaszcz go po głowie.
- Przecież to nie pies.
Blondyn rozejrzał się dookoła. Znajdował się w okrągłym pomieszczeniu, w którym przeważały barwy białe i srebrne. Przy panelu sterowania ustawiony był sporej wielkości fotel, przy którym zapewne siedział kierowca, a widok miał dzięki oknom, które zajmowały całą ścianę przed nim.
Dopiero teraz zauważył, że zza szyby widać było ciemne niebo.
- Nie masz się czego bać. - uśmiechnął się przyjaźnie kosmita, starając się dodać mu odwagi. - Nikt cię tu nie skrzywdzi. Powiem więcej, podziwiam kostium. Serio, wzięliśmy cię za prawdziwą kobietę. Zorientowaliśmy się dopiero, gdy z sukienki wyleciały ci kulki papieru toaletowego.
Nie wydawał się zły, jednak nie pozwoliło to Scott'owi przestać się bać.
Kosmita, poza zieloną skórą, przypominał człowieka. Miał rude włosy i niebieskie oczy. Ubrany był w czerwoną koszulę na krótki rękaw i czarne spodnie.
Rosjanin wzdrygnął się, oddychając szybciej, gdy ten złapał go za rękę. Stracił panowanie nad ciałem, pozwalając mu sobą kierować. Ten powoli pomagał mu wstać, po czym zaprowadził go do panelu sterowania.
Na fotelu siedział zielonoskóry chłopak o krótkich włosach w kolorze smoły. Jego oczy były całe czarne, za wyjątkiem białych kropek na środku. Ubrany był w czarną marynarkę, pod którą miał koszulkę tego samego koloru. Na nogach miał spodnie, również czarne.
Rudowłosy objął Scott'a ramieniem, pokazując mu widok.
- Nie miej nam tego za złe kolego, my tylko chcemy uratować naszą planetę.
Milton wtopił wzrok w widok za oknem. Nigdy nie widział czegoś takiego. Znajdował się w przestrzeni kosmicznej, jednak daleko mu było do Układu Słonecznego, którego znał ze szkoły. Tu było zupełnie inaczej. Planety były jakby porozrzucane, powoli poruszając się wokół własnej osi i czegoś, co mogło przypominać słońce. Dało się też zauważyć pas asteroid niedaleko. I chociaż cały się trząsł, musiał przyznać, że było to niesamowite.
- Carlos, ile razy mam ci powtarzać żebyś nie zaprzyjaźniał się z zakładnikami. - powiedział czarnowłosy, nie odwracając wzroku od szyby.
Na słowo "zakładnik" Scott zbladł jeszcze bardziej, niż wcześniej.
- A ile razy ja mam ci powtarzać żebyś ich nie straszył? - odparł rudowłosy, po czym znów z uśmiechem zwrócił się do Scott'a. - Widzisz tą planetę o tam? To nasz dom, Diretio. Ostatnio sporo przeszła. Jest w ruinie. Pomagamy ją ratować. Chcemy, by odzyskała swoją dawną chwałę. Rozumiesz? - w odpowiedzi Scott pokiwał twierdząco głową, wciąż będąc zbyt oszołomionym, by się odezwać. - Dlatego sprzedajemy ludzi w niewolę, by za te pieniądze postawić planetę na nogi. - blondyn spojrzał na niego z przerażeniem, na co ten mrugnął lekceważąco, jakby chciał dodać mu tym otuchy. - Ale nie martw się. Jestem pewny, że kupi cię ktoś fajny! Ostatnio mieliśmy tu taką jedną, która też się bała, a jednak trafiła do dobrych właścicieli.
- Carlos, oni ją zabili. - wyjaśnił Mark.
- On zawsze wszystko wyolbrzymia, nie słuchaj go. - roześmiał się niebieskooki.
Scott spojrzał raz jeszcze na obraz za oknem. Nie miał pojęcia co się dzieje, wszystko rozgrywało się za szybko. Przecież przed chwilą był na swojej planecie.
A może nie? Kto wie ile tak spał? I ile czasu minęło? Może nawet lata?
- O, prawie na miejscu. - powiedział rudowłosy, klepiąc blondyna po ramieniu.
Wlecieli w atmosferę jakieś planety. Scott stracił równowagę, uderzając nosem o podłogę.
- Sorki. Zapomniałem ci powiedzieć żebyś się czegoś złapał.
Wylądowali. Milton podniósł się z niewielką pomocą Carlosa, po czym chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz.
Wyglądało podobnie jak na Ziemi. Z tą różnicą, że kolor nieba podchodził pod żółty, a świeciło na nim coś, co przypominało słońce, jednak było bardziej niebieskie.
Powierzchnia w większości była skalna. Gdzieniegdzie wyrastała trawa. Było dość gorąco, dlatego Scott docenił fakt, że rozebrali go do samych spodni.
Mimo nieprzychylnemu klimatowi, planeta wydawała się być rozwinięta. Z oddali widać było wysokie wieżowce i to właśnie w ich stronę zmierzali. Scott nie oglądał się za siebie, tylko szedł, czując serce w gardle. Charlos nie odstępował go na krok, podczas gdy Mark gdzieś zniknął.
- Milczący z ciebie typ. - zauważył rudowłosy, wciąż się uśmiechając. - Jesteśmy na Macierzy. Nie wiem czy ta planeta ma inną nazwę, ale wcześniej z pewnością miała. Zanim nie poczuła imperialistycznych popędów. Podbili cały nasz układ planetarny, chorzy idioci. Diretio jako druga planeta wyrwała się. Ale nie na długo.
Scott nie miał pojęcia po co ten mu to opowiada, jednak słuchał z zaciekawieniem.
- Bo nasz rząd to kukiełki, a steruje nimi Imperium. Jesteśmy wolni tylko w teorii. Ale nie ma nawet jak wzniecić powstania. Trzeba odbudować planetę. Bo jednak Imperium skutecznie uwiązało nas do siebie dając nam pieniądze na odbudowę zniszczeń, których sami dokonali.
Milton odnosił dziwne wrażenie, że coś mu to przypomina. Tylko co?
- Ale tych pieniędzy nie wystarcza. Głównie dlatego, że większość z nich nasz rząd wsadza sobie w kieszeń. Dlatego musieliśmy wziąć sprawę w swoje ręce. - mówiąc to, zatrzymał się, a blondyn razem z nim. - Cóż. Tu nasze drogi się rozchodzą.
Scott dopiero teraz zauważył, że znajdują się na placu. Otaczały ich budynki, jednak okolica wokół nich była pusta.
Blondyn wytrzeszczył oczy na widok rzędu skutych łańcuchami, ubranych w tę samą, kremową sukienkę sięgającą kostek, dziewczyn. A przeraził się jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe, gdy poczuł kajdanki na nadgarstkach.
- Trochę przykro jest żegnać się w takich okolicznościach. - ciągnął Carlos. - Ale takie jest życie. Zawieramy przyjaźnie, a potem musimy je kończyć. Trzymaj się stary.
Poklepał go po ramieniu, po czym odszedł. Scott poczuł czyjeś szarpnięcie w okolicach łokcia. Nawet się nie odwrócił. Jedynie krzyknął w stronę kosmity.
- Czekaj! Nie zostawiaj mnie tu!
Rudowłosy odwrócił się w jego stronę. Milton nie mógł dłużej ustać w miejscu, gdyż ktoś ciągnął za jego łańcuch.
- Przykro mi. - odparł Carlos. - Ale jeżeli cię to pocieszy, to masz bardzo ładny głos.
Scott przez cały czas wysyłał mu błagalne spojrzenie, jednak ten je ignorował. W końcu szarpnięcie stało się na tyle mocne, że chłopak przewrócił się na ziemię.
Ciężko było opisać wygląd człowieka, który stał własnie nad nim. Z całą pewnością był to jednak dość otyły mężczyzna, którego skóra, choć kremowa, dla zielonookiego była nienaturalna.
Zanim zdążył zrobić cokolwiek, Scott poczuł czyiś uścisk w ramieniu. Był jednak zupełnie inny, niż ten poprzedni. Pod jego wpływem, powoli podniósł się na równe nogi.
Odwróciwszy się za siebie, dostrzegł skutą w kajdany dziewczynę, na oko mniej więcej w jego wieku. Miała długie, ciemno-brązowe włosy, jasną karnację i fiołkowe oczy. Uśmiechała się do niego łagodnie, jednak i w jej spojrzeniu krył się strach. Nie mniej, miała w sobie coś, co go uspokajało.
Został popchnięty w szereg. Chłopak chciał złapać się za obolałe ramię, jednak jego łańcuch był znacznie krótszy, niż jej.
- Co to za miejsce? - zapytał.
Ta nieśmiało pokręciła głową, uśmiechając się przepraszająco.
- Scuze. Nu știu limba engleză.
Chłopak westchnął cicho.
- To targ niewolników.
Oboje spojrzeli na dziewczynę stojącą obok blondyna. Była to czarnoskóra, o brązowych oczach i czarnych, kręconych włosach, które spięte miała w niedbałą kitkę.
- Sprzedają nas kosmitom. - dodała, patrząc na nich jak na idiotów. - Jak mogliście tego nie zauważyć?
- Wiesz, jestem tu od pięciu sekund. - odparł nieco zmieszany Scott. - Jak długo tu jesteś?
W odpowiedzi wzruszyła ramionami?
- Aż tak? - zapytał ze współczuciem.
- Nawet nie wiem. Straciłam rachubę. - z każdym kolejnym słowem łagodniała. - Ale nie dłużej, niż jeden dzień. W przeliczeniu na ten czas. Nie wiem jak bardzo różni się od ziemskiego.
- Ale komu nas sprzedają?
Brązowowłosa, choć nie znająca angielskiego, z uwagą wsłuchiwała się w ich słowa, a strach z jakimi je wypowiadali sprawiał, że mimo wysokiej temperatury, zaczęła się trząść.
- Nie mam pojęcia. To zależy od tego kto więcej zapłaci. Ale chyba popyt spada. Tylko raz wzięli jakąś niewolnicę. Większość po prostu przechodzi, rzuca okiem i odchodzi. Przez to wszystko mam ochotę zostać feministką i dać tym wszystkim samcom w twarz.
Scott uśmiechnął się lekko, chociaż czuł mocny uścisk w żołądku.
- A właściwie, to jak masz na imię? - zapytał.
- Elizabeth. Ale mów mi El.
- Ivana. - przedstawiła się szatynka, która najwyraźniej zrozumiała o czym mówili.
- A ja Scott. - odparł. - Mam nadzieję, że jak już nas kupią, to przynajmniej w trójkę. Wiecie, w kupie raźniej.
Kąciki ust El uniosły się lekko, jednak jej oczy pozostawały smutne.
- Tak. Ja też mam taką nadzieję.
Nawet Ivana poczuła drobną ulgę.

