FANDOM


Ferbnando

Licząc gwiazdy
No Screenshot 2
Twórca: Revillan
Numer odcinka: 1
Opublikowano: 11 lipca 2017
Chronologia
Następny: Trzeci dzień tygodnia

Ferbnando — pierwszy odcinek serii Licząc gwiazdy.

Bohaterowie

Odcinek

Ferb Fletcher był samotnikiem. Niewyróżniającym się indywidualistą, żyjącym według własnych zasad, trzymający się własnych, wytyczonych przez siebie ścieżek, jak kot. I przez wielu ludzi, w tym nauczycieli, właśnie do kota był porównywany. Nie dało się go zrozumieć, a on nie chce być rozumiany. Pragnął samotności i świętego spokoju, zwykle na przerwach zaszywał się w najbardziej odosobnionych miejscach. Delektował się swoim towarzystwem, udoskonalonym dobrą książką lub ulubioną muzyką brzmiącą w słuchawkach. Cichy, nie odzywał się często, a już na pewno nigdy, gdy nie był o to poproszony lub zapytany. Wydawał się być wbrew wszystkiemu i wszystkim, żyjąc w swoim własnym małym świecie, zamkniętym od wewnątrz. 
Chciał tylko pozwolenia na bycie sobą, nieważne, jaki by nie był. Ojciec dawał mu jakąś marną tego namiastkę, głównie dlatego, że ojcem był tylko z nazwy. Nigdy nie było go w domu, nie interesował się niczym poza swoimi antykami. Była jeszcze jego matka. Pani Fletcher, Pani Elizabeth Fletcher, najlepsza matka w całej dzielnicy, tak mówiono. Nie była to do końca prawda, bo synowi pozwalała na zdecydowanie zbyt wiele w imię "wolności". Ferb nie narzekał.
Jednak mimo tej absolutnej wolności, nie korzystał z niej, jak normalny nastolatek by to robił. Nie korzystał, bo nie miał jak. Nie posiadał przyjaciół, a jedyna osoba, z którą w ogóle kontakt utrzymywał, nie była warta sprowadzania do domu. Ferb nieco obawiał się o jego stan po tej "wizycie".  Zdecydowanie był również typem człowieka, który wolał zamknąć się w swoim pokoju przegrywając kolejne godziny w jakieś gry lub czytając coś on-line. Nie robił sobie jednoosobowych melanży, wykradając z szafki rodziców różnego rodzaju zakazane ambrozje. Anglik brzydził się alkoholem, nie mówiąc już o tym, że w tamtym czasie nie mógł go nawet legalnie spożywać.
Można więc łatwo się domyślić, dlaczego taki stan rzeczy miał miejsce. Nie tylko ze względu na to, że był on introwertykiem, ale nie był również typem osoby, która mogłaby być w jakikolwiek sposób lubiana. Nie był ani modny, ani "tajemniczy", ani mroczny niczym ci goci, za którymi dziewczyny się tak uganiały, chcąc poznać ich mroczne sekrety. Nie jadł też kotów. Ferb był po prostu Ferbem. Jednak, mimo wszystko, zwracał na siebie uwagę.
Nie każdy miał naturalnie zielone włosy.
Z ich powodu miał w szkole niezłe problemy. Nie raz musiał tłumaczyć nauczycielom, że są naturalne, a nie farbowane, jednak tylko w pierwszej klasie. W drugiej miał już sprawę kompletnie w poważaniu, skoro do tych ludzi to nie dochodzi, to nie, nie będzie marnował na to czasu. Oni też stracili już zainteresowanie jego włosami, zajmując się takimi rzeczami jak piercing jego koleżanki z klasy lub tatuaż kolegi, które były zdecydowanie bardziej widoczne i kontrowersyjne. 
W sumie tak właśnie funkcjonował w szkolnym społeczeństwie. Po prostu był, robił, co musiał, nie zwracając na siebie i na nikogo innego większej uwagi. Na jego szczęście, nikt nie zmuszał go do kontaktów towarzyskich, za co dziękował światu. 
