FANDOM


Niemiecka piosenka

Niebieskowłosa tajemnica
No Screenshot 2
Twórca: EkawekaDxC
Sezon: 2
Numer odcinka: 48
Opublikowano: 06.04.2016
Chronologia
Poprzedni: Gwardia Valmiry i Jake'a
Następny: Za wolność naszą i waszą
48 odcinek serii "Niebieskowłosa tajemnica".

Bohaterowie

Opis

Sytuacja zaczęła powoli się zagęszczać. Valmira odkrywa przed członkami Gwardii broń, która może okazać się bardzo pomocna. Jake postanawia walczyć sam i dać sobie spokój z jakimkolwiek wsparciem. Tymczasem Ferb i Loren stają przed obliczem nowego niebezpieczeństwa.

Fabuła

Valmira była z siebie dumna. Jej gwardia była wprost doskonała. Utalentowany wojownik Jake, wiecznie optymistyczny Fineasz, obdarzona mocami Hermiona, nie przejmująca się niczym poza Irvingiem Sophie, sceptyczna wobec wszystkiego Izabela, fotograf Irving oraz jej najulubieńszy partner z O.B.F.Su, Ridguś!
- Czujecie zwycięstwo? - zapytała samica, zakładając ręce na biodra.
- Jedyne co poczułam, to bąk Irvinga. - powiedziała Izabela, zatykając sobie nos.
Irving zrobił się cały czerwony, jednocześnie udając, że nic nie czuje. Sophie natomiast wdychała powietrze, napawając się zapachem. Jake wolał udawać, że nic nie słyszy. Myślami był już na polu bitwy, pokonywał wrogów, odbierał nagrodę i przejmował władzę.
Fineasz po raz pierwszy zwrócił uwagę na swojego potomka. Zaczął powoli rozumieć, dlaczego Valmira ich pomyliła. Byli do siebie bardzo podobni. Ta sama trójkątna twarz, rude włosy i niebieskie oczy. Jedyne co ich różniło to wzrost oraz poczucie wyższości, która biła od Jake'a.
- Masz jakiś plan? - zapytał Fineasz, chcąc nawiązać z potomkiem kontakt.
- Będę zabijać spontanicznie. - odparł, urywając temat.
Hermiona przeczesała grzywkę, a Izabela szybko to podłapała. Nie chcąc być gorsza od swojej rywalki, pociągnęła włosy tak, że pisnęła z bólu. Vitorówna spojrzała na nią z troską.
- Wszystko w porządku? - zapytała niebieskowłosa.
- Tak. - wydusiła, gładząc się po głowie.
Czarnowłosa spojrzała szybko na Fineasza, mając nadzieję, że w końcu zwrócił na nią uwagę. Ku jej niezadowoleniu, rudowłosy był wpatrzony w swojego odpowiednika.
Jake poczuł, jak jego zegarek wibruje. Zaskoczony, stuknął kilka razy w tarczę, która po chwili zaświeciła się na zielono. Zwróciło to szczególną uwagę jego potomka. Rudowłosy skupił spojrzenie w zielonym punkcie, jednak Jake szybko odsunął od niego sprzęt. Valmira nawet tego nie zauważyła, gdyż zajmowała resztę Gwardii opowieściami swojego życia.
Po chwili na tarczy pojawił się wizerunek Thomasa Adventure.
- Czołem szefie. - przywitał go Flynn obojętnym tonem. - Jakiś problem?
Thomas wpatrywał się w niego tępo, mrugając powoli oczami. Jake jednak miał w głębokim poważaniu jego chimery, więc po prostu czekał na dalszy ciąg wydarzeń.
- Wszystko w porządku. - odparł ironicznie Adventure. - Po prostu nas okrążyli, powybijali straż i większą połowę wojska i są właśnie w naszej twierdzy. Spokojnie, zrelaksuj się.
Flynn bez problemu załapał sarkazm, jednak mimo wszystko, droczenie się z szefem sprawiało mu radość. Uśmiechnął się krzywo, a Thomas starał się nie wybuchnąć.
- Świetnie, więc skoczę sobie na zasłużony urlop. - zaśmiał się, po czym dodał. - Nie denerwuj się już tak, mamy ekipę. Nie zawiedziesz się.
Brunet najwidoczniej nie czuł potrzeby poznania danej ekipy, bowiem szybko się rozłączył. Jake spojrzał dokładniej na resztę Gwardii. W przeciwieństwie do Valmiry, nie widział szans. W jego oczach byli po prostu słabeuszami, którzy nawet chleba porządnie pokroić nie umieją. Z drugiej jednak strony, nie miał nic do stracenia.