Ferb przez cały czas wypatrywał przyjaciółki przez okno, przy okazji rzucając okiem na Jolie i Taylera. Gdy w końcu zobaczył wchodzącą do ogródka Loren, szybko poderwał się z miejsca, zbiegając na podwórko.
- Heeeeee... ejj, czemu wyglądasz jak trup?!
Rarity wyglądała inaczej, niż zazwyczaj. Może tragedii nie było, ale Fletcher różnicę zauważył od razu. I nie, mówiąc o "wyglądzie jak trup" wcale nie chciał powiedzieć, że wyglądała źle. Wprost przeciwnie. Była ładna! Jak na jej standardy, ale wciąż.
Zmieniła styl. A konkretnie spodnie. Zniknęły poszarpane rybaczki. Na ich miejsce weszły obcisłe, jeansowe rurki.
I to wystarczyło, by postrzeganie jej zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Słucham?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, czując się obrażona.
- Wybacz. Chciałem powiedzieć "czemu wyglądasz jak duch?".
- Mówiąc "leżę w depresji" miałam na myśli "szukam sposobu na to, żeby Buford poczuł, co stracił". Zaczynam od spodni. Potem koszulka. Potem fryzura. Potem buty.
- A potem makijaż?
- A wiesz, że nad tym myślałam? Ale po dłuższym namyśle stwierdziłam, że musiałabym wtedy wstać wcześniej, a to za dużo. Dobra, to po co dzwoniłeś?
W odpowiedzi skinął głową na stojący w oddali stolik Jolie i Taylera.
- Aha. - odparła Rarity. - Kto to?
- Chodzą z nami do szkoły.
- Serio? Mają strasznie nijakie twarze, nie da się ich zapamiętać.
Chłopak tylko machnął ręką.
- To nie najważniejsze. Z tą tam miałem mieć randkę.
- I rzuciła cię dla kolesia, który wygląda jak Roszpunka? - w odpowiedzi pokiwał twierdząco głową. - Więc już wiesz jaką moc mają twoje teksty na podryw. Swoją drogą, nie wiedziałam, że ona ci się podoba.
- Nie podoba. Po prostu uważam, że ignorowanie mnie na naszej randce jest niemiłe.
- Ale... Przecież pisałeś ze mną w tym samym czasie, gdy randkowałeś z nią.
- Nie czepiaj się szczegółów. Weź lepiej zajmij czymś tego kolesia. Niech sobie wreszcie pójdzie. Ale nie zabijaj go, czy coś.
- To czym mam go zająć, jak nie drogą do Zaświatów?
- Nie wiem. Pośpiewaj mu, czy coś. Albo weź go do Empiku, niech ci stawia, chyba jeszcze otwarte. Wszystko jedno, idź już.
Dziewczyna popatrzyła na niego znacząco, jednak zdecydowała się pomóc. W końcu i tak nie miała lepszego zajęcia. No i znalazła w tym korzyść dla siebie.
Podeszła do stolika, kładąc Taylerowi dłonie na ramiona.
Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem, natomiast Jolie roześmiała się cicho.
- Nie wiedziałam, że masz dziewczynę. - powiedziała Francuzka.
Zanim ten zdążył odpowiedzieć, Rarity weszła im w słowo.
- Idziesz ze mną. - oznajmiła.
Tayler napił się soku wiśniowego ze szklanki jak gdyby nigdy nic.
- Sorki, tak jakby cię nie znam.
"Ten to ma powodzenie" ~ pomyślała Martinówna, obserwując wymianę zdań między nimi.
Loren nie miała pojęcia jak go zachęcić, więc postanowiła powiedzieć pół-prawdę.
- Muszę wzbudzić zazdrość w byłym żeby poczuł nienawiść do samego siebie.
- I ja mam ci w tym pomóc?
- Nie, pytam się dla beki. - odparła ironicznie. - Idziesz, czy nie?
Prawdę mówiąc, bardziej od natarczywej latynoski, chłopakowi doskwierała tęsknota za napojem. Podczas rozmowy nawet na nią nie patrzył, co wyjątkowo ją denerwowało.
Ferb obserwował wszystko z ukrycia, jednak nic nie słyszał. Miał nadzieję, że przyjaciółce uda się zabrać stąd Taylera, jednak jak na razie nic tego nie zapowiadało.
- Sarkazm nie pomoże ci w przekonaniu mnie. - odparł Stevenson. - Zarzuć czymś ciekawym.
- Mogę dać ci numer do dobrego fryzjera.
Jolie i Tayler wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Może uda się coś ugrać?
- Zrobimy tak, - zaczął chłopak. - ja ci teraz pomogę, a ty będziesz wisieć mi przysługę. Może być?
Loren pomyślała chwilę. Gdy w jej głowie zrodził się plan, w jej ocenie doskonały, powiedziała:
- Zgoda. To idziesz ze mną?
- Trzymaj za mnie kciuki. - powiedział do Jolie, po czym dodał znacznie ciszej. - Właściwie, to kto to jest?
W odpowiedzi wzruszyła ramionami.
- Chyba chodzi do naszej szkoły. - szepnęła. - Ale głowy nie dam. Dziwna jakaś.
- Szepczecie za głośno. - wtrąciła Rarity. - Idziemy.
Tayler pomachał przyjaciółce, po czym wyszedł z ogródka razem z Loren. Nie minęła nawet minuta, gdy jego miejsce zajął Ferb. Na jego widok dziewczyna spochmurniała.
- Nie pomyliłeś stolików?
Chłopak zaczesał na szybko włosy.
- Też się cieszę, że cię widzę. - odparł, uśmiechając się szarmancko. - To... Emm... - dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tak bardzo skupił się na wyrzuceniu stąd Taylera, że nie wie o czym rozmawiać z Jolie. Na dobrą sprawę, to faktycznie rzadko rozmawiali "jak ludzie", a tematów nie mieli zbyt wiele. Postanowił więc improwizować. - Często tu bywasz?
- To twój ogródek.
Zapadła niezręczna cisza.

Jeremi wrócił pod budynek. Scott miał rację, kosmitów nie było.
Pierwsze co chciał zrobić, to nawrzeszczeć na szefa za danie mu tak beznadziejnej misji, która nie ma szans na powodzenie. Powstrzymał się jednak, gdy zauważył, że jego towarzysza nigdzie nie ma.
Wyciągnął pośpiesznie komórkę, chcąc jak najszybciej wrócić do domu. Zawsze może wsadzić do więzienia sam siebie, a potem uciec i cieszyć się wypłatą.

Przestrzeń kosmiczna była wyjątkowo zatłoczona. Korki nie były tam częste, ale jak już się zdarzyły, to katastrofa, a wszystko przez to, że jakaś planeta zablokowała ruch wokół swojej granicy, którą poszerzyła poza swoje własne wnętrze.
- Durni bogacze. - wycedził Carlos, spoglądając z utęsknieniem za okno. - Odkąd odzyskali niepodległość zaczęli wydawać kasę na głupoty. Oni nie mają nic do odbudowania? - Mark chciał mu odpowiedzieć, jednak ten wszedł mu w słowo. - A, tak. Poddali się bez walki, to nic im nie zniszczyli. Banda debili. Hej, a właściwie, to jak kupili kawałek kosmosu? Od kogo? Kto ma kosmos?
W chwili obecnej stali w korku, więc kierowca, którym swoją drogą wciąż był Mark, mógł pozwolić sobie na większy luz. Siedział wygodnie na swoim fotelu, wpatrując się w przestrzeń przed nimi.
- Ale wiesz, dobrze zagrali. - odparł. - Nie stawiali oporu Imperium, a w czasie okupacji po cichu bogacili swoje wojsko. Uśpili czujność okupantów. My porwaliśmy się od razu z motyką na słońce i skończyło się, jak skończyło. Ale mogło być gorzej. - towarzysz spojrzał na niego pytająco, na co ten odpowiedział - Mogliśmy sobie nie podrobić dowodów i musieć emigrować. Ej, a masz w ogóle kontakt z jakimiś naszymi?
- Nie. Jakby rozpłynęli się w powietrzu. A szkoda. Chciałbym ich zobaczyć, albo chociaż usłyszeć. Przykre, że w ogólnym pośpiechu nie zdążyliśmy wymienić się numerami. Zadzwoniłbym.
Wtedy, jakby na zawołanie, rozległ się dzwonek telefonu. Na dźwięk piosenki w obcym dla nich języku, odwrócili spojrzenia w kierunku leżącej na podłodze komórki.
- Nasz gość chyba coś zostawił. - stwierdził Mark.
- Odbieramy?
- A co chcesz powiedzieć? "Hej, sorki, ale porwaliśmy tego blondyna i sprzedaliśmy jako niewolnika"?
- No. Każda prawda jest lepsza od kłamstwa.
Po tych słowach podniósł się z miejsca, sięgając po telefon.
- Ty, wyświetla się imię Jeremi.
Czarnowłosy roześmiał się.
- Ta, uważaj, bo to ten nasz.
- Szkoda. - uśmiechnął się krótko, po czym odebrał. - Halo?
- Scott, gdzie ty do cholery jesteś?
Carlos zmarszczył brwi, odnosząc wrażenie, że skądś zna ten głos.
- Halo. - rozmówca nie dawał za wygraną. - Scott! Gdzie cię wcięło?
- Ej. - chłopak zakrył głośnik, zwracając się do Marka. - Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś poza naszym Jeremim na ton jakby chciał cię zabić, chociaż niby nie chce?
Brunet pomyślał chwilę.
- Zerowe.
- O. W takim razie przywitaj się z naszym starym kumplem.
Brunet spojrzał na niego z niedowierzaniem, biorąc te słowa za żart. Ten jednak był poważny. Wyciągnął w jego stronę telefon.
- Bardzo zabawne. - odparł ironicznie Mark, przykładając komórkę do ucha. - Kim jesteś?
- Mark?!
- TO TY ŻYJESZ?!

Jeremi stanął jak wryty, wsłuchując się w ciszę po drugiej stronie. Czegoś takiego by się nie spodziewał.
- Chciałem zapytać o to samo. - powiedział w końcu. - Myślałem, że jesteś martwy.
- A ja myślałem, że ty jesteś.

Carlos wyrwał mu komórkę z dłoni, przełączając na głośnik.
- Hejka stary! - przywitał go entuzjastycznie, jako jedyny z całej trójki uśmiechając się. - Fajnie słyszeć twój głos skądś indziej, niż z telewizji propagandowej! Kupę lat, co u ciebie? Jak życie? Co cię napadło żeby emigrować na Ziemię debilu? Mało to planet we wszechświecie? Czemu wybrałeś największe zadupie?
- Skąd macie telefon Scott'a?
Mark i Carlos wymienili zdziwione spojrzenia.
- Scott to ten blondynek, tak? - zapytał rudowłosy.
- Skąd masz jego telefon?
- Słuchaj, wyjaśnimy ci to na żywo. - wtrącił brunet. - Czekaj tam gdzie stoisz. Bo stoisz w Danville, tak?
- Tak.
- Dobra, to zaraz cię znajdziemy.
Po tych słowach rozłączył się, momentalnie wyjeżdżając z korku. Przez pośpiech, Carlos przewrócił się na podłogę, jednak Mark nie zwrócił na to większej uwagi.
- Na co ten pośpiech? - zapytał rudowłosy, siadając na fotelu obok. - Przecież nam nie ucieknie.
- Pamiętasz jak podprowadzili cię kiedyś wrogowie i jak cię odbiliśmy? - w odpowiedzi niebieskooki pokiwał głową. - Ja byłem za zwykłym postrzeleniem tych gości. Wiesz, humanitarne wyjście. A pamiętasz co on zdecydował?
- Chyba kazał im odciąć po jednej ręce i nodze naprzemiennie.
- A pamiętasz tego gościa co chociaż krwawił jak cholera, to wciąż żył?
- Wyciągasz stare brudy.
- Sam wydłubał mu oczy! I wtedy umarł! Wiesz, nie zrozum mnie źle, lubię go. W sensie Jeremiego, a nie tamtego. Nie mniej, zadzierać z nim nie zamierzam.
- W sumie. Ale nie obraziłby się za jakiegoś Ziemianina.
- A kto go tam wie?

Sophie i Nazz siedziały przy jednym stoliku, obchodząc swoją pierwszą sis-randkę. Spotkanie to udowodniło im, że bycie sis było ich przeznaczeniem, co oczywiście wiedziały już wcześniej. Nie mniej, miło było się o tym przekonać po raz kolejny.
Podczas wspólnej kolacji, Sophie kątem oka zauważyła zmianę przy stoliku ich sąsiadów. Skinęła głową w ich stronę, na co Nazz odwróciła spojrzenie.
- Nosz.. - syknęła Jefferson. - Co Jolie robi z Ferbciakiem? I gdzie Taylerek?
- Nie wiem sis, ale najwyraźniej miłość wzięła górę. - odparła, nalewając sobie soku do szklanki. - No nic sis, niech robią co chcą. Wypijmy za naszą sisowatość!
Niebieska spojrzała z zawodem na parę siedzącą za nimi. No cóż, trudno. Nie mniej, niech żywi nie tracą nadziei, czy jakoś tak.
Uśmiechnęła się, po czym stuknęła z blondynką szklankami.

Jolie i Ferb patrzyli sobie głęboko w oczy.
Tak bardzo się w sobie zatracili, że nie mrugali.
Bo to był konkurs "kto pierwszy mrugnie".
Żadne z nich nie poddawało się. Z uporem maniaka trzymali oczy otwarte, chociaż zaczynały dawać im się we znaki. Była to jednak wojna o honor.
- Poddaj się. - powiedział w końcu chłopak, uśmiechając się złośliwie. - Wiem, że tego chcesz.
- Nigdy. Chociaż obserwowanie twojej brzydoty boli, nie poddam się.
- Jak nie będziesz długo mrugać, to popsuje ci się wzrok, będziesz musiała nosić okulary i nie będziesz taka ładna.
- Czy ty właśnie powiedziałeś, że jestem ładna?
- Tak. Chyba tak.
Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi, jednak udało jej się nie mrugnąć.
- Nie nabiorę się. Nie mrugnę.
Trwali w ciszy, nie przerywając swojego zadania. Fletcher w końcu wpadł na genialny pomysł.
- Tusz ci się rozmazał.
Jolie wytrzeszczyła oczy. Nie mogła mrugnąć. On z pewnością kłamie.
- O jejku. To się z ciebie leje strumieniami. - kontynuował. - Ile ty nakładasz tej tapety?
Nie wytrzymała. Straciła nad sobą kontrolę, sięgając po komórkę, przy okazji mrugając. Spojrzała na swoje odbicie, po czym zwróciła się do Ferba.
- Nienawidzę cię.
Anglik uśmiechnął się triumfująco, wzruszając ramionami.
- Gramy w tą grę od tylu lat i jak na razie wygrałaś tylko raz. Przeklęte kichanie.

Loren przylgnęła do ściany bloku, spoglądając na scenerię za nią. Tayler stał obok, pragnąc jedynie wrócić do domu. Czego się jednak nie robi dla obiecanej przysługi? W końcu nie wiadomo kiedy może mu się przydać.
Chociaż zaczynał zastanawiać się w czym ona mogła mu pomóc. Nie wyglądała na taką co mogłaby mu wrogów zastrzelić, a szkoda.
Rarity obserwowała grupkę dresiarzy, na czele których stała nieznana jej dziewczyna. Wyraźnie na kogoś czekali, a Loren wiedziała, na kogo.
- On zaraz tu przyjdzie. - wyjaśniła szeptem. - Mówił mi, że chce koniecznie dołączyć do jakieś grupki i chyba o tą właśnie chodziło.
Stevenson spojrzał w tamtym kierunku.
- Dresy?
- Jego to kręci. Chyba nazywają się Sebixy, czy jakoś tak.
W końcu go zobaczyła. Szedł ku grupie w towarzystwie Baljeet'a.