A przynajmniej tak było do czasu. Pewnego wątpliwie pięknego dnia, kiedy w Londynie wyjątkowo nie było deszczowo, w szkole pojawiła się nowa nauczycielka, której uwagę przykuł niemalże od razu. Kobiecie chyba nie podobał się fakt jego samotności z wyboru i bierności względem otaczających go ludzi. Profesor Potter, bo tak miała na nazwisko ta kobieta, za punkt honoru postawiła sobie znalezienie sposobu, by wyciągnąć Ferba z izolacji od społeczeństwa. I robiła to w najbardziej nachalny ze sposobów, czyli zmuszaniem go do kontaktów. 
— Pani profesor — zaczął Ferb, starając się nie wybuchnąć. Był spokojnym człowiekiem, momentami nawet zbyt spokojnym, jednak Pani Potter potrafiła go doprowadzić do prawdziwej furii. — Wiem, że chce pani dobrze. Ja sobie doskonale zdaję z tego sprawę i to doceniam, ale nie chcę zmieniać mojego stylu bycia. Dobrze mi samemu. 
Kobieta pokręciła głową, patrząc na chłopaka z politowaniem. Położyła mu rękę na ramieniu.
— Fletcher, nie możesz być całe życie samotny — odparła nauczycielka, na co Ferb zmarszczył brwi i prychnął pod nosem. — Rozumiem, że jesteś introwertykiem, ale nawet takie osoby potrzebują raz na jakiś czas kontaktu z ludźmi. Natomiast ty nie masz takiego kontaktu w ogóle.
— Przecież mam kolegę, proszę pani.
— Nie powiesz mi, że relacja łącząca ciebie i Michaela to koleżeństwo. — Potter uśmiechnęła się serdecznie i usiadła przed chłopakiem. — Widać, że zmuszasz się do jakiegokolwiek kontaktu z nim i nie podoba ci się jego towarzystwo. Potrzebujesz kontaktu z kimś, kogo chociaż tolerujesz. 
— Powtarza się pani.
Kobieta westchnęła cicho, zdając sobie sprawę, że takimi rozmowami nie zdziała wiele. Gestem dłoni pokazała mu, że może już wyjść. Chłopak bez słowa zabrał swój plecak i wyszedł z sali, zostawiając zamyśloną panią Potter samą. Co prawda miał drobne wyrzuty sumienia, a nauczycielki było mu trochę żal, ale musiał bronić swojego zdania. Nie chciał zmuszać się do niczego tylko dlatego, że jego nauczycielka stwierdziła, że to będzie dla niego dobre.
Wyszedł z budynku szkoły, obserwując ludzi przechadzających się po boisku i kilku małych alejkach. Kilka miziających się par, grupa chłopców grających w piłkę, plotkujące dziewczyny i ganiających każdego za wszystko woźnych. Westchnął cicho, siadając na jednym z murków przy głównej drodze do wejście i zaczął beznamiętnie wpatrywać się w niebo. Tego dnia dzień był niezwykle słoneczny, a chmur na niebie widniało zaledwie kilka. Minęło tak kilka dobyrhc minut, dopóki od tego zajęcie nie wyrwał go pewien głos.
— Yo, Ferbnando.
Odwrócił się, choć nawet nie musiał. Doskonale wiedział, do kogo ten niski i zachrypnięty głos należy. Blondyn uśmiechał się do niego, pokazując aparat na zęby. Misza był specyficznym człowiekiem, nawet na standardy tego domu wariatów. Bo nikt tam Miszy nie lubił, czym on średnio się przejmował. Zawsze łaził z uśmiechem, rozwiązanymi butami i w za dużych ogrodniczkach z dziurami na kolanach, bo nie miał kasy na nowe. Misza głosił herezje, wierzył w pokój i utopię, a o wieszczach narodowych Europy Wschodniej potrafił wygłosić wykład godny najlepszych wykładowców z Cambridge. 
Podszedł bliżej, w kieszeni ogrodniczek trzymając na wpół upitą butelkę ukraińskiego piwa, zamaskowanego pod etykietą soku jabłkowego sprzed trzech lat, napisanej po gruzińsku. Ukradł ją jakiemuś dzieciakowi, gdy właśnie w Gruzji siedział na pseudo-wakacjach. 