Tymczasem Thomas był już w swoim gabinecie. Mimo panującego bałaganu, miał wrażenie, że wszystko jest w porządku. Z resztą i tak nie miałby czasu na sprzątanie. Podszedł do okna, obserwując sytuację. Niewielu jego ludzi pozostało żywych na froncie, a z każdą sekundą kilkoro ubywało. Adventure nie mógł zrozumieć dlaczego tak się dzieje, przecież wyposażył ich w najlepszy sprzęt. Miecze świetlne, lasery, bronie palne.. A mimo to przegrywają z dzikusami, którzy ledwo ruskie pistolety opanowali? Gdy Raritom kończyła się broń, walczyli widłami i dzidami, a i tak wychodzili zwycięsko. Ich największą bronią był strach, jaki wywoływali u przeciwnika.
Dopiero po kilku minutach dostrzegł na parapecie złożoną kartkę. Kierowany ciekawością, szybko ją rozłożył, a treść zamurowała go. Zawsze gdy w szkole uczyli nas pisać listy, to odrabiałam pracę domową z matematyki, więc nie umiem ich pisać. Mniejsza z tym. Pamiętasz jeszcze swoją siostrę? Jeżeli tak, oświadczam, że jest ze mną. Jeżeli (nie wiem czy słowa mogą się powtarzać) zależy ci jeszcze na jej życiu, możemy ubić targu. Ja daję ci ją, a ty, oddajesz nam wszystkim niepodległość USA. Umowa stoi?
Z poważaniem do was wszystkich, F. Fletcher.
PS. System nauczania w tym kraju jest beznadziejny.
- Jasna cholera. - powiedział do siebie, wyrzucając liścik do kosza.
Chłopak ani przez chwilę się nie wahał. Ruszył w kierunku magazynku, gdzie trzymał swoją najlepszą broń. Spojrzał na prawo, w kierunku składziku. Przechowywano tam nie tylko miotły i szufelki, ale i najlepsze bronie jakie świat widział. Bez zastanowienia ruszył w jego stronę, jednak w drodze potknął się i upadł na podłogę.
- Auu.. - jęknął, podnosząc się. Dopiero w tym momencie dostrzegł skuloną obok Evę. - Co ty tu robisz?
- Przeczekują bitwę. - odparła, rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu. - Minęła już?
Już chciał odpowiedzieć, aż nie doszedł do niego ten fakt. Skoro Eva jest tutaj, znaczy, że Fleur szantażuje go Nicolą.
- Eva, ty się znasz. - powiedział, na co dziewczyna żywo podniosła się. - Jak bardzo Nicole jest zaradna?
Przez to jedno pytanie blondynka poczuła się niesamowicie ważna. Brat nigdy wcześniej nie pytał się jej o zdanie. Dlatego właśnie szeroko się uśmiechnęła, zapominając o wcześniej wspomnianym pytaniu. Jej zielone oczy rozbłysły z ekscytacji, natomiast Thomas przerażony nagłym skokiem energii siostry, odsunął się o krok dalej.
- To najpiękniejszy dzień w moim życiu! - krzyknęła, podskakując. - Nikt jeszcze o nic mnie nie pytał, to w sumie nowość.
- A mogłabyś tak z łaski swojej odpowiedzieć na pytanie?
- Co? - słowa bruneta jakby sprowadziły ją na ziemię. - A, tak. Wiesz, nie na darmo powiadają, że Nicole chrzczono w ogniu. Gdziekolwiek jest, poradzi sobie.
Adventure trochę się uspokoił, jednak wciąż szalały w nim niepewności. Wiedział, że Strong'ówna jest nie tylko zaradna, ale i silna. Nawet mężczyźni nie dawali jej rady. A mimo to, Thomas bał się, że tym razem nie da rady.
- A czemu pytasz? - zapytała Eva.
- Po nic. - odparł, nie chcąc mówić jej całej prawdy. Zamiast tego uśmiechnął się krzywo, nie dając nic po sobie poznać. - To, ten.. Życz mi powodzenia.
Po tych słowach sięgnął do składziku, wyjmując z niego coś, na kształt karabinu. Siostra przez cały czas obserwowała go z nie małym zaciekawieniem, jednak gdy dostrzegła karabin, niemalże natychmiast pobladła.  - Chyba nie chcesz iść walczyć! - krzyknęła, gdy ten już łapał za klamkę. - Przecież oni się tam zabijają!
- Masz rację. - odparł, nawet na nią nie patrząc. - Moi ludzie giną, a ja nie mogę zostawić ich samych.
Po tych słowach otworzył drzwi. Choć w jego sercu pojawiła się niepewność, a rozum podpowiadał ucieczkę, wyszedł na bitwę czując oddech śmierci na karku.