Hindus ledwo nadążał za przyjacielem. Holender podążał ku nim szybkim krokiem, nawet nie odwracając się za siebie.
Słońce dawno już zaszło. Van Stomm nie miał pojęcia dlaczego ci wybrali taką porę na spotkanie, jednak nie narzekał. Tworzyło to całkiem fajny klimat.
- Buford, zwolnij.
Chłopak odwrócił się, patrząc na Baljeet'a ze zdziwieniem. Ten podparł dłonie o kolana, biorąc kilka wdechów.
- Typowy kujon. - skomentował, po czym wziął go pod pachę, ruszając dalej. - Przecież nie będą za nami czekać. To elita wśród dresów.
- Właściwie, to po co nam to?
- Jak to po co?! Musimy mieć grupkę z którą byśmy się trzymali. Nie zauważyłeś, że wszyscy to robią?!
- Zauważyłem. Ale wiesz, są też duety. Lor i Ferb na przykład. Może byśmy połączyli siły z nimi? Stworzymy Unię na mocy twojego związku z Loren. Co ty na to?
- Raczej nie wypali. Zerwałem z nią dzisiaj.
Zapadła krótka cisza, którą po chwili przerwał Tjinder:
- Ty z nią, czy ona z tobą?
- Ja z nią.
Baljeet wolał nie drążyć tego tematu, jednak gotowy był uciąć sobie rękę, że było na odwrót. Buford w końcu by się nie przyznał.
Stanęli przed Sebixami. Grupa składała się z trzech facetów, na oko licealistów, ubranych w szare dresy. Tylko jeden z nich miał czarne włosy, pozostali byli łysi. Obok stała podobnie ubrana, opalona dziewczyna o zielonych oczach, z kręconymi, brązowymi włosami.
- Hejka. - przywitał się Van Stomm. - Jestem Buford, a to mój kujon podręczny.
- Baljeet. - przedstawił się wyżej wspomniany, po czym zwrócił się do łobuza. - Mógłbyś mnie już postawić?
Ten upuścił go, na skutek czego Baljeet wylądował na ziemi. Szybko podniósł się, otrzepując kolana.
- Gdzie wasz dowódca? - zapytał Buford, rozglądając się. - Ten z włosami?
"Ten z włosami" jedynie pokręcił głową.
- To ja. - powiedziała dziewczyna, wyciągając ręce z kieszeni. - Cassidy.
Chłopak popatrzył na nią przez chwilę w osłupieniu, po czym wybuchnął śmiechem. Monogramówna zmarszczyła brwi.
- Co cię tak śmieszy?
Baljeet cofnął się o krok, garbiąc się pod groźnym wzrokiem czternastolatki. Ta jednak nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Swoją złość skupiła na Bufordzie.
- Od kiedy to dziewczyny dowodzą chłopakami?! - zapytał, wciąż nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Od teraz debilu.
- Szefowo, uciszyć go? - zapytał jeden z łysych.
- Nie. Sama to zrobię.
To była osobista zniewaga, więc Cassidy nie mogła rozwiązać tego inaczej, aniżeli samodzielnie.
Podeszła do przeciwnika. Oboje spojrzeli sobie w oczy, przygotowując się mentalnie do walki.
Nie potrwała ona jednak długo. Skończyło się na tym, że dziewczyna uderzyła go pięścią w twarz, przez co ten upadł, uderzając głową o ziemię.
- No, to chyba będzie na tyle z rozmowy kwalifikacyjnej. - stwierdziła, po czym zwróciła się do swoich ludzi. - Sebixy, spadamy. Szkoda czasu.
Baljeet ukucnął nad przyjacielem, pomagając mu wstać. Cassidy i jej banda zdążyli już odejść, więc na placu zostali tylko oni.
- Ładnie cię załatwiła. - powiedział. - Żyjesz ty w ogóle? Chyba nie uszkodziła ci mózgu. Chociaż nie, najpierw trzeba byłoby go mieć. - Buford spojrzał na niego ze zdziwieniem, rozmasowując obolałą głowę. - Bo wiesz, ty nie masz mózgu! Bo jesteś głupi! No weź, to śmieszne jest!
- Nie łapię. - odparł, podnosząc cię. - Masz beznadziejne żarty. Ja mam lepsze. - wydawał się całkowicie zapomnieć o przegranej bójce, czy zaprzepaszczeniu szansy na założenie nowej grupy. - Słuchaj. Przychodzi baba do lekarza. A lekarz to dentysta!
Baljeet zamrugał kilka razy, a kąciki jego ust nie poruszyły się ani trochę.
- Śmiej się kujonie! - wrzasnął po chwili.
Tjinder wybuchnął śmiechem, od którego z daleka czuć było fałsz, jednak Bufordowi to wystarczyło.

- To już? - zapytał z nadzieją Tayler. - Mogę iść do domu?
Loren odwróciła w końcu wzrok od swojego byłego, patrząc na Stevnsona z politowaniem.
- Nie. Dopiero teraz wchodzimy.
"Niech to szlag" ~ pomyślał.
Dziewczyna złapała go za rękę, na co ten zaczerwienił się lekko. Pociągnęła go w stronę Buforda udając, że w ogóle się go tam nie spodziewała.
Minęła go z dumnie uniesioną głową, wciąż trzymając szatyna za rękę. Ku jej niezadowoleniu, Van Stomm nawet jej nie zauważył.
- Jeszcze raz. - powiedziała, gdy doszli na koniec placu.
I znów go minęli. Reakcja taka sama.
- Jeszcze raz.
I znów.
- Jeszcze raz.
Znów.
- Jeszcze raz.
Jedynie Baljeet z zainteresowaniem obserwował mijającą ich ciągle parę.
- Jeszcze raz.
- Loren!
Spojrzała na niego z niezadowoleniem, zakładając ręce na biodra. Tayler miał już szczerze dość i nie zamierzał tego ukrywać.
- Nogi mnie już bolą. Ile można?!
- Udawanie twojej dziewczyny też nie należy do przyjemności. Weź się w garść!
- Nawet nie wiem co za to dostanę.
- Mówiłam ci, będę wisieć ci przysługę. Co może być lepszego?
- Nie wiem. Może coś, czego byłbym pewny.
- Moje słowo jest święte.
Nie mówiąc nic więcej, zaciągnęła go znów w kierunku Buforda, który o dziwo przez cały ten czas stał nieruchomo. Baljeet go nie pośpieszał, był zbyt ciekawy co tu się stanie.
Loren stanęła tuż przed twarzą Holendra, czym w końcu skupiła jego uwagę.
- O, hej. - przywitał ją. - Kiedy przyszłaś? Nie widziałem cię.
Nie czuła się na siłach, by mu odpowiedzieć. Zamiast tego, bez namysłu pocałowała zszokowanego Taylera, zamykając przy tym oczy.
Buford otworzył szeroko usta, natomiast Baljeet pośpiesznie wyciągnął telefon, włączając nagrywanie.
- Transmitować na żywo? - zapytał, na co Van Stomm pokiwał twierdząco głową.
Loren w końcu odkleiła się od niego. Stevenson odsunął się instynktownie, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się stało. Z jednej strony fajnie, bo przeżył swój pierwszy pocałunek. Z drugiej kiepsko, bo wolałby spędzić go z Sophie. Albo chociaż z kimś, kogo znał. Ale musiał przyznać, nie całowała źle.
Dziewczyna spojrzała na Buforda, który wręcz kipiał ze złości.
"Udało się" ~ pomyślała, uśmiechając się triumfalnie.
Holender zacisnął pięści, patrząc na rywala z nienawiścią. Co z tego, że jego związek z Loren był przeszłością? Wciąż wściekał się, gdy jakiś inny chłopak się nią interesował.
- Ty! - krzyknął, co wybudziło Taylera z transu. - Co ty robisz z moją dziewczyną?!
Stevenson patrzył to na niego, to na nią. Rarity nie wyglądała na zakłopotaną. Wprost przeciwnie.
- Jak ja nawet nie wiem o co tu chodzi. - odparł.
- Chcesz się bić?!
Polak spojrzał na niego z niedowierzaniem.
"Debil. Po prostu debil. - pomyślał. - Z resztą, ona nie mądrzejsza. Pasują do siebie."
Daleko mu było do strachu. Był bardziej zdegustowany. Baljeet natomiast wciąż transmitował wszystko na żywo.
- Ja może pójdę do domu. - powiedział. - Ty sobie ochłoń.
- Nie ma mowy! A co z honorem?!
Tayler nawet go nie słuchał. Odwrócił się na pięcie, zmierzając w swoją stronę.
Buford spojrzał na swoją dziewczynę, która jedynie wzruszyła ramionami.
- Wracaj tu! - zawołał, jednak ten nie odpowiedział. - Tchórzu!
To już usłyszał. Momentalnie zatrzymał się, jednak nie odwrócił. Widząc, że go to denerwuje, Van Stomm ciągnął dalej.
- Zawsze uciekasz przed bójką? Jesteś tak samo tchórzliwy jak Baljeet!
- Hej! - wtrącił wyżej wspomniany, jednak nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Loren splątała ręce na piersi, obserwując scenkę z zainteresowaniem. Wszystko szło według planu. Buford miał chcieć go sprać, ona by go powstrzymała i wtedy spełniłaby przysługę. Idealnie.
Tayler wciąż stał w miejscu. Z jednej strony nie chciało mu się bić. Nie chodziło o strach, a o zwykłe lenistwo. Mimo to, nie mógł pozwolić na to, by ktoś umniejszał jego honor. Zwłaszcza, jeżeli ten ktoś nie był Hermioną.
- Co o nim wiemy? - szepnął Van Stomm na ucho Baljeet'owi. - Nie wiem jak go pocisnąć.
- Nie mam pojęcia. Pierwszy raz go na oczy widzę.
Spojrzał pytająco na Loren, jednak ta nic nie odpowiedziała.
Trzeba będzie więc używać klasyków.
- Uważaj, bo wyłysiejesz! - zawołał za nim.
Tayler odwrócił głowę, mierząc go wzrokiem.
- Tobie widzę już się zaczęło.
Baljeet parsknął śmiechem, jednak szybko spoważniał, czując na sobie wściekły wzrok Buforda.
- Wyglądasz jak Roszpunka! - Van Stomm nie dawał za wygraną.
Stevenson splątał ręce na piersi, unosząc brew. Nawet zaczynało go to bawić.
- Wiem. Lubię Disneyowski styl.
- A więc jesteś gejem!
- Tak, jestem. Widzę, że ty też, skoro nie możesz przestać czepiać się moich włosów.
Buford spojrzał na niego ze zdziwieniem, podczas gdy Tayler uśmiechnął się złośliwie.
- Przykre trochę, że twoja dziewczyna wolała całować geja od ciebie, nie? - dodał, chowając ręce do kieszeni. - zapadła krótka cisza. Niebieskooki wyczekiwał jakieś reakcji u przeciwnika, jednak ten wpatrywał się w niego zdziwiony. - Rozumiem. Nawet gej jest bardziej pociągający od ciebie. No nic, ja będę leciał. Trzymaj się i współczuję.
Po tych słowach znów odwrócił się, zmierzając w swoją stronę.
- To wciąż jest transmitowane na żywo? - zapytała Loren, na co Baljeet pokiwał głową.

Ferb usłyszał dźwięk powiadomienia z Facebooka. Szybko wyjął komórkę, podłączając do niej słuchawki. Jolie wywróciła oczami.
- Sorki, sorki. - powiedział, widząc jej zawód. - Nie olewam cię. Oglądam jak twój kumpel ciśnie się z Bufordem.
To ją zainteresowało. Bez słowa podbiegła do niego, wkładając drugą słuchawkę do ucha. Mocno trzymała kciuki za swojego Taylerka, podczas gdy Fletcher był obojętny.
- Nawet nieźle. - powiedział zielonowłosy. - Chociaż gdyby wiedział, że jest na wizji, pewnie by nie mówił tego o byciu gejem. Ale chyba było warto, bo mina Buforda bezcenna. Aż lajka dam.
- Mój Taylerek. - odparła z dumą, po czym zwróciła się do stolika obok. - Nazz, Sophie!
Dziewczyny spojrzały w jej kierunku, odrywając się od rozmowy.
- Chodźcie! Musicie zobaczyć jak Taylerek miażdży Buforda!
Nie trzeba było je długo przekonywać. Szybko zerwały się z miejsc. Ferb odłączył słuchawki, dzięki czemu wszyscy mogli usłyszeć kłótnię.