— Rozchmurz się, chłopie. — Poklepał go po głowie, wyjmując butelkę z kieszeni i wpychając mu ją do rąk. Zawieszona na ramieniu torba z pacyfką, narysowaną drżącą i niewprawną ręką, prawie spadła mu na ziemię. Ferb bez słowa odsunął od siebie trunek i spojrzał z politowaniem na kolegę. Bo fakt, kolegami byli.
— Michael, daj spokój — westchnął Ferb, starając się nie być zbyt niegrzeczny. Misza, czy też raczej Mihail, był jedyną osobą, która w ogóle się z nim kontaktowała. Nie do końca chciał to psuć, mimo że chłopak irytował go jak nikt inny. Blondyn wzruszył ramionami, zabierając "sok" i chowając go z powrotem.
— Twoja strata — zaświergotał, siadając obok niego. Nie odzywali się do siebie przez dłuższą chwilę.
— Ej, Ferb.
— Tak?
— Ty masz dziewczynę w ogóle?
— Nie mam, a co się pytasz? — Ferb spojrzał w stronę Miszy, który szczerzył się do niego głupio, obracając w rękach guzikiem od ogrodniczek. Zaczął się powoli o siebie martwić, choć nie wiedział, czy w ogóle miał jakiekolwiek ku temu podstawy.
— Słuchaj, dziewczynę sobie upatrzyłem i myślałem, że może co mi poradzisz. Nosz, wyglądasz na takiego, za którym panny latają rzędami!  
— Cóż, zawiodę cię — westchnął Anglik, obserwując kątem oka przyjaciela. Bułgar nieznaczne wykrzywił głowę, wpatrując się w przyjaciela zdziwionym wzrokiem. — Nie latają rzędami. Powiem więcej, nie latają w ogóle.
Misza zamrugał kilka razy, jakby nie dowierzając słowom Ferba.
— Jak to nie? — wydusił po chwili chłopak, przypatrując się przyjacielowi bardziej, analizując go od stóp do głów. — Nie ma mowy, żebyś nigdy nie miał dziewczyny! Stary!
— Nie miałem — odpowiedział całkiem spokojnie Ferb, próbując gestami dać mu do zrozumienia, żeby przestał. Nie do końca miał ochotę być analizowany i przesłuchiwany, a patrząc na Miszę, widać było, że dokładnie takie ma wobec niego plany. Bułgar nie odzywał się przez chwilę, zamyślony gapiąc się w Ferba. Jego oczy co chwila przechodziły z jednej partii ciała chłopaka na drugą, po kolei badając ją i wyciągając wnioski. — Daj spokój, nawet nie trzymałem dziewczyny za rękę!
— Niemożliwe. — Klasnął w dłonie na tyle głośno, że grupa dziewczyn stojących niedaleko odwróciła się w ich kierunku. — To jest niemożliwe! Musiałeś mieć dziewczynę!
— A niby po czym to stwierdzasz, Sherlocku? — Zielonowłosy skrzyżował ręce na piersi, oczekując na odpowiedź. Znając Miszę, nie będzie ona miała za dużo sensu, ani tym bardziej nie będzie trzymała się logiki, ale mimo wszystko miał ochotę ją usłyszeć. Dla czystej satysfakcji i ciekawości. Mihail natomiast prychnął i uniósł głowę wysoko w górę.
— To mój piąty zmysł!
— Szósty.
— Jaki szósty?
Ferb westchnął po raz kolejny, chowając głowę w dłoniach.
— Szósty zmysł, Michael. Mówisz o szóstym zmyśle, nie o piątym.
— Głupoty gadasz, przemądrzały jesteś! — Wystawił mu język, robiąc przy tym najbardziej dziecinną minę, jaką Ferb miał okazję kiedykolwiek zobaczyć. — Ja po prostu czuję, że to nie jest możliwe, żebyś ty nie miał dziewczyny!
— Skończmy już, to się robi nudne. Nie miałem dziewczyny i póki co nic nie wskazuje na to, że będę ją mieć.
Mihail pomyślał trochę, przybierając pozę godną wielkiego filozofa. Przez chwilę panowała między nimi cisza, a Misza nie ruszał się. Wyglądało to tak, jakby nawet nie mrugał. Po jakimś czasie spojrzał na Ferba, z bardzo poważną miną i równie poważnie spytał go:
— A więc jesteś gejem?
— Przysięgam na Boga, pewnego razu zamorduję cię i nawet nie będę tego żałował.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.