Tymczasem w Gwardii Valmiry i Jake'a trwało zamieszanie. Członkowie przepychali się ciasnymi korytarzami. Wszyscy powoli mieli dosyć towarzystwa tej drugiej osoby, zwłaszcza, gdy ocierali się o siebie.
- Fineasz, zabieraj tę łapę z mojego uda! - warknęła Hermiona, próbując przecisnąć się przez szczelinę.
- Nic nie poradzę. Ręką utknęła mi między twoim udem, a szyją Buforda. - jęknął, czując jak traci czucie w kończynie. - Swoją drogą, Buford, zabieraj się stąd!
- Uwierz, dla mnie też nie jest to spełnienie marzeń! - syknął, dając Flynn'owi jasno do zrozumienia, że nie prędko stąd wyjdą.
Jake, który już dawno wydostał się ze szczeliny patrzył na nich, jak na idiotów. Również i Valmira, która stała obok obserwowała zamieszanie, jednak sprawiało jej to radość. Miotający się przybysze z przeszłości śmieszyli ją bardziej, niż nie jeden kabaret, dlatego samica niemalże zwijała się ze śmiechu.
- Mogłabyś zamknąć dziób? - warknął Jake, zaciskając pięści.
- No spójrz na nich. - powiedziała, wstrzymując śmiech. - Nie rozczulają cię?
Chłopak nie odpowiedział. Bez słowa, odwrócił się na pięcie, idąc przed siebie. Nic sobie nie robił z nawoływań swojej nemezis. Postanowił, że wygra tę bitwę sam.
- Czyżbyś straciła wielką miłość? - zadrwił Ridge'uś, liżąc swój nadgarstek.
- Pff.. Już lata temu. - odparła, nie rozumiejąc aluzji. - Mój związek z Barackiem Obamą to już historia.
Kot już chciał jej wytłumaczyć o co mu chodziło, gdy reszta w końcu wydostała się. Podnieśli się z kolan, otrzepując kurz z ubrań. Coraz mniej podobał im się pobyt w przyszłości.
- Wciąż nie wiem dokąd idziemy. - wyżaliła się Izabela, splątując ręce na piersi. - Kiedy w końcu zjemy jakiegoś kebaba, czy coś?
- Kebaby od lat są nielegalne. - wyjaśniła Valmira, wzruszając ramionami. - Gdy ludzie stwierdzili, że jedząc kebaba osiedlają araba, odechciało im się. Potem w Stanach zaczęli zajadać się schabowymi, ale wtedy pokapowali się, że jedząc schabowego osiedlają Polaka, a wtedy było już za późno i BUM! Żaden Amerykanin nie miał już pracy.
Buford uśmiechnął się wizją tej przyszłości, przypominając sobie swojego znajomego, który pochodzi właśnie z wyżej wymienionego kraju. Swoją drogą, ów znajomy pożyczył od niego 10 dolarów dwa lata temu i jeszcze nie oddał.
Cała reszta ruszyła za Valmirą, tylko Irving zatrzymał się, nie idąc dalej. Sophie zauważyła to, spoglądając na niego ze zdziwieniem.
- Co się stało?
- Muszę do toalety. - odpowiedział, gdy wszyscy odeszli w miarę daleko.
Adventurówna uśmiechnęła się chytrze, w głowie obmyślając plan doskonały. Złapała przyjaciela za rękę i zaprowadziła do pobliskiej łazienki. Chłopak na ich widok uśmięchnął się, czując ulgę. Bez namysłu wszedł do środka.
- Przytrzymać ci spodnie?
Du Bois odwrócił się przerażony. Za nim stała Sophie, uśmiechająca się jak gdyby nigdy nic. Chłopak jęknął ciężko czując, że żadna siła jej stąd nie wyniesie.
- Dobra, ale weź się odwróć.
Dziewczyna, choć niechętnie, odwróciła się, a chłopak spokojnie usiadł na sedesie. Podniósłszy wzrok, dostrzegł Adventórównę, patrzącą się na niego, nie cicho chichocząc przy tym.
- Przyznaj się, na ile się odwróciłaś?
- Na ułamek sekundy.
Mógł się tego domyślić. Teraz, cały czerwony siedział na sedesie, a stres nie dawał mu się spokojnie załatwić. Blondynka sięgnęła po papier toaletowy i przystawiła go prosto pod jego twarz.
- Jestem profesjonalną trzymajką papieru.
Rudowłosy tylko pokiwał nieznacznie głową. Zapadła niezręczna cisza, którą Sophie postanowiła jak najszybciej przerwać. Nie znosiła, gdy przez dłuższy, czy nawet krótszy czas nikt nic nie mówi.
- Pośpiewać ci? - zapytała.
- Nie, na prawdę nie musisz...
Było jednak za późno. Dziewczyna otworzyła usta, wypuszczając z siebie melodię.
- Ich bin Papier Haken! - zaśpiewała. - Ich bin wie Toilettenpapier mit drei Schichten!
Bardziej dramatycznym faktem niż ten, że Irving nie rozumiał ani słowa było to, że śpiewanie nie było jej mocną stroną. Jęki wydobywające się z jej ust mogłyby zniszczyć czyiś układ słuchowy.
- Przypomnij mi. - przerwał jej. - Skąd pochodzisz?
- Z Austrii. - odpadła z uśmiechem, po czym kontynuowała dalej śpiewanie. - Ich werde helfen, das Ende des Lebens zu wischen!