- Wracaj tu! - krzyknął Buford, jednak nie doczekał odpowiedzi. - No weź! Nie skończyłem jeszcze!
- Ale ja tak.
Loren i Baljeet wymienili zdziwione spojrzenia. Czyżby Buford przegrał potyczkę słowną?
Van Stomm szybko pognał za nim, chwytając go za ramię.
- Musimy tam wrócić i dokończyć. To transmisja na żywo.
Tayler uniósł brwi. Odnosił wrażenie, że znalazł się w jakimś domu wariatów w którym zamknięto wszystkie drzwi i spalono klucze. Oczywiście nie odczuwał tego pierwszy raz. Był już przyzwyczajony.
- Chcesz powiedzieć, że cała szkoła słyszała jak mówiłem, że jestem gejem?
- Nie. Cała Ameryka.
W odpowiedzi uśmiechnął się krótko, po czym znów ruszył w swoją stronę.
"Trudny z niego człowiek" ~ pomyślał Buford.
Nie mógł pozwolić mu odejść. Gdyby pozostawił jego teksty bez odpowiedzi, wyszedłby na idiotę przed swoim kujonem, dziewczyną, resztą szkoły, miasta i Stanami Zjednoczonymi.
Musiał go jakoś sprowokować.

Loren usłyszała dzwonek telefonu. Na widok wyświetlającego się numeru Jully uśmiechnęła się lekko, odbierając.
- Halo?
- Hej Loruś. Właśnie oglądam tą transmisję.
- O, to świetnie! - Baljeet posłał jej pytające spojrzenie, na co ta uniosła palec do góry. - I jak?
- Twój chłopak jest beznadziejny. Byle gej go załatwił. Po co do niego wracałaś? Weź go rzuć.
Na te słowa entuzjazm Raritówny opadł.
- Muszę kończyć. - odparła, po czym rozłączyła się. Następnie zwróciła się do Hindusa. - Pomyłka. Jak nagrywanie?
- Średnio. Buford i ten drugi zniknęli nam z kadru.
Zapadła krótka cisza. Oboje wypatrywali swoich towarzyszy, jednak nigdzie nie było ich widać.
- Emm.. A właściwie, to jak ma na imię ten drugi? - zapytał Tjinder.
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Ale całowałaś go.
- Tylko po to żeby Buford był zazdrosny.
Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Nie mów mu. - dodała.
- Spoko. W sumie, to nie mam po co.

Tayler splątał ręce na piersi, wysłuchując kiepskich obelg kierowanych pod swoim adresem. Zaczynało go to nudzić.
Buford natomiast nie miał pojęcia co robić.
- Co mogłoby cię wkurzyć? - zapytał, a w jego głosie słychać było desperację. - Błagam. Powiedz. Cokolwiek!
Stevenson pokręcił głową, patrząc na niego z politowaniem.
- Pomógłbym ci chętnie, ale nawet ja nie wiem. Jestem odporny na wszystko. W ciągu swojego życia już wiele razy słyszałem, że jestem nieudacznikiem i skończę pod mostem, a to tylko słowa mojej rodziny. Przeżyłem całą podstawówkę wysłuchując wyzwisk. - mówiąc to, uśmiechnął się z dumą, widząc zazdrość malującą się na twarzy jego rozmówcy. - Jestem niezniszczalny. A i przekaż swojej dziewczynie, że jej plan nie podziałał i wciąż jest mi winna przysługę.
Po tych słowach zostawił Buforda samego.
"Powiem w szkole, że go sprałem za blokami. Uwierzą. Chyba." ~ pomyślał Buford, wracając do reszty.

Jeremi oparł się o drzewo, wyczekując ich przyjazdu. Myśli mieszały mu się w głowie, jednak nad nimi górowała jedna:"Gdzie jest Scott?"
Logiczne, że o niego martwił się najbardziej. Przecież Milton był okropnie nieporadny, sam zginąłby. I to jeszcze gdzieś w kosmosie.
I jak zamieszani byli w to Carlos i Mark? Swoją drogą, dotychczas był święcie przekonany o tym, że są martwi. Z resztą, oni to samo myśleli o nim.
Skoro takie plotki się szerzą, to co musi się dziać na Diretio?
I gdzie jest Scott?
Z rozmyślań wyrwał go silny wiatr. Już po chwili wylądował przed nim biały samochód, z którego wysiedli jego starzy znajomi.
- Jeremi! - zawołał uradowany Carlos, wysiadając. - Jak miło cię widzieć! I to żywego!
Objął go ramieniem, uśmiechając się entuzjastycznie. Rarity patrzył to na niego, to na pojazd bez większych emocji.
- Gdzie wasz statek? - zapytał.
- Nie moglibyśmy tu nim wylądować, - wyjaśnił Mark, zamykając drzwi samochodu. - więc zostawiliśmy go na Marsie i wzięliśmy ten z wypożyczalni.
- To co robimy? - zapytał rudowłosy. - Mam plan! Chodźmy po Jully i rozkręcimy imprezę! Każdemu z nas przyda się mały relaks. Chodźmy, zapomnijmy po co tu przyjechaliśmy.
Postawił kilka kroków w stronę miasta, jednak w porę poczuł na ramieniu dłoń Raritiego.
- Moment. - mówiąc to, uśmiechał się przyjaźnie, co w jego przypadku nie wróżyło nic dobrego. - Gdzie jest Scott?
Carlos posłał czarnowłosemu błagalne spojrzenie, jednak ten udał, że go nie widzi.
- Emm... A kogo masz na myśli mówiąc Scott?
- Facet w sukience. Nie mogłeś przeoczyć. Zwłaszcza, że masz jego telefon.
W odpowiedzi roześmiał się nerwowo, nie wiedząc co odpowiedzieć. Zaczął się jąkać, błądząc wzrokiem po otoczeniu.
- Carlos, lubię cię. - dodał Jeremi. - Ale jeżeli Scott'owi stało się coś przez ciebie, to zabiję cię na miejscu.
Chłopak wytrzeszczył oczy. Dobrze wiedział, że Rarity ani nie żartuje, ani nie przesadza. Skoro coś mówi, to poważnie.
- Ale to nie jest moja wina! - odparł spanikowany. - Diretio ma problemy, a my po prostu...
- Czekaj. Jakie znowu problemy? Przecież odzyskaliśmy niepodległość.
Carlos zmarszczył brwi, nie dowierzając jego słowom.
- Ty serio byłeś martwy, ale w kwestii umysłowej. - stwierdził. - Mamy satelitarny rząd. Imperium trzyma nas na smyczy jak psa. I karmi beznadziejną karmą tak swoją drogą. Jasne, że nie jesteśmy wolni. Ci nam wysyłają hajs na odbudowanie miast, a rząd wydaje z tego jakieś pięć procent. Resztę biorą do kieszeni. Planetę ratujemy my.
- I tu dochodzimy do sedna sprawy. - wtrącił Mark, układając łokcie na dach samochodu. - Ludność jest biedna. I to strasznie. Na naszej planecie już nie znajdziesz jedzenia w śmietniku, bo wyjadają je ludzie. Nie ma co jeść, a co dopiero mówić o odbudowie. Więc ja i Carlos zostaliśmy zmuszeni do swego rodzaju interesu z Imperium. Dostarczamy im niewolnice, sprzedajemy, a pieniądze... No, nie będę kłamać, na odbudowę Diretio wydajemy niewiele więcej niż rząd, ale też coś dajemy. Ogólnie, to nasz sposób na życie. I to dość lewy, bo pod fałszywymi nazwiskami.
- Ja mam w dowodzie Pedro Vargas. - powiedział Carlos. - Bo jeżeli przyznałbyś się tam do walki z tymi gnidami, to wyślą na ciebie ludzi z pałami i albo po prostu zatłuką na miejscu, albo dla przykładu rozstrzelają na widoku publicznym. - Serio, sytuacja jest tak beznadziejna, że aż sam myślę nad emigracją. Ale szkoda mi to zostawiać. Znaczy, wiesz, i tak na miejscu nas mało zostało.
Jeremi wpatrywał się w nich z niedowierzaniem. Nie chciał wierzyć w tę prawdę. On i jego koledzy poświęcali się dla tej planety, jak się okazało, na marne.
No i sprzedali Scott'a.
- Wywieźliście go na Macierz? - zapytał, na co rudowłosy pokiwał twierdząco głową. - Dobra, lecę po niego.
- A ty dokąd? - zapytał Mark, gdy ten zaczął się oddalać.
- Po samochód. Przecież na pieszo tam nie pójdę.
- Nie po to tu przyjeżdżaliśmy żebyś teraz jechał solo. Jedziemy w trójkę.
- Serio? - zapytali jednocześnie pozostali, na co ten kiwnął głową.
Carlos uśmiechnął się promiennie. Oparł łokieć o ramię Jeremiego, na co ten mimowolnie rozpromienił się.
- Jak ja tęskniłem. - stwierdził. - Jeszcze Jully i będzie cały komplet!

Gwiazda, która pełniła obowiązki słońca, grzała niemiłosiernie. Scott bał się, że zaraz się przewróci, a ciężkie kajdanki wcale nie ułatwiały mu zadania. Spojrzał na swoje towarzyszki. Również nie wyglądały za ciekawie, jednak podobnie jak on, ze wszystkich sił starały się ustać na nogach.
- Ivana. - odezwał się zachrypniętym głosem. - Po jakiemu właściwie mówisz?
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem.
"Brawo, przecież ona cię nie rozumie" ~ pomyślał.
Mimo to, i tak chciał się dowiedzieć. Chociażby po to, żeby zabić jakoś czas.
- Ty. - tu wskazał na nią palcem, po czym wysunął język. - Jaki?
Szatynka przyjrzała mu się dokładnie. Trochę jej to zajęło, jednak gdy ten powtórzył gest parę razy, zrozumiała.
- Românesc. Roma. - dodała, starając się przypomnieć sobie nazwę swojego języka po angielsku. - Roman. Romanian.
- O, z Rumunii?
Otworzyła usta, by odpowiedzieć, jednak w porę przerwała im Elizabeth, szturchając Scott'a w łokieć.
- Cicho bądźcie. - szepnęła. - Kupiec przyszedł.
- A, okay. - odpowiedział, jednak po chwili zapytał. - A co w związku z tym?
Czarnoskóra wywróciła oczami.
- Udawaj upośledzonego, to cię nie weźmie. Chyba, że chcesz służyć jako niewolnik do końca życia.
Podeszło do nich małżeństwo. Ona i on przyglądali się całej trójce z uwagą, zupełnie ignorując pozostałe. Scott, pamiętając o słowach El, chciał szybko wcielić je w życie, jednak nie miał pojęcia jak. Ivana natomiast, przez zbyt duże napięcie, rozpłakała się.
- O, nie smuć się Ivi, El mówi, że nas nie wezmą, bo świetnie udajemy debili. - powiedział z promiennym uśmiechem.
"Boże, jeżeli istniejesz, to dlaczego karzesz mnie takimi ludźmi?" ~ zapytała w duchu Eliza.
W końcu kobieta odezwała się do handlarza w obcym dla nich języku. Cała trójka wymieniła zdziwione spojrzenia, jednak już po chwili, mężczyzna rozkuł łańcuch, który łączył Elizabeth z pozostałymi. Wciąż jednak ona, Scott i Ivana pozostawali przykuci do siebie.
- Wracamy do domu? - zapytał z nadzieją chłopak, gdy zaczęto prowadzić ich w nieznanym sobie kierunku.
Widząc uśmiech malujący się na jego twarzy, Ivana rozpromieniła się lekko.
- Nie Scott. Kupili nas. - wyjaśniła z powagą Elizabeth.
Blondyn posłał Ivanie porozumiewawcze spojrzenie, kręcąc przecząco głową. Jak szybko się uśmiechnęła, tak i posmutniała.

Tayler w końcu dotarł do domu. Nie chciało mu się wracać do Flynn-Fletcherów. Jedyne czego pragnął, to umyć się i zasnąć.
Miłą niespodzianką była podłoga, która nie trzymała się dzięki taśmie klejącej. Chłopak uśmiechnął się mimowolnie, idąc do swojego pokoju, jednak na drodze stanęła mu młodsza siostra.
- Co ci się stało? - zapytał.
Była lekko poszarpana i potargana, jednak wyjątkowo szczęśliwa.
- Biłam się dzisiaj z chłopakami! - odparła z dumą. - Patrz, tu mam nawet siniaka! A, nie, to tylko plama. Ale to nie zmienia faktu, że się biłam i wygrałam! Banda słabeuszy.
- Gratki. Wiekopomny moment. A teraz sorki, ale szedłem po piżamę.
Chciał ją wyminąć, jednak ta znów zagrodziła mu drogę.
- Czego ty chcesz? - zapytał zmęczony. - Nie mam nastroju, serio. Chcę spać.
- Nie zapytasz dlaczego się z nimi biłam?
Widząc, że nie ma innego sposobu, jak tylko ją wysłuchać, szatyn westchnął ciężko.
- No? O co?
- Oglądaliśmy tą transmisję. - zaczęła, jednak ten jej przerwał.
- Nie jestem gejem. To wszystko?
- Nie. Słuchaj. Jeden powiedział, że ma nadzieję, że Buford zrobi z ciebie miazgę. A ja do niego "zamknij ryj, to mój brat, pedale", a on, że mi współczuje. To dałam mu w twarz. A potem temu drugiemu też, bo się z nim zgodził. I wyszła z tego bójka. No i wygrałam. W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo jestem super?
Tayler patrzył na nią z niedowierzaniem, nie mając pojęcia co powiedzieć. Ta wyczekiwała odpowiedzi, a o jej zniecierpliwieniu najlepiej świadczył fakt, iż wedle swojego zwyczaju założyła ręce na biodra, tupiąc nogą.
W końcu uśmiechnął się.
- Dwadzieścia.