Valmira żwawo otworzyła schowek na miotły. Tego typu pomieszczeń było pełno w całej twierdzy, jednak ten tutaj był dla samicy szczególnie ważny. Tutaj bowiem ukrywała wynalazek jej przyrodniego brata, który nie raz uratował jej życie. Na całe szczęście, dziobak był na tyle sprytny, że zrobił i dodatkowe kopie, dzięki czemu Valmira nie musiała się o nic martwić.
Ku zdziwieniu wszystkich, wyjęła ze schowka coś na kształt karabinu, jednak wyróżniała go niebieska barwa.
- Imponujące. - powiedziała Hermiona, przyglądając się sprzętowi. - Ale na co nam to?
Valmira uśmiechnęła się do niech jak do dziecka. Ridge'uś zamiauczał, jednak nikt, poza dziobaczycą nie rozumiał ani jednego słowa.
- Wiem, ale nie możemy wyrzucić ich do wulkanu. - odparła. - Znaczy.. wiesz, nie dzisiaj.
Fineasz i Hermiona wymienili zaniepokojone spojrzenia, po czym ich uwaga powędrowała na Buforda. Milczał od dłuższego czasu, co było do niego nie podobne. Chłopak stał oparty o ścianę z splątanymi rękoma na piersiach, a jego wzrok skupiony był w punkcie naprzeciwko. Myślami zdawał się być zupełnie gdzie indziej.
- Buford, żyjesz ty tam? - zapytał Flynn, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
- Żyję. - odburknął.
- Martwi się o Loren. - szepnęła Vitorówna Fineaszowi. - O nic go nie pytaj. - syknęła, gdy ten już otwierał usta.
Fineasz choć niechętnie, przystanął na jej prośbę, jednak postanowił w duchu, że jeszcze wypyta przyjaciela o jego związek z Loren.

W końcu, po wielu upadkach, staraniach i jeszcze większych upadkach, Ferbowi i Loren udało się dostać do szybu wentylacyjnego. Stamtąd, szybko przedostali się do drugiej części twierdzy. Tutaj panowała grobowa cisza, jak gdyby życie nigdy się nie pojawiło. W przybyszach wywołało to jednocześnie ulgę, jak i wzbudziło ostrożność. W końcu nigdy nie wiadomo, co może wyłonić się z ciemności.
I właśnie w tym momencie usłyszeli czyjeś kroki. Fletcher gotowy był sprawdzić to i podejść bliżej, jednak Loren skutecznie mu to uniemożliwiła przyciągając do siebie i zatykając mu usta.
- Csii.. - szepnęła, wyciągając pistolet z kieszeni. - Sprawdzimy kto to, jak będzie martwy.
Po tych słowach puściła go, idąc w stronę nieznanego gościa. Pistolet był idealnie wycelowany, wystarczyło tylko nacisnąć spust. Ferb obserwował wszystko z boku. Na wszelki wypadek, gotowy był to ewentualnego wsparcia przyjaciółki. To co zobaczyli, całkowicie zmieniło ich podejście do sytuacji. Raritówna jednak nie opuszczała broni. Ten bowiem kto przed nimi stał, za grosz nie wzbudzał jej zaufania. Fletcher'a z resztą też.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.