Droga po obcej planecie skończyła się. Oczom Scott'a, Elizabeth i Ivany ukazał się duży hol, który do złudzenia przypominał recepcyjny w hotelach. Stała tam nawet recepcja, a przy niej recepcjonistka ubrana podobnie, jak pracownice hoteli na Ziemi. Jedyne co ją wyróżniało to fakt, że była zielonoskóra.
Ściany zdobione były zdjęciami małżeństwa, które ich kupiło, w towarzystwie osób, które ci pierwszy raz widzieli. Poza samą recepcją, w pomieszczeniu był również stolik do kawy, fotele i pełno roślin.
Nie mieli jednak czasu na podziwianie widoków. Gdy żona odeszła, jej mąż zaczął krzyczeć na całą trójkę w obcym języku. El, bojąc się, że ten zaraz przejdzie do rękoczynów, instynktownie wyciągnęła rękę, osłaniając nią pozostałych.
Na ich szczęście, na pomoc ruszyła im recepcjonistka. Spokojnie podeszła do nich, po czym wymieniła z mężczyzną kilka zdań. I widocznie była bardzo przekonująca, gdyż burknął coś jedynie pod nosem, a następnie odszedł w tym samym kierunku, co jego żona.
- Znacie angielski? - zapytała kobieta, wybudzając trio z transu.
- Tak. - odparła za wszystkich El. - Znaczy, ja i on.
Scott mimowolnie schował się za czarnoskórą, a Ivana za niego.
- Wasza praca nie będzie aż taka zła. - powiedziała kobieta, starając się dodać im otuchy. - Czasem coś pozmywacie, czasem posprzątacie. Tylko nie kręćcie się pod nogami szefostwu, gdy są źli. Na pewno ta reszta życia jakoś wam zleci.
- Ale... ale co to za miejsce?
- Hotel Onius.
- Hotel? - zapytała ze zdziwieniem, na co ta pokiwała twierdząco głową.
To będzie ciężka reszta życia.

Część 5 E

Tekstów zapisanych w języku rumuńskim nie polecam tłumaczyć poprzez Tłumacz Google. Głównie dlatego, że same były tam tłumaczone wcześniej, więc mogą wyjść dziwne wyniki. Tłumaczenia są zapisane na dole.
Jeżeli znacie te języki lepiej, niż ja (co trudne nie jest, wystarczy poziom podstawowy), to piszcie :v

Pierwszym zadaniem Elizabeth było pościelenie łóżka w pokoju hotelowym.
Dziewczyna nie miała już na sobie ubioru niewolnicy, a strój pokojowej, składający się z krótkiej, niebieskiej sukienki i białego fartuszka. Ze sobą miała wózek pokojowej na którym znajdowały się przeróżne środki czystości.
"To nie może być trudne" ~ pomyślała.
Jako iż słyszała wcześniejsze instrukcje, mniej więcej wiedziała co robić.
Na początek otworzyła okno. Wbrew pozorom, był to obowiązkowy proceder pokojowych, chociaż nikt nie potrafił zrozumieć dlaczego. Następnie odwróciła się w stronę drzwi. Powinny być otwarte, tak kazały procedury.
Nie miała jednak zamiaru ich słuchać. Nie lubiła, gdy ktoś patrzył na jej pracę, posyłając jej spojrzenie pełne współczucia, lub pogardy. Ignorując więc zalecenia, zamknęła je.
Oczywiście, nie miała zamiaru zostać w tym hotelu do końca życia. Miała plan. Będzie robić swoje, a w międzyczasie, podczas gdy nikt nie będzie się tego spodziewać, znajdzie drogę ucieczki, wyciągnie Scott'a i Ivanę i jakimś sposobem wrócą na Ziemię.
Teraz jednak musiała zmierzyć się z czymś znacznie gorszym - pościeleniem łóżka hotelowego.
"To nie mogło być trudne" ~ pomyślała, zabierając się do pracy.
Zanim jednak zdążyła zorientować się, że świeża pościel znajdowała się w schowku, rozległ się głośny trzask otwieranych drzwi.
Odwróciwszy się za siebie, dostrzegła wściekłą pokojową.
Była to wysoka, otyła kobieta o ciemno-zielonych włosach i kremowej twarzy. Ubrana była tak samo, jak Eliza.
- Co ty robisz?! - wrzasnęła, na co ta niemalże podskoczyła. - Jakim prawem zamykasz drzwi?! Powinny być otwarte!
- Nie rozumiem dlaczego.
Nie miała zamiaru płaszczyć się przed nią przepraszając. Co z tego, że została kupiona? Wciąż miała swoją dumę.
Kobieta spojrzała na nią, jakby ta obraziła całą jej rodzinę dwadzieścia pokoleń wstecz.
- Jak to dlaczego?! Ponieważ takie są zasady! Kodeks hotelarza powinien być dla ciebie święty!
"Ona serio traktuje swoją pracę poważnie" ~ stwierdziła w myślach, patrząc na pokojową jak na wariatkę.
- Nie jestem hotelarzem. - wyjaśniła spokojnie. - Chodzę do liceum.
- Chodziłaś. - dodała. - A teraz do roboty.
Po tych słowach, opuściła pokój. Elizabeth westchnęła ciężko, siadając na podłodze. Miała dość, a jeszcze nawet nie zaczęła.
Z rozmyślań nad beznadziejnością sytuacji wyrwał ją odgłos czyiś szybkich kroków na korytarzu.
Zobaczyła Ivanę, która biegła gdzieś zdenerwowana. Widząc to, El szybko podążyła za nią.
- Iv. - powiedziała, łapiąc ją za ramię. - Co się stało?
Dziewczyna zatrzymała się, po czym zaczęła opowiadać jej po Rumuńsku. Eliza nic z tego nie rozumiała, podczas gdy ta wyraźnie się rozgadała. Widziała jednak po jej wyrazie twarzy, że coś się stało.
Przerwała jej, kładąc dłonie na jej policzkach. Była od niej znacznie wyższa, więc musiała się nachylić, by spojrzeć jej w oczy.
- Spokojnie. - powiedziała łagodnie, na co ta umilkła.
Ivana złapała się za przedramię, starając się coś przekazać. Zacisnęła skórę do czerwoności, jednak czarnoskóra wciąż nie rozumiała.
- Boli cię ręka? - zapytała.
Brązowowłosa podeszła do stojącego pod ścianą czerwonego fotela, po czym ułożyła na nim rękę.
- Chcesz usiąść?
- Nu.
- Nu, w sensie, że no?
- Nu!
- Nu w sensie nie?
Ivana wbiła sobie paznokcie w przedramię, po czym przyłożyła tą część ciała do mebla.
- Roșu. - powiedziała Ivana, niecierpliwiąc się. - Rosu. - powtórzyła, wskazując na fotel. - Culoare!
- Że kolor? - brązowowłosa widocznie zrozumiała to słowo, bo pokiwała twierdząco głową. - Kolor czerwony? - znów pokiwała.
Ivana zaczęła wykonywać ruchy lewą ręką nad prawym przedramieniu, udając, że czymś ją owija.
- Bandaż? - zapytała.
- Asa! Bandaj!
Co mogło być czerwone i mające coś wspólnego z bandażami?
- Krew?
- Scott.
Ivana pobiegła w swoją stronę. Elizabeth szybko pognała za nią.
Dotarły pod magazyn pokojowych. Brązowowłosa wyjęła klucz z kieszeni, po czym szybko przekręciła go w zamku od drzwi. Obie weszły do środka, a oczom Elizabeth ukazał się siedzący na podłodze Scott, który mocno ściskał swoje ramię. Jego koszula w tym miejscu przesiąknęła krwią, a on sam krzywił się z bólu.
- Co ci się stało?! - krzyknęła El.
Ivana pokazała jej gestem, by była cicho, po czym powiedziała coś w swoim języku.
- Bandaże są na recepcji, - oznajmiła czarnowłosa, kucając przy chłopaku. - więc raczej nie mamy co na nie liczyć.
Po tych słowach złapała za rękaw jego koszulki, chcąc ją zdjąć, jednak gdy pociągnęła materiał, chłopak wydał z siebie zduszony krzyk.
- Przepraszam. Koszula ci się przykleiła.
- Shlyukha. - syknęła Ivana, siadając obok niego. - Hoteluri ar trebui să ardă.
El nie zwróciła na jej słowa większej uwagi, gdyż zwyczajnie ich nie rozumiała. Zamiast tego zaczęła myśleć nad tym, jak ściągnąć z kolegi koszulę. Scott natomiast spojrzał na nią ze zdziwieniem. Zrozumiał to pierwsze słowo bez problemu. W końcu wypowiedziała je w jego języku.
- Ty govorish po russki?
Czarnoskóra zmarszczyła barwi, przyglądając się ich wymianie zdań z zainteresowaniem.
- Da. Ya iz Moldovy.
Zaczęli rozmawiać po rosyjsku. Dziewczyna nie posługiwała się tym językiem wybitnie, jednak wystarczająco, by móc przekazać to, co najważniejsze. Scott dowiedział się, że znajomość rosyjskiego zawdzięcza temu, iż żyła na terenie Naddniestrza.
Elizabeth wykorzystała fakt, iż zajął się rozmową, jednym ruchem ręki odklejając materiał od rany.
Gdyby nie szybka reakcja Ivany, która zakryła mu usta dłonią, chłopak wrzasnąłby i zdradził ich położenie. W tej samej chwili usłyszeli kroki za drzwiami.
Na ich szczęście, nie usłyszeli ich.
- Musimy się stąd wydostać. - szepnęła El. - Zobaczyliście może jakąś drogę ucieczki?
Oderwała czysty rękaw, owijając nim ranę blondyna.
- Niet. - odparł, przygryzając wargę. - Wszędzie są pracownicy, mają jakiś rozkaz niewypuszczania nas.
"Cholera" ~ pomyślała, opierając głowę o ścianę.
- Właściwie, to co ci się stało? - zapytała.
- Gość w restauracji rzucił we mnie kieliszkiem.
Dziewczyna wytrzeszczyła na niego oczy, otwierając usta.
- Żartujesz?
W odpowiedzi pokręcił głową.
- A potem jeszcze kazali mi przepraszać, że koleś nie trafił w głowę. A wtedy nawet nie wiedzieli, że jestem niewolnikiem. Nienawidzę hoteli.

Tayler w końcu mógł spokojnie położyć się spać. Ignorując kłótnię rodziców, która właśnie miała miejsce, położył się do łóżka. W tym momencie nie marzył o niczym innym, jak o spokojnym śnie.
I wtedy zadzwonił telefon.
Złapał za komórkę, nawet nie patrząc na ekran.
- Halo?
- Ładnie go pocisnąłeś.
Od razu poznał głos Hermiony. Mimowolnie uśmiechnął się, jednocześnie przeklinając ją za przerwanie niezaczętego jeszcze snu.
- Dzięki.
- I jednocześnie pocisnąłeś samego siebie. - dodała.
- Skąd miałem wiedzieć, że to nagrywają? Swoją drogą, po cholerę do mnie dzwonisz? Zaraz północ.
- Dla mnie życie zaczyna się po północy. No i nie mogę spać. Chcesz wyjść ze mną na kebaba?
- O tej porze? Myślisz, że coś będzie otwarte?
- Wiem, że Danville to zadupie przy Yourku, nowoyorska księżniczko, ale nawet na mojej Odessie dało się załatwić jedzenie po godzinach. Idziesz, czy mam cię zawlec siłą?
"Chyba i tak nie mam wyboru" ~ pomyślał.
- Tylko się przebiorę.
Po tych słowach rozłączył się.
Niezbyt mu się chciało, ale nie narzekał. Jeżeli Hermiona zna miejsca w których można zjeść kebaba po północy, to bardzo chciał je poznać.

- Całkiem ładny ten wasz statek.
Po oddaniu samochodu do wypożyczalni na Marsie, Jeremi, Carlos i Mark ruszyli po Scott'a. Droga nie była długa. Ich planeta oferowała sporo, jeżeli chodzi o technologię.
- Dzięki. - odparł z uśmiechem Carlos, kręcąc się na fotelu. - Kosztował kupę hajsu.
- Skąd go wzięliście?
- Że hajs? Znikąd. Ukradliśmy. Ale zawinęliśmy go tym, co za wojny kolaborowali z wrogiem, więc w sumie nie widzę problemu.
Jeremi roześmiał się pod nosem, spoglądając za okno. Ile to już go nie było w kosmosie? Nigdy nie spodziewałby się, że zatęskniłby za tą próżnią. Ziemia nie była tym samym co Diretio, a Układ Słoneczny nie mógł równać się z układem planetarnym, który znał.
- Czemu nie zostawisz Ziemi? - zapytał Mark, nie odwracając wzroku od szyby. - Przecież widzę, że ci tam źle.
- Może nie tyle co źle, ale inaczej. Wiesz, w swojej normalnej postaci chodzić nie mogę, bo wybuchłaby panika. Ale nie ma tragedii, chociaż czasem wolałbym wrócić na Diretio.
- Nie masz do czego. - przypomniał.
- Tak, wiem. Dlatego nie wracam.
Carlos nagle zainteresował się rozmową. Spojrzał na przyjaciół z zainteresowaniem, uśmiechając się szeroko.
- Czekaj, skoro ty tu jesteś, to niedaleko musi być Jully! - ignorując fakt, że pojazd wciąż się poruszał, podniósł się z miejsca, po czym objął Jeremiego w szyi. - Idealnie! Wiesz może, czy jest wolna? I czy kogoś szuka? Bo ja jestem do wzięcia. Od jakiś osiemnastu lat.
Rarity chciał mu odpowiedzieć, jednak zamiast tego podał mu swoją komórkę.
- Sam sprawdź.
- Serio masz jej numer? - zapytał z niedowierzaniem. - Super! A nie będziesz miał mi za złe, jak będę podrywać twoją byłą?
- Ależ skąd.
Zadowolony chłopak wybrał numer do czarnowłosej. Mark spojrzał na Jeremiego porozumiewawczo.
- Wróciliście do siebie? - zapytał cicho, by Carlos nie mógł go usłyszeć.
- Tak, ale nie mów mu.
Obaj spojrzeli z zainteresowaniem na Carlosa.
- Hej Jully!... Nie, to ja! Carlos.... Tak, żyję!... Ciebie też miło słyszeć... Tak.... Tak? O, gratki. A krótkie pytanie, masz może wolny wieczór?
Czarnowłosy z trudem kontrolował kierownicę, gdyż całą swoją uwagę najchętniej poświęciłby Carlosowi. Kątem oka jednak widział, jak entuzjazm przyjaciela powoli opada.
Nikt jednak nie spodziewał się, że ten przełączy na głośnik.
- Tak, jasne, że mam wolny wieczór. Dla ciebie zawsze!
Mark parsnkął śmiechem, podczas gdy Rarity o mało nie spadł z krzesła.
- Wiem, że mnie słyszysz, Jeremi. - dodała o wiele poważniejszym głosem. - Jak mogłeś mnie nie zabrać z wami na wycieczkę po kosmosie?! Ile można siedzieć w kuchni?!
- Spoko Jully, - wtrącił kierowca. - teraz już nie zawrócimy, ale następnym razem lecimy z tobą, a jego zostawimy w domu. Swoją drogą, Carlosowi wciąż nie przeszło.
- Wiem. - odparła. - To nawet słodkie.
Na rudowłosym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Ja tu ciągle jestem. - wtrącił Rarity.
- Wiem. - powtórzyła jego dziewczyna.
- Uważam, że Jeremi pasowałby lepiej do tego blondyna. - stwierdził Carlos.
- Scott'a? - zapytała.
- Tak.
- Też tak myślę.
- Ja tu ciągle jestem!
- Wiem. Ja idę spać, a ty nie dokuczaj Carlosowi. Trzymajcie się kochani!
Po tych słowach rozłączyła się. Mark i Carlos spojrzeli na Jeremiego, który chował komórkę do kieszeni.
- Za to kocham Jully. - powiedział Mark. - I w chwili obecnej, mam u niej większe szanse, niż wy. - Trzymajcie się. Lądujemy.

Tayler i Hermiona siedzieli na ławce na dworcu, zajadając się kebabem. Było ciemno, wiał chłodny wiatr, a gdzieś niedaleko leżał bezdomny, który najprawdopodobniej czaił się na ich jedzenie, jednak nawet mimo to, było fajnie.
Otoczenie pozostawiało wiele do życzenia. Ze ścian dworca odpadała farba, odsłaniając nieprzyjemne dla oka ceglane mury. Wokoło pełno było śmieci, a w powietrzu unosił się smród wódki i niemytych meneli.
- Jak często tu przesiadujesz? - zapytał.
Dziewczyna przełknęła jedzenie. Wzrok skupiony miała w widok przed nią, który przedstawiał panoramę miasta.
- Praktycznie co noc. Z tym menelem jestem już na ty.
Na te słowa zmarszczył lekko brwi. Ta nawet tego nie zauważyła.
- Dlaczego? W Danville nie ma lepszych miejsc na leczenie bezsenności?
- Są, ale nie dla mnie. Ten obskurny dworzec to jedyne, co przypomina Odessę. - mówiąc to, westchnęła ciężko, opierając się o ławkę. - Mieszkam tu już trzeci miesiąc, a wciąż mam problemy ze snem. Nie umiem się przyzwyczaić. Kiedyś strasznie chciałam wyjechać, zamieszkać gdzieś daleko, a jak już to osiągnęłam, to chcę wracać.
Tayler spojrzał na nią uważnie. Chyba po raz pierwszy widział ją taką. Nie złośliwą i irytującą, a smutną, bezradną i zwyczajnie potrzebującą się komuś wygadać.
- Nie chcę mówić po angielsku, nie chcę słyszeć tego języka wokół siebie. - mówiła. - Wiem, że to złe. I, że nie mam prawa tak mówić, bo to Ameryka i ja to serio rozumiem. Rozumiem, że też możesz się wkurzyć, ale sam fakt, że mówię właśnie teraz po angielsku sprawia, że mam ochotę odciąć sobie język. Tęsknie za domem. Za Ukrainą. I Odessą. Tutaj czuję się jakoś obco.
- Chyba cię rozumiem.
Spojrzała na niego z zainteresowaniem, jednocześnie czując ulgę. Na to liczyła. Nie chciała marnego pocieszania, a przekonać się, że jej odczucia nie są aż tak dziwne, że dotykają tylko ją.
- Znaczy, ja mam trochę inaczej. Bo uwierz, nienawidzę Danville.
- Serio?
- Serio. Moim domem zawsze będzie Nowy York. Przyzwyczaiłem się do dużego miasta, a Danville to dla mnie wieś. Może i zabrzmię źle, ale nienawidzę wsi. Chcę do mojego miasta, gdzie o każdej porze słychać było gwar rozmów mieszających się z klaksonami. Tam mieszały się języki, a światła w oknach paliły się dwadzieścia cztery godziny.
- Więc czemu wyjechaliście?
- Nikt się mnie za bardzo nie pytał o zdanie. No i życie na wsi mniej kosztuje. Tak słyszałem.
Zapadła krótka cisza. Ulaniuk, chcąc nieco rozluźnić atmosferę, zmieniła temat.
- Wiesz, że w tej budce co kupiliśmy w niej kebaby, panują karaluchy?
- Tak, wiem. Wyplułem nawet jednego. Ale jedzenie mają dobre.
- Widzisz? W Nowym Yorku takiego nie mają.
- Na Ukrainie pewnie też.
- Danville pewnie jeszcze nie raz nas zaskoczy.
Tayler uśmiechnął się mimowolnie.
Hej, a wiesz, że Jolie ma dzisiaj randkę z Ferbem? - spytał.
- Wiem, wiem. Sophie mi pisała.
- Potem Sophie poszła na randkę z Nazz.
- Tego się akurat nie spodziewałam.
Chłopak zastanowił się chwilę. Jolie była na randce, Sophie i Nazz były na randce. Ginny prawdopodobnie pisała fanfiki w których jej bohaterowie są na randce.
- Czy to znaczy, że my też jesteśmy na randce? - zapytał.
Hermiona spojrzała na niego z obrzydzeniem. Nie minęła sekunda, gdy pocisnęła swoim kebabem prosto w jego twarz, brudząc go surówkami i sosami.
- Nigdy! Jesteś obrzydliwy! Randka ze mną to twoje mokre sny? Rozumiem, że żadna inna dziewczyna cię nie chce, ale to nie powód żeby do mnie zarywać, debilu. Ja mam wymagania. Na przykład takie, że facet nie powinien wyglądać jak tamten żul. Hej, a może to twój zaginiony brat bliźniak? Nawet podobni jesteście.
Chłopak wytarł dłonią twarz, oddychając przy tym z ulgą. Czego jak czego, ale randki z nią by nie przeżył.

Jolie rozprostowała kości. Ferb nalał do szklanki resztki soku.
- Dokąd idziesz? - zapytał.
- Do domu. Siski też się już zbierają. Nie ma sensu żebym tu u ciebie siedziała.
Chłopak wypił napój. Niesamowicie chciało mu się pić.
- O, sorki. Chciałaś?
- Tak, ale to nic. Mam lepszy w domu.
Fletcher uśmiechnął się, podczas gdy ta zjadła ostatni, niewielki kawałek pizzy, który został na jej talerzu.
- Odprowadzić cię? - zapytał.
- Nie, dzięki. Pójdę z siskami.
- To nie było pytanie. Wiesz, może i się nie lubimy, ale to jednak randka. Byłbym złym facetem, gdybym cię teraz zostawił.
Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Ale przecież ty jesteś "złym facetem".
- Tak, wiem. Ale dziś możemy zrobić wyjątek. Z resztą, siski już poszły. Chyba też uznały, że to ja cię odprowadzę.
Jolie rozejrzała się dookoła. Faktycznie, Nazz i Sophie nigdzie nie było.
"Niech was szlag" ~ pomyślała.
Szybko jednak przestała o nich myśleć, gdy poczuła na ramionach czyjąś kurtkę.
- Pewnie ci zimno. - stwierdził Ferb.
- Czy ty mnie podrywasz?
- Potraktowałbym to raczej jako taki szpan. Tobie zimno, ja daję ci kurtkę. Poniekąd spełniamy punkty typowej randki, więc nie narzekaj, tylko chodź.
Dziewczyna, choć zdziwiona, uśmiechnęła się lekko. Musiała przyznać, w pewnym stopniu podobało jej się to, chociaż nie powiedziała tego na głos.
Jemu też nie było źle w takiej sytuacji, jednak silił się na obojętność.
Jolie szybko odczuła, że kurtka od niego naprawdę się przydała. Gdy dosięgło ją zimne powietrze, mocniej otuliła się ubraniem. Ferb otulił się jedynie własnymi ramionami.
- Wiesz, jednak zmieniam zdanie. - powiedział. - Oddawaj moją kurtkę.
- Czy to nie Anglicy słyną z bycia gentelmenami?
- Tak, ale...
- Więc siedź cicho i nie zdradzaj kraju.

Statek w końcu wylądował. Po chwili cała trójka wyszła na zewnątrz.
- To tam. - powiedział Carlos, prowadząc ich w kierunku targu.
Mimo iż była to rodzima planeta ich wrogów, Jeremi nigdy tu wcześniej nie był. Gdy było trzeba wysyłał swoich ludzi, jednak sam nie opuszczał Diretio. Dlatego też z uwagą rozglądał się dookoła. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, była uwieszona wysoko fioletowo-czarna flaga z czerwonym kołem pośrodku.
- Mam tylko nadzieję, że nikt go nie kupił. - wtrącił Mark.
- Raczej marne szanse. Za chudy. - odparł Carlos. - Nawet szklanki by nie uniósł, na co komu taki?

Scott z zabandażowanym przedramieniem starał się jakoś pomóc El w ogarnięciu pokoju. Jako, że w restauracji nikt go nie chciał, nie miał się gdzie podziać, a chcąc uniknąć wezwania przez szefostwo, które jak na razie budziło w nim największy lęk, postanowił trzymać się jak najbliżej koleżanki.
Ta nie narzekała, chociaż Milton bardziej przeszkadzał, niż pomagał.
- Okay, jakoś jest pościelone. - powiedziała w końcu, ocierając pot z czoła. - Kto by pomyślał, że w hotelach nawet ścielenie łóżek ma swoje procedury?
- Ja to nie wiedziałem, że trzeba czyścić czyste kafelki. I że wszyscy pracownicy to psychopaci bez serca.
Dziewczyna jedynie pokiwała twierdząco głową.
- Nie mam sił na kolejne czynności, a co tu dopiero mówić o reszcie życia. - powiedział chłopak, siadając obok łóżka. Na nim by nie mógł, bo taki zaszczyt dozwolony jest jedynie gościom. - Ja chcę do domu.
- Myślisz, że ja nie? Nie martw się, znajdę jakąś drogę ucieczki. A jak nie, to podejmiemy się bardziej brutalnych rozwiązań.
Blondyn spojrzał na nią pytająco, niezbyt rozumiejąc o co jej chodzi.
- Jesteś z Rosji, tak? - zapytała, zakładając ręce na biodra.
- No tak.
- Więc w razie czego powtórzymy rewolucję październikową.
Na ich nieszczęście, akurat przechodziła obok pokojowa. Co prawda nie słyszała ich rozmowy, jednak sam fakt, że na moment przerwali pracę wystarczył, by wyprowadzić ją z równowagi.
- Co wy robicie?! - wrzasnęła, na co ci od razu poderwali się z miejsc. - Zostały jeszcze inne pokoje do wysprzątania!
El i Scott wymienili zdziwione spojrzenia.
- A pani praca? - zapytała czarnoskóra.
Kobieta cała poczerwieniała ze złości.
- Jak to moja praca?! Nie dyskutuj, tylko wracaj do roboty!
Zapewne trzasnęłaby za sobą drzwiami, gdyby nie kodeks hotelarza, który traktowała jak pismo święte.
- Ile nam jeszcze zostało? - zapytał chłopak.
- Cały hotel. Z tego co widziałam, to jakieś pięćset pokoi. A my jeszcze nie wysprzątaliśmy łazienki.
- Umiesz może czyścić lustra tak żeby nie było smug?
- Miałam nadzieję, że ty umiesz.
Zapadła krótka cisza. Oboje wiedzieli, że jeżeli chcą przeżyć, to muszą uciec.

Dotarli na plac. Jednak ku ich zdziwieniu, Scott'a nigdzie nie było.
Jeremi podszedł do handlarza, który zajęty był liczeniem pieniędzy. Niewolnic prawie nie było, pozostały tylko dwie. Nic więc dziwnego, że na jego twarzy malował się uśmiech. Miał dziś dobry dzień.
- Ej. - na głos Raritiego odwrócił się, obdarzając go ponurym spojrzeniem. Jeremi nie miał zamiaru silić się na grzeczność. - Był tu taki blondyn. Zielone oczy. Gdzie go wcięło?
Mężczyzna wpatrywał się w niego, po czym machnął lekceważąco ręką, wracając do wcześniejszej czynności.
- Głuchy jesteś? - nastolatek nie dawał za wygraną. - Odpowiadaj rzesz!
- Jeremi... - Carlos chciał mu coś wyjaśnić, jednak w porę powstrzymał go Mark.
- Daj mu się wyżyć.
Rarity nie miał na tyle nerwów, by pozostawać ignorowanym. Nie myśląc ani chwili, pozwolił się kierować instynktom. Wyciągnął swój pistolet, rzucając się z nim na handlarza, przewracając go na ziemię.
- Gdzie. Jest. Scott? - wycedził przez zęby, przykładając lufę do jego skroni.
- W bù míngbái ni!
Mężczyzna był przerażony. Jeremi natomiast uniósł brwi, nie mając pojęcia o co mu chodzi?
- Już? - zapytał Mark. - Chyba naprawdę byłeś martwy. Od kiedy to tutaj mówią po naszemu?
Rarity podniósł się, trzymając przeciwnika za kark, by mu nie uciekł.
- Fakt. - powiedział w końcu lekko oszołomiony. - Wyleciało mi z głowy. Po jakiemu oni mówią?
- Po Chińsku Einsteinie.
Po tych słowach sam zwrócił się do handlarza w jego języku. Ten, kierując się przede wszystkim strachem, powiedział wszystko, co wiedział.
- Sprzedał go hotelowi. - wyjaśnił czarnowłosy.
- Hotelowi?
- Tak. Najwyraźniej znaleźli jeszcze tańszą siłę roboczą od praktykantów.
Jeremi puścił mężczyznę, który momentalnie upadł na ziemię. Nikt jednak nie zwracał na niego większej uwagi.
- Gdzie ten hotel?
Mark spojrzał pytająco na Carlosa, oczekując odpowiedzi.
- Czemu patrzysz się na mnie?
- Bo w naszej grupie to ty byłeś geografem.
- Co nie znaczy, że znam centra turystyki wrogów. - rudowłosy westchnął ciężko, rozglądając się dookoła. - A, chyba już wiem gdzie to. Kiedyś zatrzymałem się tam do łazienki. Za mną!

- Jesteśmy tu już zdecydowanie za długo.
Elizabeth rozpoczęła swoją przemowę podczas zmywania naczyń. Pozostała dwójka słuchała ją z uwagą.
- Plan mam taki. Łapiemy za noże, rżniemy każdego, kto stanie nam na drodze, a potem wychodzimy. Kto jest za?
Ivana i tak jej nie rozumiała, więc po prostu zajmowała się pracą. Nie mniej, jeżeli zauważyłaby ich ucieczkę, od razu pognałaby za nimi.
- Powoli ci chyba odbija. - zauważył Scott.
- Jasne, że mi odbija! Jestem tu wbrew własnej woli, mam prawo podupadać psychicznie! Masz z tym jakiś problem?!
Chłopak skulił głowę, patrząc z przerażeniem na malujące się na jej twarzy szaleństwo.
- Skądże.
- Tak myślałam. Wracając. Nie wiem jak wrócimy na Ziemię, ale coś wymyślę. Najważniejsze, to wydostać się stąd.

Ferb i Jolie w końcu dotarli pod dom Francuzki. Stanęli naprzeciwko siebie, niezbyt wiedząc jak zachować się w takiej sytuacji. Mimo wszystko, to była pierwsza randka w ich życiu i oboje chcieli móc wspominać ją w miarę dobrze.
- Pocałujesz mnie na pożegnanie? - zapytał.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- Nie. Ale oddam ci kurtkę. - mówiąc to, podała mu ubranie. - Nie zamarznij po drodze.
- Dzięki. Nie wyglądałaś dzisiaj tak źle jak zazwyczaj.
- To miał być komplement?
- Tak. Nie mogę powiedzieć nic więcej, bo obiecałem sobie nie kłamać.
- Też nie wyglądałeś dzisiaj tak obleśnie, jak zawsze. Będę już lecieć. Trzymaj się.
Po tych słowach pomachała mu, po czym poszła do domu. Gdy stanęła przed drzwiami, usłyszała jego głos.
- Ale wiesz, to jednak była randka.
Odwróciła głowę w jego stronę, obdarzając go niewielkim uśmiechem. Chłopak wyglądał, jakby naprawdę mu zależało. Zbyt brał ją na litość, by teraz odmówiła.
Podeszła bliżej. Zielonowłosy mimowolnie cofnął się o krok. W pierwszej chwili myślał, że ta chce go uderzyć.
Przeszło jej to nawet przez myśl, jednak mimo to, zwyczajnie pocałowała go w policzek.
- Fajnie wyglądasz jak się rumienisz. - powiedziała, po czym poszła do domu.
Ferb odprowadził ją wzrokiem, trzymając dłoń na policzku. Nie do końca wierzył, że ona faktycznie to zrobi.
Ale nie narzekał.
Żadne z nich nie miało pojęcia o tym, że Sophie i Nazz obserwowały wszystko zza krzaków.
- Widzisz sis, - zaczęła dumna z siebie Sophie - ja bym mogła Boga z Szatanem swatać, a będą razem. To dar.

Elizabeth, Ivana i Scott zeszli do holu. Na miejscu pokojowa chłopakowi wcisnęła odkurzacz, a pozostałym mopy.
- No na co czekacie? - warknęła. - Sprzątajcie to!
- To nie fair! - oburzył się Milton. - Traktuje nas pani jak niewolników!
Na te słowa, El uderzyła się w czoło, pokojowa wywróciła oczami, a recepcjonistka zaśmiała się cicho.
- A, fakt. - zauważył chłopak, łapiąc się z zakłopotaniem za kark. - Co nie zmienia faktu, że to niemiłe.
Byli wyczerpani. El i Scott wysprzątali połowę pokoi, a Ivana obsługiwała gości, których wyjątkowo irytował fakt, że nie umiała porozumiewać się po Chińsku. Mało brakowało, a jej ręka skończyłaby tak, jak Scott'a.
Zanim zdążyli zabrać się do pracy, drzwi otworzyły się, a do środka weszła trójka zielonoskórych nastolatków.
Scott czuł się dumny. Kiedyś panicznie bał się zielonych kosmitów, a teraz, po przeżyciu porwania, zmuszania do niewolniczej pracy i rzuceniem w niego kieliszkiem, już nie czuł strachu. Szczęście w nieszczęściu.
- O, znalazłem go! - zauważył Carlos, patrząc na blondyna, po czym zwrócił się do niego. - Kto by pomyślał, że jeszcze się spotkamy?
Milton spojrzał na niego ze zdziwieniem, nie mając pojęcia co się dzieje. Mimo swojej wrodzonej naiwności, im nie ufał. W końcu jak raz ktoś kogoś sprzeda, to skąd można mieć pewność, że nie zrobi tego drugi raz?
- Poznaję tą dwójkę. - stwierdziła El. - Tylko tego trzeciego nie. Ale na pewno też jest ich pokroju.
Jeremi nie miał pojęcia, że znajdzie Scott'a tak od razu. Nie użył więc modulatora ciał, a teraz było już za późno.
Szybko jednak zauważył opatrunek na jego ramieniu. Nawet nie myślał. Zadziałał instynktownie.
- Kto? - zapytał, podchodząc do niego, po czym złapał go za przedramię.
- Emm.. goście z restauracji spod dwójki. Chyba ciągle tam siedzą.
El i Ivana wymieniły zdziwione spojrzenia. Jeremi natomiast bez słowa poszedł do wyżej wspomnianego miejsca.
- Mamy na niego czekać? - zapytał Carlos, na co Mark wzruszył tylko ramionami.
Recepcjonistka przyglądała się temu wszystkiemu z uwagą. Nie miałaby za złe, gdyby w końcu coś się tu zadziało. Jej praca była zbyt monotonna i przewidywalna.
Pokojowa natomiast chciała powstrzymać przybysza, jednak był pasaltem*, więc nie mogła nic zrobić ze względu na kodeks hotelarza.
Chciała krzyknąć na swoich niewolników, ale znów. Byli obecni ludzie z zewnątrz.
Wszechobecną ciszę przerwał dopiero Jeremi, który wlókł za sobą szarpiącego się mężczyznę.
- Scott, to on? - zapytał, na co ten pokiwał twierdząco głową. - Super.
Następnie, bez zbędnych wyrzutów, postrzelił go w skroń.
Kawałki mózgu poleciały na podłogę, ale kto by się tam przejmował? Oczywiście, niektórzy byli w lekkim szoku, pokojowa nawet zemdlała, Ivana przylgnęła do El, jednak gdy recepcjonistka chciała dzwonić na policję, w ostatniej chwili zatrzymał ją Mark.
- Też jesteś z zielonej nacji. - przypomniał, uśmiechając się lekko. - Zabić przedstawiciela wrogiego narodu to nie grzech.
Popatrzyła na niego przez chwilę, dokładnie analizując sens jego słów. Z każdą sekundką kładła słuchawkę coraz niżej, aż w końcu całkowicie ją odłożyła.
Scott podszedł bliżej do brązowookiego kosmity.
- Ja cię skądś znam?
- Tak, ze swoich snów, znam ten tekst.
Po tych słowach złapał go za nadgarstek, po czym szybkim krokiem wyszedł na zewnątrz. Mark i Carlos ruszyli za nim.
- Idziemy Iv. - powiedziała zdecydowanie El. - Nie spędzimy tu całego życia.
- Czekajcie!
Wszyscy wrócili się, spoglądając ze zdziwieniem na recepcjonistkę.
- Podwieźcie mnie na Diretio. - powiedziała błagalnym tonem. - Chcę do domu. Zwariuję w tym hotelu.
- Jasne, chodź. - uśmiechnął się Carlos.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą, idąc razem z nimi.
Nikogo nie interesował fakt, że hotel pozostał bez opieki. I tak lepiej będzie dla wszystkich, jeżeli upadnie.
- Zaraz. - Jeremi zatrzymał się w połowie drogi. - Nie dadzą mi hajsu, jak nie dostarczę kosmitów, co są za to odpowiedzialni.
Scott zaczął powoli łączyć fakty, jednak nie szło mu to za dobrze.
"Może ten kosmita zjadł Jeremiego i przejął jego osobowość?" ~ pomyślał.
- Nakablujesz na nas? - zapytał Carlos.
- Nakabluj. - wtrąciła Elizabeth. - Niech poniosą odpowiedzialność za to, co zrobili.
- Nie mogę, jednemu z nich ciągle wiszę hajs. - odparł Rarity. - I nie wiem któremu.
- Mnie. - powiedział Mark.
- Jak już mówiłem, wciąż nie wiem któremu.
Ten głos też kogoś Scott'owi przypominał.
Gdy doszli już do pojazdu, zaczepił ich obcy, zielonoskóry chłopak, na oko kilka lat starszy, jednak z pewnością nie przekroczył trzydziestki.
- To wy! - wrzasnął. - To wy ukradliście mój statek!
Wpatrywali się w niego z zaskoczeniem. Carlos i Mark głowę by sobie dali odciąć za to, że był martwy.
Chociaż, oni każdego, kto nie utrzymywał z nimi kontaktów uważali za martwego.
Ten przez cały czas krzyczał.
- To jest ten kolaborant? - zapytał Jeremi, na co Mark pokiwał głową. - Super. Scott, znalazłem już winnego. Kto chętny do związania go?
- Ja! - zgłosił się entuzjastycznie Carlos, po czym zabrał się do pracy.
Elizabeth wytrzeszczyła szeroko oczy, przyglądając się temu ze zdumieniem.
- Pozwolisz im ukarać niewinnego człowieka?!
- No przecież im nie zabronię.
- Twój głos kogoś mi przypomina. - powiedział Scott, wsiadając do pojazdu. - Ty jesteś tym znajomym Jeremiego, o którym mówił?
- Tak. Jasne, czemu nie?
Wszyscy weszli do środka. Carlos zaprowadził związanego chłopaka, który starał się krzyczeć, jednak skutecznie uniemożliwiała mu to taśma na ustach.
- Oddamy go Majorowi zamiast ich? - zapytał blondyn, siadając na fotelu.
- Tak.
- To uczciwe?
- Nie.
- Jejku. Nic dziwnego, że przyjaźnisz się z Jeremim, jesteście strasznie podobni.
- To mentalni bliźniacy. - szepnął mu Carlos. - Może nawet bro.
Jeremi posłał mu pełne pożałowania spojrzenie, podczas gdy ten roześmiał się, odrzucając więźnia na podłogę. Klasycznie, Mark usiadł za sterami, odpalając pojazd.
El i Ivana rozglądały się po statku. Co prawda były już tu, jednak przepełnił je zbyt duży strach, by zwrócić uwagę na urok pojazdu. Gdy wznieśli się w powietrze, dziewczyny chwiejnym krokiem podeszły do szyb, podziwiając wszystko, co ich otaczało.
- Scott, nie mówiłeś, że masz takie znajomości. - powiedziała czarnoskóra.
- Powiem ci, że ja też nie wiedziałem. - uśmiechnął się, po czym zwrócił się do siedzącego obok kosmity. - A właściwie, to gdzie jest Jeremi?
Carlosowi i Markowi słuchanie wykrętów przyjaciela sprawiało nie lada przyjemność. Nie ciężko było zobaczyć ich uśmiechy chociażby w odbiciu w oknie.
- Czeka na Ziemi. Ma lęk wysokości, więc nie lata w kosmos.
Rudowłosy parsknął śmiechem.
- Co w tym śmiesznego? - zapytał ze zdziwieniem blondyn.
Jeremi posłał Carlosowi mordercze spojrzenie, na co ten roześmiał się jeszcze głośniej.
- Nic. Jego zawsze śmieszyły cudze fobie. Ale mogę z chęcią przytoczyć historię w której ten rudy tu...
- No już nic nie mówię! - przerwał mu chłopak, a po chwili znów uśmiechnął się złośliwie. - A przedstawiałeś się może już Scott'owi? No skoro on przyjaźni się z tą ciotą, która boi się latać po kosmosie, to ciebie też powinien znać, nie?
Scott spojrzał z zainteresowaniem na "przyjaciela" Jeremiego, podczas gdy nawet Elizabeth zaczynała domyślać się o co chodzi. Ivana z pewnością też by coś pojęła, gdyby rozumiała o czym mówią.
- Mów mi Ahmed. - odparł po chwili kosmita, na co znów rozległ się śmiech Carlosa.
- Ahemd? - zdziwił się Milton. - Jesteś z Afganistanu?
- Tak. Dlatego kobiety noszą tam burki. Żeby ukryć przed światem, że tak naprawdę, to są zielonymi facetami.
"Teraz wszystko ma sens!" ~ pomyślał Scott.

W końcu dotarli. Elizabeth podwieźli do Waszyngtonu, a Ivanę do Tyrastopola. Wcześniej oczywiście obiecały Scott'owi, że będą utrzymywać kontakt, a Mołdawianka dodatkowo zarzekła, że nauczy się angielskiego.
Rarity natomiast obiecał swoim przyjaciołom, że nie wyda ich, pod warunkiem, że będą prowadzić swoją działalność nieco ciszej.
Jeremi i Scott jako ostatni wysiedli z pojazdu. Obok nich leżał związany więzień, który wciąż próbował coś z siebie wyrzucić.
- To my się widzimy za tydzień! - pożegnał ich Carlos. - Scott, ty też wpadnij. Wynagrodzimy ci to porwanie darmową wódką.
- Za darmową wódkę dałbym brać się w niewolę codziennie. - odparł uradowany.
Statek odleciał. Blondyn rozejrzał się dookoła.
- A gdzie mój Jeremi?
- Pójdę po niego. - powiedział kosmita. - Ty poczekaj. Popilnuj... - tu zamilknął, nie wiedząc czym go zająć. - trawy. Jeszcze jacyś inni kosmici ją ukradną. O i naszego zakładnika też możesz. Żeby nie uciekł.
Na jego szczęście, to wystarczyło. Ahmed zniknął gdzieś pośród drzew, by po chwili wyszedł z nich Jeremi.
Na widok przyjaciela, Scott uśmiechnął się promiennie, rzucając mu się z radości w ramiona.
- JEREMI! - krzyknął uradowany, oplątując go wokół szyi. Rarity o mało się nie przewrócił, jednak odwzajemnił uścisk. - Ale ja za tobą tęskniłem! Muszę ci koniecznie wszystko opowiedzieć! Wiesz, że nie boję się już kosmitów?! I słuchaj, bo nie uwierzysz! Spotkałem twojego kumpla z Afganistanu!
- Serio?
- Serio! No i nie boję się kosmitów, no! Jak bardzo jesteś ze mnie dumny?
Jego entuzjazm sprawił, że Rarity uśmiechnął się promiennie.
- Bardzo. Dobra, bierzemy tego tu, idziemy po nasz hajs i do domu.
- Skąd wiesz kto to?
- Ahmed mi wszystko powiedział.
Milton nie wnikał. Podczas gdy jego przyjaciel jedną ręką złapał za włosy związanego, ciągnąx go w swoją stronę, Scott wziął jego drugą rękę, kładąc ją na swoich ramionach tak, by ten go obejmował.
- Nie zostawiaj mnie więcej. - powiedział.
- Postaram się, ale nie obiecuję. Nie przepadam za wysokościami.
- Wiem, wiem. Ale skoro ja przełamałem swój lęk przed zielonymi, to może i tobie się uda! Zwłaszcza, że ustawiłem się już z Ahmedem i jego kosmicznymi kumplami na wódkę.

Fretka i Charlie wciąż jedli swoją pizze. Już trzecią, bo dwie poprzednie zjedli. Wyjątkowo dobrze im się ze sobą rozmawiało, toteż mimo wyjątkowo później pory, nie przerywali randki. A warto wspomnieć, że było już po północy.
- Fretka, - powiedział chłopak, nie mogąc już zmieścić kolejnej porcji jedzenia. - wyjdź za mnie.
Dziewczyna uniosła brwi, uśmiechając się.
- Masz popęd kazirodczy? - zapytała, na co ten parsknął pod nosem.
- Żadna inna dziewczyna nie chce ze mną jeść pizzy po północy. Wyobrażasz sobie?
- Niesamowite. - odparła sarkastycznie. - Umrzesz samotnie stary.
Zanim ten zdążył jej odpowiedzieć, rozległ się krzyk Lindy.
- Już po północy! Chodźcie do domu!
Kuzyni wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
- Przeżyłeś kiedyś nastoletni bunt? - zapytała, na co ten pokręcił głową. - Ja też. Przyszedł czas.
Chłopak spojrzał na nią z przerażeniem, podczas gdy ta zachowywała powagę.
- Nigdy się nie...
- Tak, wiem, - przerwała mu. - ale twoje życie będzie jeszcze bardziej beznadziejne, jeżeli tego nie zrobisz! Zróbmy coś buntowniczego jak ci fajni nastolatkowie, którzy nie słuchają się rodziców! Chodźmy namalować brzydkie słowo na murach mojej szkoły! Albo wiem! Napijmy się energetyku z kofeiną!
- Ale ja nie umiem być fajny.
- Ja też. Trzeba się w końcu nauczyć. Rodzice nie wierzyli nam, gdy skarżyliśmy na młodsze rodzeństwo? To pokażmy, że my też umiemy być źli do szpiku kości!
Nie myśląc długo, złapała go za rękę, po czym razem wybiegli poza ogródek. Linda odprowadziła ich wzrokiem, kręcąc nieznacznie głową.
- Dzieci. - skomentowała, po czym zamknęła drzwi.

Scott leżał już w łóżku. Pierwsze, co zrobił po powrocie do domu, to pokazanie wszystkim swojej wypłaty, pochwalenie się tym, że jest odpowiedzialnym, młodym człowiekiem, pośmianie się z Tatiany, która nic w życiu nie osiągnie, oraz umycie się.
Pewne myśli wciąż nie dawały mu spokoju. Ten cały Ahmed był jakiś dziwny. Miał zbyt podobny głos do Jeremiego. Podejście do życia również sprawiało, że wydawali się być aż zbyt podobni. Nawet oczy mieli takie same.
No i Ahmed był tak samo porywczy jak jego Jeremi. I nawet postrzelił klienta, który zrobił mu krzywdę. Coś musiało być na rzeczy.
Nie mogąc dłużej wytrzymać, złapał za komórkę, wybierając numer do przyjaciela.
- Halo? - odebrał wyraźnie zaspany Rarity. - Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale spałem.
- Sorki. Hej, to może głupie pytanie, ale...
Zawahał się. Tak, to było głupie.
Ale z drugiej strony Jeremi nigdy nie powiedział mu nawet skąd jest.
- Czy ty i Ahmed to jedna osoba?
Zapadła krótka cisza. Scott czuł, jak serce wali mu w piersi.
- Tak. - odparł po chwili namysłu. Jego ton świadczył o tym, że mówienie o tym nie sprawia mu problemów. - Jestem kosmitą. A teraz idę spać. Dobranoc.

Inne informacje

  • Piosenki, której refren tłumaczył Scott można posłuchać TUTAJ

Tłumaczenia

  • Nu - Nie (rumuński)
  • Roșu - Czerwony (rumuński)
  • Asa! Bandaj! - Tak! Bandaż! (rumuński)
  • Shlyukha - Kurwa (rosyjski)
  • Hoteluri ar trebui să ardă - Hotele powinny spłonąć (rumuński)
  • Ty govorish po russki? - Mówisz po rosyjsku? (rosyjski)
  • Da. Ya iz Moldovy. - Tak. Jestem z Mołdawii. (rosyjski)
  • W bù míngbái ni - Nic nie rozumiem (chiński)
  • Pasalt - Gość hotelowy, który korzysta z usług, jednak nie nocuje.
t - b - eEkawekaDxC
Serie
Żyj i pozwól żyć
Nowe przyjaźnie | Pierwsza miłość, pierwsza nienawiść | Diretio
Bądźmy poważni
Wrześniowy bal | Sport to udręka | Poznaj wymiar Nyo | Kandydat do serca Stefy | Chwała Złemu Trio
Gloria i Slava
Prolog | Utopia | Wrak człowieka
Elektryczność
Ekstrawagancki Egipt | Apokalipsa | Ziemia Obiecana
Zakochany Ślązak
Ślązak w wielkim mieście
Niepowstrzymani
Wiadomość | Derpy roku | Tam, gdzie latają akumy | Dzieje Plaggi i Ed
Nasze królestwo
Hej krzyżaku! | Nadzieja dla dłużników | Przed obliczem śmierci po raz drugi | Nowe problemy | Kolacja z królem | Poradnik vs. miecz | Gastronomia i Świeżaki | Fandomowa gościnność
Pełnometrażowe
Twórczość własna
Zwykła historia miłosna | Rozkwitały pąki białych róż | O jeden kieliszek za daleko | Urodzinowe maliny | Największy sekret | Dwa światy, dwie płcie | Czekoladowa zdrada o posmaku krwi i siana | Tak bardzo cię nienawidzę | Sierpniowy krajobraz na Ziemi i Diretio | Rodzina doprowadzi cię kiedyś do grobu, lub na spotkania AA | Proczadzikowe konwersacje | W szponach fanonu | Malinki | Drogi Austrio | Challenge to miłość, challenge to nadzieja | Słowiańskie one-shorty | Citytalia | Zostań | A wygrała Portugalia! | Bella ciao Diretio | Proczadzikowa rocznica w wymiarze Nyo | Biały kot | Jarosław Kaczyński ratuje Gwiazdkę i Europę
Pisane z Sara124
Lemury, pistolet i proszek - czyli jak rozzłościć Stephanie | Ogórki, wesele i lekarz - czyli jak wytrącić Fretkę z równowagi | Miłość i krew - czyli jak przetrwać wojnę | Dwuwymiarowe zamieszanie | Nieobecność | Obecność | Strach | Granica wymiarów i wytrzymałości psychicznej]
Bohaterowie
Fineasz i Ferb
Pierwsze pokolenie
Hermiona Ulaniuk | Sophie Adventure | Loren Rarity | Scott Milton | Jeremi Rarity | Tatiana Milton | Amy Milton | Cassidy Monogram | Jully Aga | Jolie Martin | Romano Accardi | Tayler Stevenson | Colin McAdam | Charlie Flynn | Gabriella Flynn | Logan Chaves | Lucas Neumayer
Inne pokolenia
Lilith Rakastava | Crimson Monogram | Anette Wilson | Valmira Dziobak | Ridguś Pan Kot |
Drugi wymiar
Sophie Adventure | Logan Chaves
Miraculum
Pierwsze pokolenie
Edith Frasinati | Tomasz Płaszewski | Jeanne Cressey
Inne pokolenia
Zabb
Hetalia
Państwa
Kim Sang Hyeon
Miasta
Lesława Wasiluk | Władysław Gęsiorowski
Nasze królestwo
Pierwsze pokolenie
Królowa Paulina | Królewna Franciszka | Królewna Joanna | Wielki Mistrz Krzyżacki Sebastian | Lichwiarka Agata | Piratka Rebeca | Julian | Medyczka Aleksandra | Książę Trebor
Inne pokolenia
Królowa Radosława | Królowa Olena
Inne
Piosenki
Hymn Proczadzikowców | Przepis na proczadzikowe grzanki
Miejsca
Wymiar Nyo | Diretio | Pokój Taylerka | Królestwo Fandomu
Organizacje
Złe Trio | Proczadzikowcy | Sojusz Krwi | La Rossa
Rodziny
Rodzina Adventure | Rodzina Stevenson | Dynastia Fanowskich
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA o ile nie wspomniano inaczej.